Machu Picchu – samotnie przez dżunglę

Zanim zaczniesz czytać, włącz muzykę. Moje podróże bez niej wyglądałyby całkiem inaczej.

Przyszedł czas na najważniejszy zabytek Peru, czyli Machu Picchu. Tak naprawdę prawie nie ma turysty, który byłby w Peru i nie zobaczył Machu Picchu. Prawie, bo Edu zna nawet dwie takie osoby, jedna z nich stwierdziła, że nie będzie robiła tego, co wszyscy i ominie ten zabytek, a kolejna rozchorowała się pod samym wejściem. Ja zdecydowanie nie chciałam dołączyć do tego grona. Dzięki temu, że dostałam zniżkę studencką, kupiłam też bilet na Wayna Picchu, czyli górę królującą tuż na Machu. Edu objaśnił mi jak powinnam dotrzeć na miejsce, żeby zapłacić jak najmniej.
– Jedziesz do Santa Maria, tam bierzesz kolejny autobus do Santa Teresa, później pociąg do Teleferiko i dalej 2,5 godziny idziesz przy torach by dotrzeć do Aguas Calientes. Tam nocujesz i o 4 wyruszasz na szczyt, później wracasz tą samą drogą. Miałam wyliczony czas  co do godziny, tak aby zdążyć przed nocą, bo przecież noc to nie jest najlepszy czas na samotne spacery, a już na pewno nie dla samotnej dziewczyny. Wszystko wydawało się proste. Nie przewidziałam tylko normalnej w Peru obsuwy czasowej. Wyjechałam z Cusco o 12. 4 godziny busem i dojechałam do Santa Maria. W połowie drogi już zaczęło padać. W Santa Maria jak najszybciej starałam się złapać autobus do Santa Teresa.  Niestety w niedzielne popołudnie tłumów nie było. Czekałam tak na deszczu, aż któryś z busów się zapełni.
Podjechał jeden. – Santa Teresa? – rzuciłam zapytanie do kierowcy.
– Wsiadaj- krzyknęli pasażerowie. Nie zastanawiając się wiele, w pośpiechu wrzuciłam swoje rzeczy i wskoczyłam do busa.
– Santa Teresa, Si? – upewniłam się kolejny raz
-Si, Si- otrzymałam zapewnienie
W busie siedziała rodzina z małym dzieckiem i jeszcze jedna, z nieszczególnie rzeźwym ojcem.
Sympatycznie zaczęli ze mną rozmawiać
-skąd jesteś- zapytała matka

— z Polski? – to chyba daleko — zastanawiała się, gdzie leży nasz kraj
Ojciec nie przejmował się tym, gdzie tak naprawdę leży Polska
– Podróżujesz sama? – zapytał z ciekawością, ledwo trzymając się na siedzeniu.
– potwierdziłam, że właśnie tak jest
– ale sama? Tak całkiem sama? – nie chciałam zmyślać historyjek
– taka samiutka? – nie dawał za wygraną, wprawiając pozostałych pasażerów w złość i śmiech.
– Daj jej spokój- niech porozmawia z naszą córka, prosiła go matka
Usiłowałam zamienić kilka słów z dwunastoletnią dziewczynką
-Ale tak sam podróżujesz? – usłyszałam za plecami pijany głos  mężczyzny — sama i wolna?
Autobus wybuchnął śmiechem. Matka znów usiłowała go uciszyć, ale nic z tego.
Poczułam się niepewnie. Jednak wymyśliłam historię o przyjaciołach, którzy widzieli już Machu Picchu i czekają na mnie w Cusco.
– Ale tutaj sola? Może potrzebujesz towarzystwa? – zapytał mężczyzna pokazując swoje braki w uzębieniu.
Nie pomogło uspokajanie ani matki, ani córki, co chwila słyszałam te same pytanie — Sola?
W pewnym momencie córka usiłowała zasłonić mu buzię ręką, ale to też nie pomogło, zza zasłoniętych zębów, dało się słyszeć: – sola?
Miałam już dość, ale przecież nie wysiądę gdzieś w górach. Pomimo tego, że widoki naprawdę zachęcały do rozkoszowania się nimi w spokoju.
Przez cały czas padał deszcz, przejeżdżając gdzieś przez strumyk, kierowca uszkodził koło. Na szczęście nie na tyle, żebyśmy nie mogli dojechać.
Na pożegnanie dostałam od mężczyzny pomarańczę, którą schowam do kieszeni.

Byliśmy w Santa Teresa. Teraz gdzie jest pociąg? Nie jeździ! Jest za późno. Ostatni odjeżdża o 15.30 a jest już prawie 17. Musiałam wziął taxi, co oczywiście nadwyrężyło mój budżet. Nie miałam wyjścia, pieszo zajęłoby mi to 6 godzin.

Jechałam taksówką, rozmawiając o życiu.
– A panienka tak sama? – usłyszałam znajome mi już pytanie.
Tym razem miałam już przygotowaną odpowiedź — chwilowo tak, bo jadę do Kolumbii spotkać mojego chłopaka – odpowiedziałam.
– A dzieci? Panienka ma dzieci? Bierzecie ślub? Długo jesteście ze sobą? – posypała się lawina pytań na które zdecydowanie nie chciałam odpowiadać, szczególnie, że zazwyczaj to ja zadaję pytania. Starałam się wymigiwać od odpowiedzi. Dojechaliśmy.
Teraz pójdzie Panienka wzdłuż torów kolejowych, 2,5 godziny pieszo i jest w Aguas Calientes, czyli miejscowości położonej pod Machu Picchu, tylko proszę się śpieszyć, bo za chwilę będzie ciemno.
Pożegnałam się z taksówkarzem i ruszyłam w drogę. Najwidoczniej dużo osób tak chodzi, bo przy torach stał znak: Machu Picchu, krótsza ścieżka. Minęłam przytorowe sklepiki, ochronę kolei, która nic mi nie powiedziała i doszłam do końca torów kolejowych. Tylko mała ścieżka odchodziła w głąb dżungli. Jakby ktoś nie wiedział, to w tej części Peru, mamy już naprawdę dżunglę. Gęsty las porośnięty wszystkim co się da. Miejsce, gdzie na pewno nikt nie chciałby się znaleźć nocą.
Nie wiedziałam co mam robić, tym razem nie było znaku, że to jest droga na Machu Picchu. Postanowiłam zawrócić w poszukiwaniu właściwej ścieżki. Znów minęłam sklepiki i odbiłam lekko wzwyż za drugą linią torów kolejowych. Po 15 minutach marszu okazało się, że obydwie ścieżki się łączą, a ja niepotrzebnie straciłam czas. Wiedziałam, że nie mam go za wiele, że ściemni się za ok. pół godziny. Z przerażaniem myślałam o samotnym spacerze przez dżunglę, jednak wiedziałam też, że nie mam wyjścia. Na rano mam bilet na Machu Pcichu, muszę tam dojść. Minęłam kobietę idącą w przeciwnym kierunku-okradną Cię- powiedziała na przywitanie. Starałam się nie zwracać na nią uwagi, ale moje serce szybciej zabiło. Mimo wszystko szłam dalej. Po chwili znów minęłam jakichś ludzi idących w dół do stacji kolejowej. Mężczyzna rzucił tylko jednym słowem: valeinte, co znaczy — odważna.
Nie byłam odważna, byłam przerażona. Nie mogłam zawrócić pomimo świadomości, że iście dalej jest strasznie niebezpieczne. Przez cały czas padał deszcz. Nie zatrzymałam się nawet na chwilę, aby wyjąć płaszcz, cenne były każde sekundy. Doszłam do mostu, mało stabilnie wygląda. Pod mostem duża, rwąca rzeka z wodą w kolorze czekolady, która przybiera ten kolor w trakcie opadów. Weszłam na niego, modląc się, żeby któraś kładka nie zarwała się pod moim ciężarem. Kładki skrzypiały i uginały się pode mną, ale udało mi się przejść. Przede mną tylko zakręty, za którymi nie wiedziałam, co się czai. Co chwilę oglądałam się za siebie, żeby przypadkiem nikt mnie nie zaatakował. Po bokach tylko gęsta dżungla. Gdyby nie moja obecna sytuacja na pewno zatrzymywałabym się co chwilę robiąc zdjęcia temu urokliwemu miejscu, ale dzisiaj… zdecydowanie nie. Zaczęło się zmierzchać. Szłam najszybciej jak mogłam, podbiegając co chwilę. Byłam głodna, jednak nie odważyłabym się zatrzymać, aby wyjąć jedzenie. W kieszeni wciąż miałam pomarańczę, którą podarował mi pijany mężczyzna. Zjadłam ją nie zatrzymując się ani na chwilę.
Im bardziej robiło się ciemno, tym moje przerażenie stawało się większe. Wiele słyszałam o napaściach w  biały dzień, a co mówić w ciemnej dżungli, gdzie na pewno nikt by mi nie pomógł. Modliłam się w myślach. Kiedy nie wiedziałam już, co mam ze sobą zrobić i stawało się naprawdę ciemno,  w oddali ujrzałam poruszające się postacie. Mogłam dostrzec, że mają na sobie płaszcze od deszczu, co znaczy, że raczej nie są miejscowymi. Idą też w tym samym kierunku co ja. Serce zabiło mi mocniej. Przyśpieszyłam kroku. Przede mną szły cztery osoby z plecakami. Jestem uratowana.
Dogoniłam je. – cześć,  co słychać, mogę iść z Wami, bo sama umieram z przerażenia-zagadałam.
– Jasne, że możesz, też bym umarł, gdybym znalazł się tu sam- odpowiedział chłopak.
Moi nowi towarzysze szli powoli z racji swoich plecaków. Ja miałam tylko rzeczy na jeden dzień. Byli z Chile i Argentyny, przyjechali tak jak wszyscy – zobaczyć Machu Picchu.
Zrobiło się ciemno, wyjęłam latarkę i świeciłam pod nogami. Starałam się nie oglądać dookoła na straszne chaszcze, które mogły kryć w sobie wszystko. Szliśmy tak gęsiego, przechodząc przez mostki i kałuże. Nie odzywaliśmy się zbyt wiele, bo każdy z nas był zmęczony i skupiony na marszu w ciemności. Ujrzeliśmy światła. Nareszcie.
Weszliśmy na stację kolejową. Jakoś nikogo nie zdziwiło nasze najście. Najwidoczniej są do tego przyzwyczajeni. Przy samych torach znaleźliśmy sklepik i kupiliśmy coś do jedzenia. Czas poszukać noclegu. Najlepszą opcją dla moich nowych znajomych jest wzięcie pokoju czteroosobowego, w końcu to pary. Pomaszerowałam do pierwszego lepszego hostelu z przystępną ceną. Zaprowadzili mnie do pokoju, a tam Julia, hiszpanka, z którą miałam tu przyjść dzień wcześniej. Nasz podróżniczy świat jest mały, bardzo mały.
Przygotowałam się do porannej pobudki o 4 nad ranem i starając się nie myśleć o ciężkim dniu, który miałam za sobą zasnęłam jak kamień.

 

IMG_5684

One thought on “Machu Picchu – samotnie przez dżunglę

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *