Alicante – motocyklowa pogoń za flamenco

Po obiedzie czas na siestę, bo przecież Hiszpania bez siesty to nie Hiszpania. Upierałam się przez chwilę, żeby cos robić, jednak Javier popatrzył na mnie tak stanowczo, że nie śmiałam się sprzeciwiać. Pobyczyliśmy się chwilę i pojechaliśmy dalej. Javier co chwila zatrzymywał się i pytał miejscowych o jakieś flamenco. -Czy on chce mnie zabrać na pokaz flamenco? Nie wiedziałam o co mu chodzi – jakie flamenco? – zapytałam w końcu zniecierpliwiona.
-flamenco to takie ptaki – odpowiedział Javier jakby to było całkiem naturalne.
Czy to ptaki wyglądające, czy tańczące jak flamenco? Nigdy nie słyszałam o takich ptakach.  Już po chwili wiedziałam co  miał na myśli. Przyjechaliśmy do rezerwatu przyrody z flamingami. Tylko jakoś flamingów nie było. Ominęliśmy szlaban i przejechaliśmy całą wąską ścieżkę wiodącą pomiędzy jeziorami, a tam ani jednego flaminga. Dobrze, że motocykl Javiera świetne sprawdza się w  takich warunkach, bo sama musiałabym zamienić się w jednonogiego flaminga wyciągającego motocykl z piachu.
Nieugięci niepowodzeniem pojechaliśmy dalej. Ujrzeliśmy je w oddali, było ich mnóstwo po obu stronach drogi. Postawiliśmy motocykl na poboczy i poszliśmy pieszo w ich kierunku. Jedyny problem, na jaki się natknęliśmy, to zamknięta na cztery spusty brama stojąca na wąskiej drodze otoczonej wodą. Brama dodatkowo ogrodzona była drutem kolczastym i to po obu stronach. -To po naszych flamingach – pomyślałam zrezygnowana.  Zapomniałam, że mam ze sobą zapalonego podróżnika, który nigdy się nie poddaje. Javier nie zastanawiając się nawet przez chwilę wszedł w sandałach do wody i trzymając się bramy, w miejscach, w których nie było drutu ominął ją bez większego problemu. Co miałam zrobić. Zdjęłam swoje skórzane sandałki, które i tak zgubiłabym w zamulonej wodzie i starałam się przez nią przejść. Dno było śliskie, zamulone i kamieniste. – czekaj- powiedział  wskazując na pozostawione obok japonki. -Załóż je- Najwidoczniej nie my pierwsi tędy przechodzimy. Założyłam, i pokonałam barierę wodną.
 
Niestety w tym samym czasie flamingi zaczęły jak znarkotyzowane powoli przesuwać się w stronę środka jeziora. Szliśmy brzegiem mając nadzieję, że jeszcze choć na chwilę uda nam się do nich dotrzeć. Niestety było już za późno. Słońce zaczęło zachodzić i najwidoczniej był to czas na ich sen.
Trochę zawiedziona znów pokonałam wodę. Myślałam, że wrócimy do miasta, jednak my odjechaliśmy w stronę zachodzącego słońca.  Zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby podziwiać jak słońce bardzo szybko chowa się za oddalonymi górami. Flamingów nie było, ale Javier pozował mi do zdjęć, udając jednego z nich. Wyszło mu to właśnie tak.
 
Wróciliśmy do miasta. Wciąż nie widziałam Alicante. Poszliśmy do dzielnicy Santa Cruse,. To właśnie tam odbywają się miejscowe procesje podczas Wielkiego Tygodnia.  Cały rok mieszkańcy żyją tym wydarzeniem zbierając na nie fundusze sprzedając piwo w tutejszych knajpach. Przynajmniej idzie na szczytny cel. Ulice w Santa Crus są wąskie i prowadzą na wzniesienie, na którym znajduje się kościół Mieszkańcy żyją tu prawie na ulicy. Przed mieszkaniami stawiają stoły i spędzają przy nich całe dnie. Jedzą posiłki, spotykają się z przyjaciółmi i bawią się do białego rana.
 
Dzisiaj był mecz piłki nożnej, zresztą jak zwykle. Czasami wydaje mi się, że w Hiszpanii codziennie rozgrywane są jakieś mecze. Javier już wcześniej oznajmił mi, że pójdziemy do jego znajomego, aby pokibicować Hiszpanii. Nie miałam wyjścia. Próbowałam udawać, że mecz strasznie mnie pasjonuje, ale kiepski ze mnie ściemniacz. Oni zajęli się kibicowaniem, a ja odpisywaniem na wiadomości. Jakiś piłkarz strzelił gola! Chłopcy szaleją! Piłkarz także. –wiesz kto to? – pytają mnie w między czasie. A niby skąd mam widzieć, skoro wiem o piłce nożnej tylko tyle, że na boisku jest 22 zawodników.. hmm.. a może 20…. – patrzą na mnie z przerażeniem- to przecież Ronaldo, nasz czołowy zawodnik. Nic już nie powiedziałam. Tylko w myślach obiecałam sobie, że może zapoznam się chociaż z najważniejszymi zawodnikami świata. Żeby więcej nie wyjść na ignorantkę. 
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *