Odessa- nie mogło być idealnie

Noc w Ukraińskim pociągu wcale nie była tak zła. Musiałam tylko uważać, żeby przypadkiem nie zmieniać pozycji spania, bo pewnie wylądowałabym na podłodze. Takie małe te kuszetki. Chłopcy mieli gorzej, bo im nie mieściły się nogi. Idąc korytarzem można było podziwiać wystające rzędem stopy śpiących mężczyzn. Niezachęcający widok.. i zapach.   Naszej stacji w Odessie nie mogliśmy przespać.  Obsługa pociągu budziła wszystkich pół godziny wcześniej. Wysiedliśmy z pociągu i od razu zauważyłam zmianę. Zmianę pogody, budynków, ludzi. Wszystko jakieś inne niż we Lwowie. Była 8 a słońce już porządnie przypiekało, Dworzec duży, zadbany. Przed dworcem kwas chlebowy do zakupu dla każdego.
kwas chlebowy foto by Paweł
 
Próbujemy odnaleźć hostel. Jakoś nie umiemy połapać się na mapie. Pytamy kierowców marszlutek jak dojść do  naszego hostelu. Pokazuje im mapę z ulicami po angielsku – to nie nasza mapa- mówią między sobą -Jak to nie Wasza, przecież to Odessa- Usiłuję tłumaczyć. Co z tego, jak napisy nie te. Panowie nie są w stanie nam pomóc. Paweł jak zwykle nie daje za wygraną. Podchodzi do nich i jakoś się z nimi dogaduje. Jak zwykle swoim niezawodnym polskim poprzeplatanym z gestami. Azymut już mamy.
Idziemy pieszo. Piękny wiosenny poranek, liście na drzewach, kwitnące kasztany…. Wszędzie pełno zieleni i starych, niezniszczonych kamienic. Całkiem ładna ta Odessa. Już mi się podoba.
W hostelu położonym w samym centrum zostawiliśmy tylko rzeczy. No i na miasto. Trzeba korzystać z ładnej pogody.
Bez przewodnika dotarliśmy pod Teatr Opery i Baletu. Wchodzić nie zamierzaliśmy, ale z zewnątrz też prezentował się okazale.
Teatr Opery i Baletu w Odessie
foto by Paweł
 
Dalej poszliśmy nad bulwar priromski, przyglądając się masie turystów i miejscowych usiłujących sprzedać swoje specjały i usługi.  Gdy doszliśmy do końca i nie zobaczyliśmy nic ciekawego postanowiliśmy szukać plaży. Obraliśmy azymut.
Niby na mapie jest, a dojść nie możemy. No to Paweł zapyta baboszkę. Podchodzi do niej i machając rękami w geście naprzemiennego  pływania żabką i kraulem mówi do niej; ‘ plaaaaaaaaaża”. My lejemy ze śmiechy, bamboszka trochę speszona, z uśmiechem na twarzy: – ja znaju plaża, ja znaju- odpowiada. Najwidoczniej plaża po rosyjsko brzmi tak samo.
Po rosyjsku wytłumaczyła nam jak na nią dojść. Dlaczego po rosyjsku?  Bo w tej części Ukrainy zdecydowanie przeważa język rosyjski a w Odessie jest on nawet językiem regionalnym, urzędowym. No więc tak jakbyśmy byli w innym Państwie. Inny język, klimat, budowle,  samochody i ceny. Jako miasto turystyczne Odessa ma zdecydowanie zachodnie ceny. Bezskutecznie szukaliśmy tanich regionalnych  knajpek z czymś smacznym do jedzenia. Chyba najbardziej regionalną potrawą dostępna na każdym rogu jest kebab.  Co do samochodów, to poświęcę im cały wpis. Dlaczego? Jeszcze nigdy, w żadnym europejskim i nieeuropejskim mieście nie widziałam tylu luksusowych samochodów. Na początku non stop obracałam głowę, ale były one dosłownie wszędzie. Całe ulice z drogimi samochodami, gdzieniegdzie poprzeplatane z ładami i skodami. Niezapomniany widok.
Aby dojść do plaży, trzeba było przejść przez cały Park Szewczenki.  W parku przygotowywania do jakiegoś państwowego święta. Młodzież na straży pod pomnikiem. Kilka godzin w nieprzerwanym słońcu. Jedna dziewczynka stoi ze łzami w oczach.  Widać, że nie ma już siły. Nie jest w stanie sprawować już tak zaszczytnej roli jak stanie ze sztandarem. Słabnie. Po chwili wybucha gromkim płaczem. Jakby to był najważniejszy cel w jej życiu a jej nie udało się go spełnić.
Im bliżej plaży tym więcej straganów z odpustowymi zabawkami, okularami przeciwsłonecznym w zawyżonych cenach no i świeżymi rybami i krewetkami. Paweł kupuje krewetki wielkości mojego najmniejszego paznokcia. Próbuję zjeść ze wszystkimi wnętrznościami, myślę że kupa też nadal w nich jest. Ale no cóż, nowe smaki. Nawet nie smaki, bo w smaku przypominają kompletnie nic. Może posolone z piwem smakowałyby lepiej ale jakoś ta kupa nadal mnie odrzuca. Dziękuję za więcej.
 
foto by Paweł
 
Na plaży wielkie rozczarowanie. Tłumów nie było pomimo długiego weekendu, w wodzie tylko kilka pluskających się osób.  Nasz Bałtyk przy tym miejscu to Karaiby. Woda obrzydliwie zimna i brudna, pływają w niej nie tylko wodorosty, ale też ścieki. W końcu tuż obok jest port. Czego się spodziewaliśmy.
No i ta plaża. Cała wysypana muszelkami wbijającymi się w stopy. Wszędzie kawałki muszli, to nowość.  Zamiast na piasku ludzie opalają się ba muszlach. Tam gdzie nie ma muszli, jest beton. Dziękuję za taką plażę. Kładziemy się na chwilę, aby poprzyglądać się ludziom. Raczej nie tutejsi- tylko turyści. Pół godziny na plaży to zdecydowanie za dużo. Z trudem udaje nam się otrzepać z muszli które wchodzą dosłownie wszędzie. Plażowania mam dość.
 
 
muszelkowa plaża foto by Paweł
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *