Vilcabamba – moja podróżnicza przemiana

Będąc w miejscu otoczonym górami, nie mogłam sobie odpuścić górskiego spaceru. Niedaleko Vilcabamby położone są słynne wodospady. Płynąca z nich woda osławia okolicę na całym świecie. Dzieje się tak za sprawą zawartego w niej żelaza, dzięki któremu miejscowi ludzie żyją ponad 100 lat. Najstarsza osoba dożyła tu 131 lat, i jej pomnik znajduje się na głównym placu. Żadnego innego uzasadnienia i to właśnie woda prawdopodobnie przyciąga tu emerytowanych amerykanów. Chciałam koniecznie zobaczyć wodospady i wykąpać się w cudownej  i odmładzającej wodzie po której przez kolejnych 100 lat będę mogła zwiedzać świat.

Wyruszyliśmy naszym samochodem podwożąc po drodze znajomego,, bo przecież wszyscy się tu znają. Przy okazji wytłumaczył nam drogę: idziecie półtorej godziny po górach, trzymacie się mapy i jesteście. Jego wskazówek nie potwierdził napotkany przez nas mężczyzna, który mówił, że zajmie nam to baaardzo dużo czasu.

Bez względu na odległość postanowiliśmy wyruszyć. Ja w trekkingowych butach, które zawsze zabierałam w góry a Martin w klapkach, bo przecież miał być to łatwy spacer. Miał być…. Szliśmy po błotnistym szlaku bez drzew, Pojedyncze chmury nie dawały schronienia przed prażącym słońcem. Martin, który na początku mnie wyprzedził zaczął co chwilę przystawać i odpoczywać. Było ciężko wspinać się po górzystym szlaku. Kierowaliśmy się mapą szukając zaznaczonych na niej „drzwi”. Pierwsze, drugie… za trzecimi powinniśmy dobić w lewo. Wciąż ich nie było. Co chwilę odpoczywając szliśmy wciąż przed siebie. Po 2 godzinach marszu zaczęliśmy się niepokoić, za cele ustalaliśmy sobie kolejne szczyty, za którymi powinniśmy znaleźć wodospady. Nie znaleźliśmy.  Przeszliśmy przez mały lasek, zbierając przy tym maślaki na kolacje. Na jednym z drzew widniało ogłoszenie: Zaginął Kot Mika, da znalazcy nagroda: 1000 dolarów. Popatrzyliśmy na siebie z uśmiechem   zaczęliśmy nawoływać Miki, ale nigdzie jej nie było. – Co byś zrobiła, gdyśmy teraz go znaleźli?  Zostałabyś? – zapytał Martin. 1000 dolarów był dla mnie wtedy bardzo dużą kwotą, która pozwoliłaby mi na przeżycie 1-2 miesięcy, jednak wiedziałam, że muszę wracać – Mika by nic nie zmienił. -Zrobiłabym dokładnie to samo, co mam zrobić teraz. Ruszyłabym dalej swoją drogą – odpowiedziałam ze smutkiem.

IMG_019912

Było już późno, zbliżało się ku wieczorowi. Dotarliśmy na kolejny szczyt wypatrując na z niego wodospadów. Zeszliśmy na położoną pod nim łąkę by zjeść nasze skromne zapasy i zastanowić się co dalej. Usiedliśmy na jej skraju i podziwialiśmy otaczającą nas przestrzeń. Co z tego, że nie było wodospadu, skoro i tak było pięknie. Wysokie, zielone góry, bez prawie żadnej żywej duszy. Tylko w oddali zamajaczyła mała chatka. – pójdę do niej i zapytam o drogę- powiedziałam do Martina, któremu z powodu zmęczenia nie spodobała się moja propozycja. – po co będziesz szła, przecież mamy mapę, zresztą zawsze możemy wrócić tą samą drogą – odpowiedział niechętnie.

Mogliśmy, ale skoro jest chatka, to na pewno jest też jakaś krótsza droga do miasta, albo chociaż świeże  mleko, na które miałam wielką ochotę. Podniosłam się by pójść tam sama, jednak Martin zdecydował, że do mnie dołączy. Schodziliśmy ostrożnie, omijając przepaść i wysokie krzaki. Pod chatką dwaj mężczyźni ładowali jeszcze ociekające krwią mięso na konia. Jeden z nich trzymał w ręce tasak. Dookoła małej chatki panował bałagan. Porozrzucane ubrania i zabawki, biegające kury, które za wszelką cenę starały się dostać do mięsa.

Zapytaliśmy o wodospady. Mężczyźni popatrzyli na nas ze zdziwieniem. – Przeoczyliście zejście na nie 2 godziny temu. Dzisiaj już do nich nie dotrzecie, ale jeśli chcecie wrócić do miasta, jest krótsza droga – jeden z nich wskazał na przepaść oddzielającą nas od pozostałych gór – wystarczy, ze pójdziecie ścieżką nad przepaścią – mówił, jakby to był normalny spacer. -Jeśli na mnie poczekacie to możemy pójść wspólnie, ale droga jest prosta, więc możecie iść sami.-

Wyruszyliśmy, gubiąc się przy tym kilka razy .  Porośnięta gęstymi krzakami ścieżka była wąska śliska i bardzo niebezpieczna. Poślizgnięcie się groziło spadnięciem w przepaść. Kilka razy poślizgnęłam się na błocie i upadałam w ostatniej chwili łapiąc się jakiejś gałęzi. Krzaki raniły mi nieosłonięte nogi. Szliśmy wolno mając nadzieję, że jak najszybciej dotrzemy do normalnego szlaku.IMG_025312

Spotkany w chacie mężczyzna dogonił nas idąc z wielkim, białym wiaderkiem wypełnionym dziwną substancją. Zaczął z nami rozmawiać. Emanuel mieszka w Vilcabama, a chatka w górach należy do jego siostry. Mieszka w niej sama chowając krowy i  kury. On odwiedza ją co kilka dni, aby pomóc jej w gospodarstwie.  W Vilcabamba jest znany i poważany, wszyscy miejscowi to jego przyjaciele. –  A Amerykanie? – oni się nie mieszają z miejscowymi, żyją sobie własnym żciem – odpowiada Emanuel. Podobno dawno temu, w okolicznych górach ukryto 100 ton złota, którego strzeże 1000 mężczyzn. Wielu śmiałków próbowało już go znaleźć, ale jeszcze nikomu się nie udało.

Żeby nadążyć za jego tempem musieliśmy czasami podbiegać po błotnistej drodze, co skończyło się Martina upadkiem i zamianą w błotnego potwora.

Dowiedzieliśmy się, w którym miejscu powinniśmy skręcić, aby dotrzeć na wodospady. Była to wąska ścieżka odchodząca w dół, odgrodzoną zamkniętą bramką. Niw padliśmy na to, że to może być tu.  Widząc zamkniętą bramkę stwierdziliśmy, że to prywatna droga.

Wróciliśmy do samochodu zmęczeni , podrapani i strasznie brudni. Na pożegnanie dostaliśmy od Emanuela kilka zerwanych po drodze owoców oraz miód, który niósł w swoim wiaderku. Zaprosił nas też kolejnego dnia w odwiedziny do siebie.

Tego dnia nie udało mi się ominąć kąpieli w rzece. Było już za późno aby skorzystać z łazienki na pływalni a ja cała spocona i oblepiona błotem musiałam się gdzieś umyć. Zabrałam ze sobą ręcznik i kosmetyki i wyruszyłam we wskazanym przez Martina miejsce. Dookoła było cicho i pusto, tylko szum rwącej rzeki i śpiew ptaków przecinał panującą ciszę. Położyłam swoje rzeczy na brzegu i zanurzyłam w wodzie kawałek stopy. Odskoczyłam jak poparzona. Była lodowata. Nie wyobrażałam sobie, abym mogła zanurzyć się w niej cała. Nie miałam jednak innego wyjścia. Z gęsią skórką na całym ciele weszłam do wody sięgającej mi po kolana. Namydliłam się i zanurzyłam, usiłując wytrzymać w niej choć przez chwilę. Zimno przeszyło mnie wzdłuż i wszerz. Podobno do tego można się przyzwyczaić, ale ja ni mogłam Zdecydowanie nie!  Wynurzyłam się z krzykiem mając nadzieje, że nikt nie przybiegnie mi na ratunek. Namydliłam się ponownie i znów zanurzyłam, aby zmyć z siebie całą pianę. Jak najszybciej wyszłam na brzeg okrywając się ręcznikiem i trzęsąc z zima.

Byłam względnie czysta. Nie była to jednak jedyna moja zmiana. Wtedy poczułam, że stałam się prawdziwym podróżnikiem. Już nie turystą z plecakiem, ale takim najprawdziwszym backpackerem, który dostosuje się do każdych warunków podróży. Kimś, kto może przenosić góry i będzie żył przynajmniej 100 lat, bo przecież jedna kąpiel w wodzie z żelazem czyni cuda… moja odwaga spadła jednak już kolejnego dnia, kiedy w tak samo lodowatej wodzie musiałam umyć się ponownie.

 

IMG_025411

IMG_024112

IMG_023812

IMG_021012

IMG_019312

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *