Hiszpania- powrót do Barcelony

Ostatnie chwile w Walencji. Musieliśmy już kierować się z powrotem w kierunku Barcelony. Stopem nie chcieliśmy już, nie wiedzieliśmy ile czasu nam to zajmie.
 
ostatni spacer po
Walencji
 
Po przeanalizowaniu wszystkich możliwych opcji, najtańszą było wypożyczenie samochodu. Przynajmniej tak nam się wydawało, gdy sprawdzaliśmy ceny w Internecie. W najbliższej wypożyczalni okazało się, że osobą wypożyczającą może być ta, która ma kartę kredytową. Miałam tylko ja. Niestety jak na złość,  sama karta to za mało. Ważny był jeszcze wiek. Wypożyczający MUSI mieć 25 lat. Przecież nie mam! I co dalej?
Skupisko wypożyczalni jak zwykle jest na lotnisku. Musieliśmy tylko do niego dotrzeć. Skorzystaliśmy z pomocy przewodnika i kupiliśmy zwykły bilet do metra. Jak się później okazało- nieprawidłowy. Bilet na lotnisko kosztuje specjalną ceną: 7 euro. Przy wyjściu na lotnisko stoi kontrola i nakazuje zakup odpowiedniego biletu. Nam też się nie upiekło. Samochodu nie ma, za bilety na metro płacimy podwójnie, marny początek dnia. Co będzie daje?
Wcale nie było lepiej. Ceny samochodów które widzieliśmy na necie, nie zgadzały się z cenami oferowanymi nam w biurze. Podobno najtańszym dostępnym samochodem był Mini, za 200 euro na dwa dni. O nie, to ja jednak wolę stopem. Sprawdziliśmy w Internecie, online dostępne były inne samochody. Wypożyczyliśmy Hyundaia za 109 euro. Byłoby taniej, ale musieliśmy dopłacić dodatkowe ubezpieczenie za niski wiek kierowcy, czyli mój. Czuję się poszkodowana. Jednak młodość nie zawsze jest na plus.
 
I jedziemy!!! Co za miła odmiana, gdy możemy jechać kiedy chcemy i gdzie chcemy. Piękna pogoda.  Zatrzymujemy się tam, gdzie się nam podoba. Ale tak naprawdę, to nie podobało się nigdzie. Zajechaliśmy do Castello, podobno bardzo turystycznego kurortu, ale zastaliśmy tam tylko złomowiska i puste, zaśmiecone plaże, kilka jeszcze innych zjazdów nad morze, ale wszędzie było brudno. Żadnej pięknej dzikiej plaży.
opustoszałe Castello
i gdzie dalej
 
Zrobiliśmy się głodni, łowić nie będziemy, bo do samochodu nie dorzucili wędek w pakiecie, więc trzeba było złowić coś w sklepie. W koszyku było już wszystko: dżem, bagietki, mleko… aż ślinka ciekła. Nie mieliśmy tylko kubków. Postanowiliśmy je zdobyć. Podeszliśmy do Pani sprzedającej kawę i mając nadzieję, że mówi po angielsku poprosiliśmy o puste kubki. Kawę?- Zapytała Pani- nie, nie- KUBEK- kawa z mlekiem? – nie- kubek- cappuccino- NIE KUBEK- nie poddając się pokazywaliśmy na stojące w kącie kubki. – Herbatę? – NIE, odpowiadaliśmy zdesperowani nadal pokazując na potrzebną nam rzecz. W końcu Pani zaskoczyła. Kubek?- Si, Si— No to się dogadaliśmy. A trzeba było uczyć się języków.
Jedzenie? Jest. Kubki? Są! Tylko gdzie je zjeść­? Pogoda zaczęła się psuć, z zachodu napływały czarne chmury, to chyba nie najlepszy czas na obiad na plaży. Zjechaliśmy do jakiegoś małego przydrożnego zajazdu mieszczącego aż jeden samochód. Stanęliśmy pod drzewkami oliwnymi i wyjęliśmy nasze zapasy. Przy otwartych drzwiach zajadaliśmy się bułkami z dżemem popijanymi ciepłym mlekiem. 
nasze obiadowe miejsce
 
W pewnej chwili uderzyła mnie spadająca oliwka. Za chwilę kolejna. Widziałam jak zerwał się wiatr i coś jakby oliwki, uderzały o samochód. Niebo pokryło się chmurami. Deszcz oliwek? Zapytałam Damiana. Być może tak mocno wieje, że zrywa wszystkie z drzew. Gdy uświadomiliśmy sobie co w rzeczywistości uderzało o samochód i wszystko w koło, w lekkiej panice zaczęliśmy szukać schronienia. To nie oliwki, lecz  z nieba lecący grad wielkości małych kamyków. Na szczęście po przeciwnej stronie drogi, przy jakimś hotelu stała wiata pod którą można było wjechać samochodem. Schroniliśmy się tam. Wielki grad padał przez najbliższe kilkanaście minut i zasłonił nam jakikolwiek widok. Jestem pewna, że każdy samochód poruszający się w tym momencie po drodze miał pozostawione pamiątki w postaci wgnieceń bądź dziur. Nie wykupiliśmy ubezpieczenia w przypadku szkód, więc wiata spadła nam jakby z nieba.
gradowe kule
 
Nie chciało nam się już jeść. Pojechaliśmy dalej w kierunku Barcy. Mając miłe wspomnienia z przypadkowego pobytu w Sitges postanowiliśmy zajechać do niego i tym razem. Po ostatnich dniach spędzonych na nogach byliśmy jednak tak zmęczeni, że po 15 minutowym spacerze znów siedzieliśmy w samochodzie i jechaliśmy do Barcelony. 
Sitges nocą
 
 
Było już późno. Od dłuższego czasu to Damian siedział za kierownicą. Ja podziwiałam widoki przy krętej drodze z Sitges do Barcelony. Wierzcie mi, że jest to tylko ok. 40 km, a przez całą drogę jedzie się serpentynami. Nawet najbardziej wytrwały weteran może być zmęczony a szczególnie o północy. Mieliśmy kilka postoi na przewietrzenie się i orzeźwienie oczu, ale  nieszczególnie pomagały. Z wielkim trudem, ale po 12 godzinach jazdy znaleźliśmy się w Barcelonie. Zajęło nam to niedużo krócej niż podróż stopem. I po co było wypożyczać samochód?
Wjechaliśmy na jakiekolwiek osiedle mieszkalne i szybko zasnęliśmy. Nie martwiliśmy się o kąpiel, kolację, czy miękkie łóżko. Byliśmy aż tak zmęczeni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *