Ameryk Łacińska – czas start!

Zanim zaczniesz czytać, włącz piosenkę. Dzięki temu poczujesz choć trochę pozytywnej energii, jaka mi towarzyszy:)

Czasami zastanawiam się, czy to jak wygląda moje życie jest snem, czy jawą. Nie jest wcale idealne,  ale wiem, że jeśli naprawdę czegoś chcemy i dążymy do celu za wszelką cenę, możemy to zdobyć. Najważniejsze, aby nigdy się nie poddawać.
Siedzę w samolocie z Madrytu do Limy. Dokładnie po 3 miesiącach pobytu w Walencji wylatuję na kolejne 3 miesiące. 3 to moja magiczna liczba. 3 miesiące, 3 państwa, 3 cele, 3 kontynent na którym będę… chyba nie muszę szukać więcej trójek. Przez ostatni tydzień w Walencji wydarzyło się więcej, niż przez pozostały czas. Jedna część  mnie krzyczała: Nie jedź głupia! Po co Ci to? Przecież jest Ci tu dobrze! Za to ta druga, która jest silniejsza i zawsze wygrywa, rwała się do podróży. Moje pożegnanie i słowa przyjaciół, którzy życzyli mi udanej podróży, zatwierdzając, że będą czekać, że będzie im smutno beze mnie, no bo przecież… Na lotnisko zostałam odwieziona. – Zapłaciłaś za blablacar? No to teraz go odwołaj! – dostałam komunikat nie dający mi szansy odmowy. – jedziemy wspólnie do Madrytu. Pojechaliśmy. Przygotowując w drodze moją podróż, słuchając salsy i tańcząc wszędzie gdzie się dało. Pewne rzeczy zostają w pamięci na zawsze, pomimo tego, że nie mają głębszego sensu, a może mają….
Jeszcze nie wylądowałam, a już wiem, że mieszkańcy Ameryki Południowej są niesamowicie gościnni. Jak tylko słyszeli o tym, że jadę odwiedzić ich państwo, obdarowywali  mnie kontaktami do swoich najbliższych. W taki sposób mój telefon zapełnił się numerami, z których mogę skorzystać na wszelki wypadek i nawet wtedy, gdy wypadku nie będzie.
Ostatniego dnia znajomi zasypywali mnie dobrymi radami i wszelkim informacjami, jakie mogą mi się przydać. – Pamiętaj, że zawsze możesz wrócić, nawet jeśli za miesiąc zdecydujesz, że wracasz. My tu na ciebie czekamy – usłyszałam ostatniej nocy. Wiedziałam, że z jednej strony moje serce płacze, jednak z drugiej, krzyczy ze szczęścia.
Dojechaliśmy na lotnisko. Wyjęłam swój wielki plecak z bagażnika
-iść z Tobą na lotnisko? Może będziesz potrzebowała pomocy – usłyszałam propozycję z wyrazem troski na twarzy- dziękuję, ale w podróży nikt mi nie będzie pomagał, odparłam z uśmiechem – ale za to możesz pomóc założyć mi plecak
– przecież nikt Ci nie będzie pomagał również w zakładaniu plecaka – otrzymałam ironiczną odpowiedź
Pożegnaliśmy się. Z uśmiechem na ustach pomaszerowałam na lotnisko starając nie oglądać się za siebie, skupiając się na tym co przede mną, na przygodzie, która właśnie się rozpoczyna.
Ponad 11 godzin lotu, to naprawdę długi czas, szczególnie, jeśli w samolocie nie ma telewizorów dla każdego z pasażerów, tylko 3 stacje radiowe, tablet się psuje, a jedzenia nie da się przełknąć. Na dodatek tego- ja i spanie w samolocie? W życiu! Szczególnie kiedy obok siedzi wiecznie płaczące dziecko. Na szczęście jakoś przeżyłam ten lot. Kiedy dolatywaliśmy moje oczy nagle stwierdziły, że chyba jednak zamkną się na chwilkę.. jakoś nie chciały się otworzyć…
w Limie 18, to już prawie ciemno. Wzięłam bagaż z lotniska i pomaszerowałam do informacji turystycznej prosząc o mapę. Pani obdarowała mnie mapami Limy, przewodnikami i mapami Peru. Zapytałam o przystanek autobusowy. Wiedziałam gdzie chcę jechać i jakim autobusem. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
– Zdecydowanie polecam taxi. Na zewnątrz jest już prawie ciemno, żeby dojść do przystanku musisz minąć ludzi, którzy na pewno będą chcieli Cię okraść. Jedź
taksówką – stwierdziła stanowczo. Przez chwilę przebiegło mi przez myśl, jak niebezpiecznie musi tu być, skoro każe mi wziąć taksówkę. Mimo wszystko spróbuję. Przecież to tylko jeden autobus.
Zrezygnowana pokazała mi trzy autobusy – te największe są najlepsze, możesz nim jechać, tych mniejszych nie polecam, bo może być niebezpiecznie, a o małych busach zapomnij, nie wsiadaj do nich, bo będzie niebezpiecznie – powiedziała. Wyjaśniła mi też, że bilet kosztuje 2 peso, ale pewnie ode mnie będą chcieli 3, więc powinnam zapłacić tyle ile chcą.
-że co?- pomyślałam – nie będę płacić więcej niż miejscowi
Na pożegnanie dostałam też numery alarmowe dla turystów i życzymy miłego pobytu w Peru. Słabo mnie ta Pani zachęciła do dalszego zwiedzania Peru.
Wyszłam z lotniska. Było już ciemno. Pomaszerowałam w kierunku przystanku autobusowego co chwila zaczepiana przez taksówkarzy. -taxi? taxi? Seniorita bien
precio! (Oanienka, dobra cena!) – zachęcali. Dziękowałam im wszystkim, pewnym krokiem maszerując dalej.
Na przystanku prawie sami miejscowi. Szalone busy co chwila przyjeżdżały i odjeżdżały z przystanku. Naganiacze krzyczeli nazwy stacji docelowych.  Czasami ich przystanki trwały zaledwie kilka sekund, tyle aby ktoś zdążył wyskoczyć i wskoczyć do busa. W środku stłoczeni ludzie słuchający salsy lecącej ze starego radia.
– Kocham to miejsce i nienawidzę – pomyślałam.
Czekałam tak pół godziny, a mój autobus nie nadjeżdżał. Wiedziałam, ze bardzo wyróżniam się z tłumu miejscowych. Moje rude włosy i jasna karnacja przyciągały ich spojrzenia. Nie chciałam tam już dłużej czekać. Postanowiłam wziąć taxi. Tylko jak wziąć taxi, skoro pani na lotnisku mówiła, że też są niebezpieczne. Podeszłam do stającego policjanta i poprosiłam o pomoc. Młody policjant popatrzył na mnie wyjmując z uszu słuchawki z muzyką. Policjant na służbie słuchający muzyki?  Yyyyyy Za to złapał mi taksówkę twardym głosem prosząc taksówkarza, żeby dowiózł mnie bezpiecznie do celu. Ustaliliśmy cenę i pojechałam. Stary, prawie rozlatujący się samochód, w oficjalnych barwach taksówkarzy, kierowca ok 45 lat, krzyżyk i medalik przyczepione na tapicerce.
Zaczęłam rozmowę tak, aby nie przyszło mu do głowy mnie napadać.
-Podobno ludzie w Peru są bardzo religijni  – zapytałam. Popatrzył na mnie w lusterku i wiedziałam, że mam jego serce. Rozmawialiśmy o religii, kulturze, miejscach do odwiedzenia, przewiózł  mnie przez plażę, włączył salsę w radio, dał zadzwonić ze swojego telefonu, podwiózł pod sam dom, zatrzymując się przy tym mnóstwo razy, bo przecież nie ma nawigacji i nie z na miasta. Na koniec nie odjechał, dopóki nie był pewny, że wszystko ok i że mój znajomy jest w domu. Wiem już, że bez hiszpańskiego, moja podróż tutaj nie miała by sensu, jednak dzięki niemu nie tylko otwieram serca  miejscowych, ale łatwiej mi się z nimi komunikować…

 

 

IMG_48231 — kopia
ostatni zachów słońca w Hiszpanii – w drodze na lotnisko

 

IMG_48181 — kopia
no to jedziemy do Madrytu

 

 

 

IMG_48491
Amazona

 

IMG_48441 — kopia
z Madrytu do Limy

 

IMG_48431 — kopia

 

IMG_20150125_151651
jedzenie w samolocie… bleeeee

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *