Machu Picchu – pokonuję słabości

Zanim zaczniesz czytać, włącz muzykę.

Moje podróże bez niej wyglądałyby całkiem inaczej.

 

4 rano, mój budzik nie daje mi spać. I dobrze, bo gdyby nie on, na pewno nie wstałabym na czas aby dotrzeć na Machu Picchu. Co prawda mogłam pojechać autobusem i wrócić na nogach, ale co to za przyjemność? Ja nie dojdę? Oczywiście, że dojdę! Gotowa do wyjścia, z bułką w dłoni chciałam wyjść z hostelu. Zamknięty na kłódkę! Jak to? Przecież oni wiedzą, że ludzie o tej godzinie wychodzą na Machu Picchu. 15 minut krzątania się po recepcji, w końcu udało mi się kogoś obudzić. Wyszłam w ciemność. Na ulicy pusto, słychać tylko dźwięk przepływającej rzeki i krople spadającego deszczu. Czy aby na pewno nie pomyliły mi się godziny?- pomyślałam patrząc na puste, ledwo oświetlone ulice. Idę, dopiero po chwili dostrzegam kilka osób w ciemności, które zmierzały do mostu. Świecę swoją latarka przed nogami, dziś nie czuję  niebezpieczeństwa. Wiem, że nie będę tam sama i co najważniejsze za chwilę będzie dzień. Po kilku minutach marszu dochodzę do upragnionego mostu. Przed nim kilkadziesiąt osób czekających w ciemności na otwarcie bramy. Powinni otworzyć ją o 4.30, jednak otwierają o 5.00. Może ja po prostu byłam źle poinformowana, a może “czas” jak zwykle ma tu małe znaczenie. Otwierają bramy, skrupulatnie sprawdzają każdy bilet, paszport i legitymację. Przechodzimy. Jestem jedną z pierwszych, w ciemności świecimy latarkami szukając znaków. Wchodzę na ścieżkę wyłożoną kamiennymi schodami. Tuż przede mną tylko pies, który najwyraźniej zna drogę lepiej ode mnie. Idę swoim zwykłym, szybkim tempem, nie zastanawiając się nad tym, że po chwili opadnę z sił. Przecież wcale nie jesteśmy nisko. Deszcz nie przestaje padać, dookoła widoczna tylko mgła. Jestem wkurzona, że wybrałam się tu właśnie dzisiaj. Jeśli mam nic nie zobaczyć, to po co właściwie wchodzę na Machu Picchu. Po kilkunastu minutach marszu ledwo oddycham, sapię jak zmęczony pies. Brakuje mi sił i powietrza. Co chwila zatrzymuję się, żeby je złapać. Walczę sama ze sobą, zastanawiając się, czy nie odpuścić sobie krótszej, lecz trudniejszej ścieżki wyłożonej schodami i nie pójść zdecydowanie dłuższą drogą dla autobusów. Nie poddaję się. Co chwila ktoś mnie wyprzedza, ktoś wymiotuje. Nie jestem sama. Z grupą anglików mijamy się co chwilę odpoczywając na zmianę. Pies dawno zniknął na ścieżce. Moja nadzieja na dotarcie na szczyt również. Dlaczego nie pojechałam autobusem, skoro wszyscy mi to doradzali? Sama tego nie wiedziałam. Miałam już dość, ale wiedziałam, że się nie poddam. Nigdy się nie poddaję. Przez mgłę zamajaczył mi szczyt, jeszcze tylko kilkanaście minut. Dotarłam ostatkiem sił. Przy wejściu kolejka. Autokary już dawno dojechały, więc wszędzie pełno turystów. Znów sprawdzanie biletów. Jestem. Rozejrzałam się wokoło. Widziałam tylko zarysy budynków i krople ciągle padającego deszczu. Postanowiłam iść za znakami, wiedząc, że za 40 minut czeka mnie kolejna godzina marszu, na Wayna Pichu. Zaczęłam żałować, że kupiłam ten bilet. Kolejna godzina marszu po schodach, w deszczu i we mgle. Pospacerowałam chwilę po Machu Picchu. Szybko odechciało mi się robienia zdjęć. Przecież i tak nic na nich nie widać.
Czas na kolejną górę. Tym razem kolejka nie była duża. Dziennie, na Wayna Picchu może wejść 400 osób. Ilość wejść jest limitowana z powodu niszczenia. W taką pogodę i w środku tygodnia nie ma dużo chętnych. Pewnie w sezonie są tu straszne tłumy.
-Macie godzinę na dojście, schodzi się tyle samo czasu- informuje nas pracownik. Przy wejściu każdy wpisuje do książki godzinę wejścia a później zejścia. Prawdopodobnie jeśli ktoś zaginie, to idą go szukać. Samobójstw dużo nie ma, ale ostatnio zginał turysta uderzony piorunem. – Oby nie było burzy — myślę.
Tym razem droga jest jeszcze gorsza. Nie tylko schody, ale do tego bardzo strome. Wydaje mi się, że odpoczywam co  5 minut. Niestety nie jest to czas na zrobienie zdjęcia, bo wciąż nic nie widać. Majaczy już szczyt, tuż pod nim niedokończona świątynia. Nie mam pojęcia, gdzie na dole jet Machu Picchu. Aby wejść na szczyt przeciskam się przez szczelinę w skalę, w której na pewno osoby o większej budowie by się nie zmieściły. Dlaczego nie informują o tym przy wejściu?

Jeszcze drabina i jestem. Na szczycie siedzą już Ci, którzy mnie wyprzedzili. Skały, skały i mgła dookoła. Deszcz przestał padać. Siadam na skale i wpatruję się w pustkę. Co mam robić? Czekam. Czekanie się opłacało, bo po ok. pół godziny zaczęło się przejaśniać. Najpierw chmury co chwila odsłaniały i zasłaniały okoliczne góry. Później coraz bardziej zaczęły się rozchodzić, aż w końcu udało nam się w dole dostrzec Machu Picchu. Zaparło mi dech w piersiach. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, czego udało mi się dokonać. Nie chodzi o pokonanie własnych słabości, dzięki czemu udało mi się dotrzeć na szczyt. Chodzi o pokonanie wszystkich przeciwności losu i przyjechanie tutaj – na koniec świata. Możliwość zobaczenia na własne oczy kultury Inków, patrzenia w dół, gdzie w oddali widać było całą przebytą przeze mnie drogę. Ta droga ciągnęła się aż do Polski, do zostawienia wszystkiego, co mam, do wyruszenia w świat. Droga, która wcale nie była łatwa do przejścia, ale udało się! Jestem tutaj i cieszę się z każdego promyka wychodzącego słońca, z powiewu wiatru, ze śpiewających ptaków… żałuję tylko, że nie mam z kim podzielić się tą radością.
Czas schodzić. Pogoda była tak piękna, że wyjęłam kamerę i zaczęłam tańczyć, w końcu tańcząca ze światem to opowieść o tańcu, o przetańczeniu całego świata.
Schodziło się dużo łatwiej, jednak tym razem już nogi trzęsły mi się ze zmęczenia. W końcu miałam dzisiaj wcale niełatwy spacer, a to jeszcze nie koniec. Tak naprawdę nie widziałam jeszcze Machu Picchu. Chce poznać każdy jego zakamarek, dowiedzieć się, co stało się z mieszkańcami tej osady, dlaczego nagle ja opuścili.
Biorę przewodnika. Opowiada naszej grupie o historii miejsca, jak zostało odkryte przez przypadek przez IMG_59081Hiszpanów, którzy tak naprawdę przyjechali znaleźć inną osadę. O tym, że tak naprawdę nikt nie wie, co stało się z mieszkańcami. Na pewno nie zostali wymordowani przez Hiszpanów. Oni nie odkryli Machu Picchu, gdyby tak się stało, to pewnie niewiele by z niej zostało tak jak z innych miejsc. Mieszkańcy nagle zostawili niedokończone domy i świątynie i odeszli, zabierając swój dobytek ze sobą. Oglądamy świątynie, w których składano w darze czarne lamy, widzimy, z jaką precyzją to wszystko jest zbudowane, jak w tamtych czasach, przy braku narzędzi udało się wykrzesać tak idealnie proste skały na budowę. W Machu Pichu zbyt wiele jest niewiadomych. Wiem jedno, to miejsce, którego nie można przegapić. Nawet jeśli ktokolwiek powie, że jest zbyt komercyjne.
Pora wracać. Jeśli chcę dotrzeć do Cusco przed nocą powinnam się śpieszyć. Tym razem zjeżdżam autobusem: 12 dolarów za 15 minut przyjemności. Drogo i to bardzo. W mieście szybko kupuję coś do jedzenia i wchodzę na znaną mi już drogę: tory kolejowe. Tym razem nie boję się aż tak, wiem, że nie będę szła po nocy. Co nie zmienia faktu, że czuję się niepewnie, oglądając się co chwilę, czy przypadkiem ktoś za mną nie idzie. Znów pada deszcz, ale ja szczególnie się nim nie przejmuję. Zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcia i filmy. Podziwiam widoki. Co chwila mijam turystów idących w przeciwnym kierunku. W moim nie idzie nikt. Dwie godziny minęły mi bardzo szybko. Na końcu drogi spotykam kierowcę, który przywiózł tu pisarzy z Cusco. Ma jedno miejsce wolne. – Możesz jechać z nami za 60 soli – proponuje
– 60? W życiu? Mogę zapłacić 40 – odpowiadam wiedząc, że zejdzie z ceny prędzej czy później, a jeśli nie, to pojadę autobusem, właściwie to dwoma i jednym pociągiem.
Mijam go i pisarzy idąc spokojnie do pociągu. Kierowca dogania mnie
-zgoda, może być 40 tylko nic im nie mów- mówi ściszonym głosem.
Jedziemy samochodem. Ze mną troje meksykańskich pisarzy.
– jesteś z Polski- pyta poetka — moja babcia stamąd pochodziła. Ja też tam byłam. Najbardziej podobała mi się Pusca Bialowieska – opowiada o swoim pobycie.
W ciągu ostatniego roku, tylko przez dwa miesiące była w Meksyku, przez pozostałych 10 podróżowała. Nie płaci za bilety, bo wszędzie jest zapraszana. A dlaczego jest poetką? “Bo nic innego nie umie robić”.
Wracamy do Cusco, wsłuchani w muzykę Inków i Wpatrzeni w przepiękny księżyc i rozgwieżdżone niebo. – Mieliśmy dzisiaj dużo szczęścia i naprawdę piękny dzień — podsumowujemy na pożegnanie.
-Do zobaczenia w przyszłości – mówimy sobie, wiedząc, że świat jest bardzo mały. A ja mam dziwne przeczucie, że jeszcze kiedyś się spotkamy.

 

IMG_59091

 

IMG_58991

IMG_58971

 

IMG_58931

 

IMG_58891

 

IMG_58871

 

IMG_58791

 

IMG_58751 IMG_58731

 

IMG_58561

 

IMG_58521

 

IMG_58391

 

IMG_58361

 

IMG_58351

 

IMG_57031

One thought on “Machu Picchu – pokonuję słabości

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *