Tarifa – dwa żywioły: gdzie morze spotyka się z Oceanem

Kiedy dojechałam do Tarify było już późno. Jak tylko wysiadłam z autobusu zobaczyła, że coś tu nie pasuje. Po obu stronach ulicy mieściły się sklepy ze sprzętem dla surferów i sportowymi kolorowymi ubraniami. Takimi dla wyluzowanych ludzi.  Znów jakbym nie była w Hiszpanii. Tym razem zostałam przetransportowana do Anglii. Na ulicy zamiast Hiszpańskiego, słyszałam angielski i marokański. Co to za hiszpańskie miejsce, gdzie śniadanie podaje się do godziny 14, menu jest po angielsku a tradycyjnym daniem jest pizza? Do tego wszędzie młodzi, wysportowani, uśmiechnięci ludzie. Połączenie tych wszystkich sprzeczności dało niesamowity efekt.

sklepy w Tarifie
Szybko zameldowałam się w hotelu, rzuciłam swój bagaż na jednym z sześciu łóżek, wzięłam prysznic i poszłam zobaczyć miasto. Właściwie nie jestem pewna, czy Tarifa jest miastem. Jeśli tak, to naprawdę bardzo małym. Całe centrum można przejść w ciągu pół godziny.
Spacerowałam uliczkami pełnymi turystów, którzy pomimo późnej godziny nie zmierzali kłaść się spać. W jednej uliczce otwarte puby, a w drugiej maszerująca procesja. Bo przecież wciąż jest Semana Santa. Ta procesja była jakaś inna. Na pewno mniejsza, nie tak komercyjna, bez tłumu gapiów, z dźwiękiem orkiestry. Zachęcała do przystanięcia i zadumy….
Chciałam jeszcze zobaczyć plażę, ale jak tylko minęłam mury centrum, ulice okazały się puste i mało przyjemne. Zdecydowałam się wrócić do hotelu. W końcu jutro też jest dzień.
Znów wstałam rano. Za oknem deszcz i zimno. Co mam robić w Tarifie w taką pogodę? Chyba nic! Postanowiłam jak najszybciej stąd wyjechać. Czas na Giblartar. Na dworcu okazało się, że najbliższy autobus odjeżdża o 12. Mam jeszcze dużo czasu. Wymeldowałam się, zostawiłam bagaż w przechowalni i poszłam na śniadanie.  Długo nie mogłam znaleźć żadnego miejsca, było zdecydowanie za wcześnie dla wszystkich przyjezdnych. Weszłam do jednej z niewielu otwartych kawiarni. Tylko jeden stolik zajęty przez anglików zamawiających oczywiście angielskie śniadanie. Usiadłam zamyślona i zajadłam swoje tosty z pomidorem popijając kawą. Do knajpki wszedł chłopak. Na pierwszy rzut oka trzydziestokilkuleti Szkot. Rude włosy, niebieskie oczy, dość masywna budowa ciała. Usiadł przy stoliku obok. Zamówił to samo co ja. Zagadał. Zaczęliśmy rozmowę o podróżach. Jose przysiadł się do mnie. Nie był Szkotem tylko prawdziwym Hiszpanem, takim z północy. W kraju Basków, Hiszpanie bardzo często maja rude włosy i niebieskie oczy. Region przez długi okres był oddzielony od pozostałych części kraju, co sprawiło, że „rudowłose geny” bardzo dobrze się tam zachowały. Jego świetny, angielski akcent też nie zdradzał pochodzenia.
Nawet nie zauważyłam, kiedy brzydki, i beznadziejnie zapowiadający się dzień nagle zaczął być interesujący.
-jaki masz plany?- zapytał mnie z entuzjazmem
– nie mam żadnych, ale w taką pogodę nie ma co tu robić, za 2 godziny mam autobus na Giblartar – stwierdziłam z posępną miną.
Nie pojechałam najbliższym autobusem, ani kolejnym. Za to spędziłam jeden z najlepszych dni podczas

Tarifa to najbardziej wysunięte na południe miejsce w Europie

mojej całej podróży.

Tarifa to najdalej oddalone na południe miejsce Hiszpanii. To również miejsce, gdzie morze zderza się z Oceanem. Poszliśmy zobaczyć to miejsce. Było zimno i nieprzyjemnie, ale pomimo brzydkiej pogody nie wiało, co jest tu prawie niemożliwe.
-wypożyczymy motocykl i zwiedzimy okolicę- bardziej stwierdził, niż zaproponował Jose
Nie odmówiłam. Nie chciałam. Byłam żądna przygód, czułam też, że ten znajomy od dwóch godzin mężczyzna, to moja przyjazna dusza i na pewno mogę mu ufać.
Zanim się obejrzałam siedziałam już jako pasażer na skuterze. Jechaliśmy przed siebie. Było chłodno, ale zaczynało wychodzić słońce. Wyjechaliśmy z Tryfy, skręciliśmy w pierwszą możliwą drogę wiodącą do Oceanu. Po obu stronach wydmy usypane piachem, na drodze koparki robiące przejazd. Gdyby nie one, droga już dawno byłaby nieprzejezdna. Zatrzymaliśmy się na chwilę. W biegu zdjęłam buty i wdrapałam się na wydmę. Przez chwilę poczułam się jak mała dziewczynka. Piasek był wilgotny, w końcu jeszcze niedawno padał deszcz.  Wcale mi to nie przeszkadzało. Na górze zobaczyłam niesamowity widok. Przede mną dzika plaża, zielone wybrzeże… i nikogo dookoła.

na skuterze przez Costa de la Luz
Było już po południu. Czas na lunch. Pojechaliśmy do Bolonii. Tak szybko nie przemieściliśmy się do Włoch. Bolonia to mała miejscowość na Costa…. Kilkanaście domów, kilka barów i przepiękna długa plaża. Wybraliśmy restaurację najbliżej plaży, zamówiliśmy lunch i… spędziliśmy tam prawie 3 godziny. Czas uciekał jak szalony, a my wcale tego nie zauważyliśmy.  Degustowaliśmy miejscowe potrawy, piliśmy piwo i długo rozmawialiśmy. Jakbyśmy byli przyjaciółmi sprzed lat.
Mamy ze sobą wiele wspólnego. Ja podróżuję ile tylko mogę, Jose po zakończeniu studiów kupił bilet dookoła świata i przez rok podróżował. Wydał wszystkie oszczędności, ale nie żałuje. To najpiękniejszy okres w życiu. Później zamieszkał na stałe w Madrycie i otworzył własną firmę. Teraz wyjeżdża do Londynu otworzyć kolejną filię jego sklepu.
Pogoda zaczęła się zmieniać. Wyszło słońce i było ciepło . – jesteśmy szczęściarzami- powiedział nagle Jose.

 

Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. Nie wiedziałam o co mu chodzi.
– wiesz, jesteśmy w najcieplejszym miejscu Europy, gdziekolwiek teraz nie pojedziesz, jest zimniej, niż tutaj – stwierdził z uśmiechem.
Miał rację. Jesteśmy szczęściarzami. Nie tylko dlatego, że jesteśmy w najcieplejszym miejscu Europy, ale też dlatego, że potrafiliśmy beznadziejnie zapowiadający się dzień zamienić w naprawdę super czas. Wystarczyło jedno spotkanie.
Po długim lunchu zamarzyliśmy o zobaczeniu zachodu słońca z pobliskiego szczytu. Znów wsiedliśmy na skuter i zaczęliśmy szukać pierwszej drogi na szczyt. Zamknięta! Ale jak to? Przecież jest na mapie.  Ktoś wykupił zbocza i po prostu zamknął drogę. Wjechaliśmy w kolejną możliwą. Nie prowadziła na szczyt tylko  do małego kościółka, na zboczu. Zatrzymaliśmy się z ciekawością. W pobliżu żadnych domów.
-Po co wybudowali tu kościół? Zapytałam nie oczekując odpowiedzi.  – po  to, żebyśmy mogli za chwilę wziąć tu ślub- zaśmiał się Jose  –ksiądz już jedzie- dodał z jego ironicznym uśmiechem.
 Z ciekawości otworzyliśmy bramkę na plac przed kościołem. Zdecydowanie nikt już dawno tu nie zaglądał. Wokoło tylko natura. Stanęliśmy podziwiając widok na Ocean. Bez żadnych dystraktorów, jedyny dźwięk, jaki dochodził do naszych uszu, to śpiew ptaków. Chciałabym mieć domek weekendowy w takim miejscu. Cisza spokój, blisko Oceanu. Cudownie.
Z wieży zwisał sznur od dzwonu. Zanim Jose zdążył mnie powstrzymać zaczęłam dzwonić z całych sił. Ze śmiechem uciekaliśmy na skuterze.

Tak łatwo się nie poddamy. Dojedziemy na szczyt. Kolejna możliwa droga. Po kilku minutach jazdy napotkaliśmy na pasące się luzem krowy. Yyyyyy? Gdzie my jesteśmy? Byliśmy w Parku Natural del Estrecho. Bez zatrzymania minęliśmy znak: zakaz wjazdu.  Już za chwilę zobaczyliśmy całkiem inny świat. Zatrzymywaliśmy się co kilka minut: już nie tylko krowy chodziły luzem, ale również: świnie, osły, kozy  i konie. Niby dzikie, a jednak niewiele robiące sobie z naszej obecności.
Objechaliśmy górę dookoła, ale na szczyt nie dotarliśmy. Wróciliśmy do Tarify przy okazji kupując balsam po opalaniu. Nie przygotowaliśmy  się na opaleniznę, a słońce nieźle nas przypiekło. Z naszymi jasnymi karnacjami wyglądaliśmy jak dwie rude, pieczone świnki.
Dzień dobiegał końca, ale przed nami jeszcze długa noc. W końcu jesteśmy na wakacjach. Poszliśmy na tradycyjne hiszpańskie tapas w jednym z przepełnionych barów Tarify.
Nie mogę uwierzyć, że jesteś z Polski – wypalił w pewnym momencie Jose. Nie znam nikogo stamtąd, ale całkiem inaczej wyobrażałem sobie to Państwo. Zawsze wydawało mi się, że Polacy są silni, ale tez smutni. Polska to taki kraj ciągle pomiędzy. Z jednej strony Rosja, z drugiej Niemcy, którzy zawsze chcieli zagarnąć dodatkowe ziemie. Za to Polska z trudną historią nigdy nie daje za wygraną…
Noc szybko dobiegała końca. Nasze długie rozmowy też. Wiedziałam, że rano muszę wcześnie wstać. Tym razem zamierzam dotrzeć na Giblartar.

 

Wracając do hotelu przechodziliśmy obok miejsca, gdzie się poznaliśmy.  To szczególne miejsce. Na pamiątkę zrobiliśmy sobie tam zdjęcie.
– jesteś wyjątkowa i wiem, że osiągniesz wszystko, co tylko chcesz- powiedział Jose. Jeśli tylko chcesz zwiedzić świat, na pewno Ci się to uda. Możesz robić to sama, jesteś kobietą, wystarczy, ze tylko otworzysz się na spotkania, ale bądź ostrożna. Zawsze musisz pamiętać o tym, że czeka na Ciebie dużo niebezpieczeństw.
Pożegnaliśmy się o 4 rano. Dzień, który zapowiadał się beznadziejnie, okazał się być jednym z najbardziej wyjątkowych dni podczas mojej podróży. Bo przecież to ludzie czynią pewne miejsca wyjątkowymi. 

Trifa – Puerta de Jerez
śniadanie w Tarife serwowane jest do 14.00
tradycyjne, hiszpańskie śniadanie: tosty ze zmiksowanym pomidorem i oliwą
wydmy Valdevaqueros
surferzy w Tarifie
plaża w Bolonii
Parque Natural del Estrecho
Bolonia -plaża

 

2 thoughts on “Tarifa – dwa żywioły: gdzie morze spotyka się z Oceanem

  1. nie miejsca a ludzie tworzą klimat i budują wspomnienia, święte słowa! oby takie dni bywały częściej.
    btw. świetny wpis, bardzo przyjemnie się czyta;)

  2. I’m extremely inspired together with your writing
    abilities and also with the layout in your weblog. Is that this a
    paid topic or did you modify it your self? Either way keep up
    the excellent quality writing, it’s uncommon to look a great blog like this one
    these days..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *