Odessa- nasz miejscowy przewodnik

Na szczęście jest alternatywa. Znów telefon koleżanki Pawła idzie w ruch. W Odessie dostaliśmy kontakt do Iren (to moje dowolne tłumaczenie imienia). Umówiliśmy się z nią w Parku Szewczenki. Z zaciekawieniem czekamy kto dzisiaj będzie naszym przewodnikiem.
Z daleka widzimy nadchodzącą filigranową blondynkę . Widać, że nie jest nastolatką, lecz dojrzałą kobietą której uśmiech przywołuje dziecięcość i wprost powala na kolana. Ciężko określić, czy jest ładna, czy nie. Na pewno ma coś w sobie w pełnym znaczeniu tego słowa. Iren nie mówi po polsku, po angielsku też nie, tylko ukraiński i rosyjski. No to będzie ciekawie.
Okazało się,  że nie zna też Hrystii, czego Paweł nie przyjmuje do wiadomości, co chwila pytając co to za projekt z którego ją zna. Na co Iren nie mogąc powstrzymać śmiechu znów usiłuje tłumaczyć, że nie wie jaki projekt, a Hrystia to koleżanka jej kolegi i nigdy jej nie spotkała. Nie ważne, liczy się to, że mamy miejscowego przewodnika.  Na pewno pokażę nam knajpki z miejscowym jedzeniem. To zdecydowanie pora obiadowa. Na migi, pocierając dłonią po brzuchu w geście jedzenia tłumaczymy jej, że jesteśmy głodni. – kuszać chcecia?- pyta Iren. No to znamy już podstawowe rosyjskie słowo: kuszanie. No więc idziemy kuszać. Po drodze tłumacząc jej, że zależy nam na lokalnej niedrogiej knajpce, bez Fast foodów, pizzy i innych takich. Wydawało się, że zrozumiała. Niestety tylko tak nam się wydawało, bo zaprowadziła nas do…
włoskiej pizzeri. No nie- nie po to spędziłam całą noc w pociągu, żeby dzisiaj zadowolić się pizzą. Tam jeść nie będę. Ma być swojsko. Kelnerka tłumaczy nam, że knajpka obok, to miejsce z tradycyjnym jedzeniem. No więc przesiadamy się stolik dalej. Nie wiem, czy jest tradycyjnie, ale ceny na pewno są nowoczesne. Zadowoliłam się tradycyjnymi naleśnikami. Oj, Iren, Iren. Jeśli to jest wasza tradycja, to ja dziękuję.
Po jakże sycącycm obiedzie poszliśmy od nowa oglądać widziane wcześniej zabytki. Znów Teatr Opery i Baletu, znów stojący pod nim panowie z pawiami, małpkami, gołębiami… namawiający do zrobienia sobie zdjęcia ich pociechami. Biedne zwierzaki.
– tu jest muzeum Odessy- tłumaczy Iren gdy przechodzimy obok jakiegoś zabytkowego budynku. – muzeum, przecież nie pada- odpowiada z uśmiechem Paweł. I ma dużo racji, oglądamy parki, budynki, knajpy, ale do żadnego muzeum nie wychodzimy. Przecież nie pada.
nasza ekipa…foto by Paweł
 
Iren pokazuje nam most z kłódkami, niby to samo co w każdym innym mieście,  ale ten jest jakiś inny. Nie chodzi nawet o to, że most jest ruchomy i stojąc na nim czujemy, że się przemieszcza. I nawet nie o to, że zamiast romantycznego widoku na rzekę jest widok na wcale niezachęcający port. Chodzi o to, że na moście jest napis, z którym Iren bardzo chciała mieć zdjęcie.  Nie umiała nam wyjaśnić, co on oznacza, ale sami go sobie przetłumaczyliśmy. Bardzo życiowy ten napis….
Iren ze słynnym napisem… foto by Paweł
 
Poszliśmy później pod płaski domek. Płaski domek, czyli kamienica ze skośną ścianą. Gdy stanie się w odpowiednim punkcie wygląda, jakby ściana była płaska.
 
płaski domek w Odessie
 
Iren pokazała nam dużo fajnych miejsc, których na pewno nie zobaczylibyśmy zwiedzając miasta sami. Na samym końcu poszliśmy na słynne schody prowadzące do portu….
barokowy pasaż w Odessie
 
Tam pożegnaliśmy się z naszą przewodniczką. Przez cały dzień nie przeszkadzała nam nieznajomość języka. Jakoś udało nam się porozumiewać, tutaj Pawła „język migowy” był niesamowicie przydatny, nawet jak nikt go nie rozumiał, to i tak powodował on salwy śmiechu. Iren pojechała do domu piec kolejne baby wielkanocne, a my poszliśmy jeszcze do portu, aby wypić piwo w zaciszu portowej ławki i podyskutować o życiu. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *