Pożegnanie z Madrytem

4 miesiące w Hiszpanii minęło jak jedne dzień. Czas wracać do Polski. Mój powrót był przyśpieszony. Na szczęście jednak, już wcześniej miałam kupiony bilet na kilka dni. Specjalne po to, żeby pojawić się na wykładach u profesora, który nie zaliczyłby mi semestru, jeśli nie będę miała obecności. Wiec musiałam kupić bilet na weekend. Niestety bilety z Madrytu nie były  jeszcze wtedy tanie, zapłaciłam prawie tyle co za bilet na Martynikę. Ale się wtedy złościłam. Jeśli chciałam skończyć studia o czasie,  musiałam to zrobić. A chciałam, i to bardzo.
Najtańszą opcją przylotu była przesiadka w Mediolanie, a w drodze powrotnej w Brukseli.
Jeśli mam już być w Mediolanie, to przynajmniej odwiedzę znajomych. Zresztą, jeszcze nigdy tam nie byłam.  Kupiłam więc bilet z jednodniową przerwą, w stolicy mody.
Nie miałam ochoty tam jechać, ostatni zbieg zdarzeń spowodował, że wolałabym polecieć prosto do domu, ale klamka zapadła. Witaj Mediolanie.
Lot z Madrytu o godzinie 6 rano. Nie miałam szans, żeby dojechać autobusem z mojego miejsca zamieszkania. Zamiast stresować się czy zdążę, spakowałam plecak i z całym bagażem poszłam na ostanie wtorkowe spotkanie w parku Retiro. Większość pożegnań z przyjaciółmi miałam już za sobą, ale został mi jeszcze ktoś najbardziej bliski – Maria. Ta jasnowłosa Włoszka przez cały okres pobytu była dla mnie jak siostra. Spędzałyśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Uwielbiałam nasze wyjścia do klubu, ćwiczenia w Retiro, leniwe niedziele  i nawet te deszczowe dni, kiedy leżałyśmy w łóżku popijając wino i oglądając komedie zaśmiewałyśmy się do łez. Totalne przeciwieństwa. Ona uwielbiała Madryt, ja go nienawidziłam. Inne poglądy na życie, cele, marzenia… wszystko. A jednak tak dobrze się rozumiałyśmy. Czasami przyjaźnie na odległość nie wytrzymują próby czasu. Mam nadzieje, że nasza to przetrwa. 
Nie mogłam powstrzymać łez przy pożegnaniu. Chciałam jak najszybciej odejść, żeby nie okazywać jak mi smutno. Pożegnałam się z nią i ostatnim metrem pojechałam na lotnisko.
Z ulgą żegnałam Madryt. Ostatnimi czasy trochę dał mi popalić. Mój kolega mówił: masz pecha. Ja wiedziałam co innego: my się nie lubimy. Ja nie lubię Madrytu, on nie lubi mnie. Takie nasze odwzajemnione uczucie. I nie byli w stanie zmienić tego nawet poznani ludzie, którzy codziennie wnosili słońce do mojego dnia i o których nigdy nawet nie wspomniałam na blogu. Bo przecież najpiękniejsze rzeczy chcemy zachować dla siebie…. 


 

Okazało się, że nie tylko ja wpadłam na genialny pomysł spędzenia nocy na lotnisku. Było tam już dużo osób. Znalazłam sobie miejsce przy ścianie układając się taktycznie, osłaniając przy tym wszystko co cenne i próbując zasnąć. Co chwila, kiedy przymykały mi się oczy, ktoś niszczył moją szansę na sen. Nie zmrużyłam nawet oka.  Za to zasnęłam w samolocie jak tylko do niego wsiadłam, jeszcze przed startem. 

2 thoughts on “Pożegnanie z Madrytem

    1. Nie polubiłam go, ponieważ wcześniej poznałam Walencję. Jeśli kiedyś tam pojedziesz, to zrozumiesz mój punkt widzenia. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *