Lwów- w poszukiwaniu naszego Lwowa

To by piękny czwartkowy poranek. Po południu umówiliśmy się z Witalikiem, a teraz mięliśmy dużo czasu na poznanie „naszego Lwowa”. To był taki nasz Lwów. Byliśmy w pięknym kościele o niebieskim księżniczkowym wnętrzu, jak w pokoju małej księżniczki. Przechodziliśmy niezadbanymi uliczkami podziwiając skody, łady i mnóstwo innych wytrzymałych samochodów. To jednak ewenement, że na Ukrainie takie samochody nie tylko jeżdżą, ale są w  całkiem niezłym stanie. A u nas…  u nas maluch to już rarytas.
 
 
To zdecydowanie był dzień parkowy.  Najpierw Ivan Francko Park, gdzie usiedliśmy na ławce i podziwialiśmy niezliczoną ilość kwitnących kasztanów. Później usiłowaliśmy znaleźć Cytadelę zaznaczoną na naszej mapie jako kompleks zabytków. Ja z mapą, a Paweł znów pyta przechodniów.
Zaczepił jakiegoś  eleganckiego starszego pana kulejącego na jedną nogę. – No to ja Wam pokażę, przecież jestem archeologiem- odpowiedział z uśmiechem Pan.
 
No i Pan idzie z nami. Yyy, przecież nie do końca o to nam chodziło. Nie szukaliśmy towarzystwa starszego pana.  Pan był taki szczęśliwy gdy zapytaliśmy go o cytadelę, jakby nigdy nikt tam nie chodził.  Usiłował opowiedzieć nam jakąś śmieszną historię , ale niestety nie znamy aż tak dobrze ukraińskiego i po chwili gubimy wątek.  Pan odpuszcza. Mówi i  pokazuje nam dokładnie gdzie mamy iść i odchodzi w swoją stronę.
A my idziemy dalej. Doszliśmy na wzgórze. A cytadeli nie ma. To znaczy jest, hotel Cytadela, ale przecież nie o to nam chodziło. W czasie, kiedy Paweł bierze telefon i obdzwania wszystkich znajomych swojej koleżanki z zaproszeniem na spotkanie z nami, my odnajdujemy parking z motocyklami. Parking jakby prywatny ale nie możemy się oprzeć pokusie. Wchodzimy. Wszystkie stare, ale jednak zadbane, z wymienionymi akumulatorami, nadal na chodzie. Super. Pobawiliśmy się, pooglądaliśmy i wracamy na dół. Dopiero przy zejściu ze wzgórza natknęliśmy się na Cytadelę. Jej opis zostawię bez komentarza.
i
Cytadela
Tuż za wzgórzem natknęliśmy się na bazar. A tam: wszystko! Buty, warzywa, koszule, swojskie kiełbasy, majtki… Wszystko co człowiekowi do życia potrzebne. W tym momencie Paweł najwyraźniej potrzebował kiełbasy, bo kupił u baboszki duże pęto podobno. Będziemy mieli co jeść w pociągu.
 
bazar we Lwowie
 
Na Rynku umówiliśmy się nie tylko z Witalikiem, ale również z siostrą  Pawła koleżanki, Wierą.  Byliśmy strasznie głodni. Chcieliśmy dużo, syto i w przystępnej cenie. No i dostaliśmy. Witalik pokazał nam Pyzatą Chatę. Najróżniejsze, różności, wszystko co tradycyjnie Ukraińskie. To wszystko na wagę. Pycha.
Po jedzeniu zdecydowanie większych ilości niż powinniśmy, Paweł ściągnął do nas jeszcze jednych znajomych: Bogdana z jego dziewczyną. Gdy Paweł tłumaczył im jak nas znaleźć wszyscy inni pękali ze śmiechu. – No jesteśmy w ….- Gdzie my jesteśmy? – oddaje telefon Witalikowi – Pyzata Chata- mówi Witalik. Paweł znów bierze telefon. – To jest na…- i znów oddaje go Wiatlikow- tu i tu- odpowiada. Bogdan przychodzi ale nie może nas znaleźć, przecież nigdy nas nie widział. No więc Paweł mu tłumaczy- siedzimy pod ścianą, ja ma- patrzy na swoją koszulkę- mam czarną koszulkę ( jak zdecydowana większość mężczyzn w tej olbrzymiej jadłodajni), no to nas znajdziesz.
Nie było łatwo, ale jakoś naleźli. No więc teraz mamy już całkiem  niezłą ekipę, My, Paweł, Wiera, Witalik, Bogdan i jego dziewczyna . Siedmiu wspaniałych wyruszyło na zdobywanie Lwowskiego cmentarza.
 
 Bo czym byłaby wizyta we Lwowie bez zobaczenia tego, jednej z najważniejszych polskich pamiątek.  Wejście na cmentarz kosztuje 16 hrywien, dla studentów 8 , to nie majątek a za coś trzeba utrzymać te piękne pomniki. Wchodzisz tu i czas się zatrzymał. Nie czujesz się jak na cmentarzu, tylko w jakimś niesamowicie wielkim parku z masą różnorodnych pomników. Nie dopadła mnie cmentarna nostalgia, dopiero gdy weszliśmy na część Orląt Lwowskich zrobiło się jakoś inaczej. Niezliczona liczba małych grobów poustawiana w równych rzędach, w centralnym punkcie stoi pomnik nieznanego żołnierza. Dla wszystkich tych, którzy zginęli tu anonimowo. Czytam napisy na grobach. Polskie nazwiska, średnia wieku ok. 16. Przecież tu też może być moja rodzina. Przecież to dziadek właśnie stąd pochodzi. Po latach nie pozostało nam nic innego jak  cicha modlitwa i pamięć o tym, że tyle osób zginęło w walce o Lwów.  Pytam  znudzonego Witalika, czy wie, co to za część cmentarza. W końcu jest przewodnikiem. – ja się cmentarzami nie zajmuję, znam tu najważniejsze groby, ale nie na tej części- odpowiada. Ta część jest dla niego niewiadomą, jak dla naszych pozostałych towarzyszy.

foto by Paweł Cmentarz Orląt Lwowskich
Cmentarz Łyczakowski
Cmentarz Orląt Lwowskich
Czas mija nieubłaganie, czas wyruszyć na pociąg. Tym razem zapoznaliśmy się już komunikacją miejską i bez problemu dojechaliśmy na dworzec.
Wszyscy straszyli nas tymi pociągami, a nam wcale nie było tak źle. To prawda, że nasze kuszetki były tak małe, że chłopcy nie mieli szans leżeć z wyprostowanymi nogami i zmienić pozycji leżenia bez obawy że wylądują na podłodze. Poza tym wszystko było idealnie. W toalecie wcale aż tak bardzo nie śmierdziało. Na pewno nie gorzej, niż  polskich pociągach,  nie widzieliśmy też żadnych złodziei, którzy chcieliby na nas napaść, obsługa pociągu niesamowicie uprzejma.. tylko nie było się z kim bratać, bo wszyscy poszli spać już po 9. A my zostaliśmy sami z piwami, kiełbasą zakupioną na bazarze i nożem którzy Paweł zawinął we wrocławską gazetę. Jak w domu.
foto by Paweł, ukraińska kiełbasa na wrocławskiej gazecie
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *