Gdzieś w kolumbijskich górach

Zanim zaczniesz czytać, włącz muzykę. Moje podróże bez niej wyglądałyby całkiem inaczej.

Wizyta u Luisa miała jeszcze jeden pozytywny aspekt.  Astrid, druga dziewczyna którą poznałam u niego w domu miała rodzinę w górach Rodzinę, która wytwarza kawę i panelę, a ja koniecznie chciałam zobaczyć jak robi się kawę. -Jeśli chcesz, to możesz do nich jechać na kilka dnia -powiedziała nawet nie zapytana przeze mnie.  Jasne, że chciałam. Marta – kuzynka Astrid – mieszka z dwójką dzieci w małej miejscowości położonej w okolicy Manizales –  to właśnie w tych rejonach wytwarza się najwięcej kolumbijskiej kawy i paneli. Dla tych co nie wiedzą, panela jest tak naprawdę cukrem, wytwarzanym tutaj z tej samej rośliny, co zwykły cukier, jednak suszy się go w inny sposób….
O 6 rano wsiadłam do autobus w Medellin i po 5 godzinach jazdy (miało być 3 godziny) dojechałam do Rio Susio. To taka mała miejscowość z dwoma kościołami, małym rynkiem i właściwie niczym do zobaczenia. Na stacji czekała na mnie Marta: niska, krępa kolumbijka z małymi oczami (tak opisała mi ją Astrid w wiadomości). Tak też właśnie wyglądała. Ciężko było określić jej wiek, jednak miała ok 38 lat. Przywitała mnie uśmiechając się oszczędnie  i wypytując o podroż. – musimy czekać do 3 ponieważ o tej godzinie mamy auto do domu- powiedziała
– a pieszo nie możemy pójść?  – zapytałam
Marta popatrzyła na mnie ze zdziwieniem – pieszo? to zdecydowanie za daleko
-ile trzeba iść? –
-nie wiem, ja zawsze idę tak długo aż dojdę –  odpowiedziała jakby czas nie miał dla niej najmniejszego znaczenia.

W czasie oczekiwania na auto kilka razy obeszłyśmy miasto, wypiłyśmy kawę, zrobiłyśmy zakupy a do 3 wciąż pozostało dwie godziny.
– pojedziemy na motocyklu- zdecydowała Marta prosząc swojego sąsiada o podwiezienie.
Tym razem to ja byłam zdziwiona. przecież ja mam ze sobą mój duży plecak, mały plecak, torbę i mnóstwo zakupów. To niemożliwe. Nie odezwałam się jednak ani słowem i zapakowałam się na motocykl z tymi wszystkimi rzeczami. Marta z druga połową zakupów, na drugi motocykl. Jedziemy. Już po chwili asfalt się skończył i wjechaliśmy na drogę z dużą ilością kamieni. Sąsiad nie zwolnił. -czy on wie, jakie to niebezpieczne? – pomyślałam modląc się w duchu abyśmy się nie przewrócili, a ja z całym swoim ładunkiem nie poleciała gdzieś w przepaść. Na szczęście, po półgodzinnej jeździe po stromej, kamienistej drodze, cali dojechaliśmy na miejsce. Przed nami malutki, biały domek na wzgórzu.  Oto jesteśmý.

Tutaj wszyscy się znają, a jak tylko pojawia się nowa twarz, staje się miejscową atrakcją. Tak też stało się ze mną. Sąsiedzi specjalnie odwiedzali Martę i jej rodzinę, aby mnie zobaczyć i móc ze mną porozmawiać. Naszą ulubioną zabawą stała się nauka angielskiego, bo przecież pomimo szkolnych lekcji, po angielsku nikt tu nie mówi. Kilka dni spędzonych na odpoczynku (pomimo nierobienia niczego, Marta ciągle kazała mi odpoczywać), jedzeniu arepy i nauce  robienia paneli szybko minęło. Oj bardzo szybko.

W międzyczasie chodziłam po górach 9oczywiscie z obstawą, bo przecież sama mogę się zgubić) i uczyłam tańczyć ballenato, bo każdy miejscowy, to profesjonalny tancerz. 🙂

 

 

IMG_802211

 

IMG_80281

IMG_80081

IMG_80021

IMG_79961

IMG_79921

IMG_79621

IMG_79581

IMG_79511

IMG_79481

IMG_80881

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *