Hiszpania-Costa Brava


Ta pobudka nie należała do najprzyjemniejszych. Noc spędzona w samochodzie wielkości pudełka zapałek i poranna pobudka przez ulewę dudniącą o szyby. Nawet nie mogliśmy rozprostować kości, bo gdzie później wysuszylibyśmy nasze jedyne ciepłe ubrania? Wiedzieliśmy jedno, Hyoundai i 10 zdecydowanie nie jest samochodem turystycznym. No może dla małych Chińczyków, wtedy weszłoby ich tam kilkunastu i pewnie czuliby się swobodnie ale w tym zestawieniu nas dwoje to już max.
Został nam jeden dzień do końca podróży po Hiszpanii. Barcelona nie miała nam nic do zaoferowania podczas deszczowej pogody, więc wyruszyliśmy na północ wzdłuż wschodniego wybrzeża. Na początku planowaliśmy ominąć to wybrzeże, ponieważ kojarzyło się z najbardziej turystycznym regionem Hiszpanii. Oczami wyobraźni widziałam setki autokarów i mnóstwo turystów przeciskających się pomiędzy wąskimi uliczkami nabrzeżnych miast. Na szczęście bardzo się pomyliłam. Było już dawno po sezonie, dzięki czemu miasta świeciły pustkami. Co prawda nie ominęło nas spotkanie z Polakami, jednak czasami miło usłyszeć głos rodaka. Jedno było pewne, Costa Brava TO JEST NAJBARDZIEJ i najchętniej odwiedzane wybrzeże przez Polaków, Rosjanów i wszelkie wschodnie maści….
Tego dnia przypadało jakieś narodowe święto Hiszpanii, więc wszystkie większe sklepy były pozamykane. Na szczęście nadal mieliśmy wczorajsze bułki, dżem i tym razem już bardzo ciepłe mleko. Gdzie by to zjeść. Gdzieś daleko, daleko za Barceloną skorzystaliśmy z ogródka przed KFC. Rozłożyliśmy nasz piknik na stolikach. Wyraźnie znudzona obsługa, nie mająca ani jednego Klienta najwidoczniej nawet nie chciała wychodzić na zewnątrz, aby powiedzieć nam, że nie możemy tam jeść. Zjedliśmy bez żadnych przeszkód. Odjeżdżając stamtąd kątem oka widzieliśmy jak kelnerka wychodzi posprzątać pozostawione po nas okruszki, których nam nie udało się sprzątnąć. Nie dość, że nic nie kupiliśmy, to jeszcze zostawiliśmy po sobie bałagan. Dobrze, że nie wiedzieli, że jesteśmy Polakami. Nie chcieliśmy zostawiać niemiłych wizytówek.
Pierwszą napotkaną przez nas miejscowością było Blanes. Długa, piaszczysta plaża w połączeniu z lekko górzystym terenem łączącym się z morzem. Mała skała służąca za punk widokowy, na którym spotkaliśmy więcej Polaków niż przez całą pozostałą część wyjazdu. Mała przystań jachtowa, przepiękne zadbane uliczki starego miasta i kilka powiewających samotnie flag. Poza tym pusto, deszczowo, trochę zimno.
Dalej przyjechaliśmy do Loret de Mar. Przypuszczam, że tą miejscowość zna chyba każdy. To główny kurort turystyczny na wschodnim wybrzeżu. Nie znalazł jednak mojej sympatii. Wszędzie, kluby, bary, kasyna, drogie restauracje. Tu nawet pomimo deszczu było pełno ludzi. Nawet nie chciałam wysiadać z samochodu. Jednak było coś, co zatrzymało nas tam na dłużej. Wyścig Costa Brava. Mnóstwo zabytkowych samochodów poczynając od porsche kończąc na golfach. Wszystkie w jednym miejscu, każdy można obejrzeć z bliska. Było też moje ukochane audi Quattro z którym oczywiście musiałam mieć zdjęcie. Pomimo mojej wielkiej sympatii do samochodów, ile można je oglądać jeśli stoją w jednym miejscu a deszcz ciągle pada. Nasze jedyne ciepłe ubrania były już przemoczone. Czym my się przejmujemy. To koniec naszej wyprawy. Jeszcze tylko dwa dni w Wenecji i będziemy w Polsce. 
Pojechaliśmy dalej.
Kolejną miejscowością była Tossa de Mar. W świąteczny dzień tłumy turystów maszerowały bez zwiedzić zamek górujący nad miastem. Pomimo tego, że byliśmy od niego bardzo blisko, sama myśl o wejściu na wzgórze szybko nas zniechęciła. Byliśmy strasznie zmęczeni. Jednak nie oszczędzaliśmy się przez ostatnie dni, a teraz każdy krok wymagał od nas nie lada wysiłku. Postanowiliśmy odbyć naszą ostatnią kąpiel w ciepłym morzu. Jak się szybko okazało, byliśmy jedynymi na tyle odważnymi turystami. A nawet jedynymi, którzy odważyli się zdjąć ubrania na plaży. Morze było lodowate. Szybko doszłam do wniosku, że nie potrzebuję tej kąpieli. Przecież nie jestem taka brudna.. 😉
Damian nie dął za wygraną. Jakby nigdy nic, pływał sobie w zimnej wodzie. Wzbudziło to zainteresowanie spacerujących osób które robiły mu zdjęcia jakby co najmniej był jakimś niespotykanym zjawiskiem.
W drodze powrotnej do samochodu zobaczyliśmy kolejny napis: Jesteśmy Katalonią nie Hiszpanią. Katalończycy od dłuższego czasu chcą odłączyć się od Hiszpanii, co być może kiedyś im się uda. Mają własną kulturę, język, nie mieszkają w biednym regionie…..
Zaczęło się robić strasznie zimno, było 18C Zjedliśmy pizze w całkiem pustej restauracji i pojechaliśmy do Girony, gdzie mieliśmy spędzić naszą ostatnią noc w Hiszpanii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *