Autostopem do Lichtenfels

Długi weekend sierpniowy. Nie mogliśmy spędzić go w domu. Pomysłów było wiele. Już zdecydowani na Bałkany, zrezygnowaliśmy w ostatniej chwili. Bardziej potrzebowaliśmy odpoczynku, niż atrakcji i wrażeń. Główny plan: wyspać się. Po pobudce o 11:00 podjęliśmy szybką decyzję. Jedziemy do Niemiec, do Damiana rodziców. Czym? Jak to? Stopem. Samochód zostawiliśmy pod blokiem, a sami szybko wyruszyliśmy w naszą koleją przygodę. Przed nami ponad 500 km. To dużo i nie dużo. Pamiętając hiszpańskie 300 km przejechane w 3 dni. Na szczęście jesteśmy u siebie. Prawie przez cały odcinek będziemy jechać autostradą. Powinno być łatwo.
Autobusem podjechaliśmy na stacje benzynową we wrocławskich Bielanach. Stacja położona przy samej autostradzie, tam już 3 grupy autostopowiczów od ponad godziny usiłują bezskutecznie zabrać się z którymś kierowcą. Słaby początek, ale się nie poddajemy. Po kilku minutach podjeżdża małżeństwo z czteroletnią córką. Na początku nie chcieli nas wziąć, jednak po chwili wahania, sprawdzając, czy nie mamy bagażu i pytając córki o zgodę decydują się nas podwieźć. Co prawda jadą do Berlina, a my jedziemy w kierunku na Drezno, ale kawałek możemy z nimi podjechać.
Jak się okazało, nasi wybawcy, to małżeństwo, a raczej rodzina podróżników. Mała Wiktora zwiedziła pewnie więcej państw, niż nie jeden dorosły. I świetnie sobie z tym radzi. To przykład na to, że posiadanie dziecka nie ogranicza możliwości podróżowania. Wystarczy tylko chcieć.
Wysadzili nas na rozjeździe, oni do Berlina my na Drezno. Stoimy na autostradzie, ładna pogoda, tłumy wyjeżdżające z Polski na długi weekend, ale jakoś nikt się nie zatrzymuje. Na kartce zaczęliśmy pisać już napis „BP”. To najbliższa stacja benzynowa. Żeby chociaż tam się dostać.  Po 20 minutach, zatrzymał się kierowca ciężarówki. Co prawda może wozić tylko jedną osobę, ale nie zważając na to, podwiózł nas do najbliższej stacji na. BP, to ostatnia stacja przed granicą. Kolejki niesamowite. Pochodzimy do dwóch kierowców, jeden nie jedzie w naszym kierunku, a drugi by nas wziął, gdyby nie załadowany samochód. Kątem oka widzę kierowcę BMW, który uważnie nam się przygląda. Idealnie pasuje do mojego wyobrażenia polskiego kierowcy BMW. Łysy, z nieprzyjemną miną, w dresach. Nic więcej dodawać nie muszę. Pomimo mojego spostrzeżenia, czuję, że on nas podwiezie. Jedzie w naszym kierunku, ale jego odpowiedź powaliła nas z nóg. – Za ile?- pyta kierowca. -Nie mamy kasy- odpowiadam szybko. Gdybyśmy chcieli płacić, to pojechalibyśmy samochodem, nie ten to następny. Jednak po konsultacji z żoną rodowity Ślązak decyduje się nas podwieźć. Nie jesteśmy przekonani co do jego bezinteresowności, ale co tam! Ryzykujemy.
Niemieckie BMW z polskim kierowcą palącym papierosa za papierosem jedzie do 180 na godzinę. Co jakiś czas mijamy Toyotę Yaris na polskich tablicach, która wykorzystując wszystkie siły jedzie 160 km. Jak na ten samochód, to i tak nie możemy wyjść ze zdziwienia. Małżeństwo nie jest zbyt rozmowne, czasami zada pytanie, bądź zdawkowo odpowiada na nasze. A to tyle godzin jazdy. Na szczęście szybko minęło. Nie jechali dokładnie do naszej miejscowości. Wysadzili nas na stacji benzynowej podpowiadając, że „wyścigowa” toyota chyba też zjechała, więc może jedzie w naszym kierunku. Podziękowaliśmy. Toyota stała zaparkowana pod dystrybutorem, jej właścicielka zgodziła się bez wahania, nie wiedząc dokładnie gdzie chcemy jechać. Ona też nie jechała do naszej miejscowości, ale zawsze bliżej. Przynajmniej znajdziemy się już poza autostradą. Pani Kierowca jedzie po swoją córkę, jest u babci aż pod francuską granicą, więc ma jeszcze spory kawałek do przejechania. Będzie wracać w poniedziałek, więc jakbyśmy stali gdzieś na autostradzie, to chętnie nas podwiezie. Może kupimy samochód,  i nim wrócimy- śmiejemy się nie przeczuwając konsekwencji tego zdania.
Podjechaliśmy do zjazdu z autostrady. Było już ok 17. Nie za wcześnie. Ruch mały. Samochodów nie widać. Zatrzymał się Niemiec, który zamiast siedzeń pasażera przewoził drzwi. Mógł wziąć jedną osobę. Dziękujemy, poczekamy. Pozostali jakoś nie chcieli się zatrzymywać. Chwila zwątpienia minęła szybko. Za chwilę siedzieliśmy w czarnym golfie studenta, który wyjeżdżał po swoją Australijską dziewczynę na lotnisko. Zapytaliśmy o święto. – Jakie święto? Ja jestem studentem, nic nie wiem o żadnych świętach. Zresztą tutaj każda miejscowość ma inne wyznanie, więc w jednej mogą mieć dzień wolny od pracy, a w kolejnej nie.
Droga z Hof do Lichtenfels jest bardzo malownicza. To wyżynny teren, więc co chwila można podziwiać nowe wzniesienia. Ach, jak chciałabym pochodzić po górach, a wzięłam tylko baletki.
Student wysadził nas w centrum Lichtenfels, które okazało się małym, niemieckim miasteczkiem z zabytkowymi domkami.
 
zabytkowa kamienica w Lichtenfels
 
                                    
Statystyki:
506 km
5 samochodów
1 korek
8 godzin jazdy
wszyscy kierowcy i pasażerowie, poza małą Wiktorią palący
Czy drugi raz podjęlibyśmy taką samą decyzję? Zdecydowanie TAK! 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *