Vilcabamba – miasto amerykańskich emerytów

Nie zwiedziliśmy La Lonja. Deszczowa pogoda zniechęciła nas do spacerów po jak dla mnie i tak mało ciekawym mieście. Może po prostu nie dałam sobie szansy na zobaczenie ukrytych pomników i zwiedzenia kolorowych domków, jednak po godzinnych poszukiwaniach wszystkiego, czego potrzebowaliśmy na kilka następnych dni i przeciskania się pomiędzy tłumami na ulicach miałam zdecydowanie dość. Uświadomiłam sobie,  jak bardzo się zmieniłam. Prawie 3 miesiące podróży sprawiły, że omijałam miasta szerokim łukiem poszukując tylko dziewiczej, wiejskiej kultury. Już nawet salsa nie była w stanie zaciągnąć mnie do tłocznych, zadymionych miast. Wolałam ciszę i spokój. Nie nastało również to, czego się obawiałam. Po kilku dniach przebywania z Martinem wcale nie miałam dość spokojnego  niepodobnego życia. Chciałam go więcej i więcej, chłonąć każdą chwilę względnej ciszy, kiedy wsłuchiwaliśmy się w szum wiatru i śpiew ptaków. Każdą chwilę tańca na świeżym powietrzu. Każdą minutę spędzoną na żonglowaniu i nawet moją względną złość, że mi to nie wychodzi. Uwielbiałam nasze wspólne śniadania i ciągłe docinki Martina o ilość pochłoniętego przeze mnie jedzenia. Wiedziałam już, że wyglądam trochę jak pączek, jednak nie chciałam psuć sobie podróżniczego czasu To i tak moje ostatnie chwile objadania się i spokojnego leniwego życia. Chciałam wykorzystać je na maxa.

Na mój ostatni ekwadorski czas wybraliśmy Vilcabamba. To małe miasteczko, w którym coś zdecydowanie nie pasuje. Już od samego wjazdu wiadomo co. W tym małym miasteczku położonym pomiędzy ekwadorskimi górami, przeplatanym przez zaledwie kilka ulic  jest za dużo bladych twarzy. Vilcabamba to tak naprawę „kolonia” amerykańska, która została skolonizowana nieoficjalnie przez przybyłych tu emerytów. Amerykanie tłumnie przyjeżdżają tam by na spokojnie spędzić ostatnie lata swojego życia w cichym, zielonym miejscu, w którym ich emerytura czyni ich milionerami. Kupują domy, samochody, otwierają knajpy w których można zjeść tylko zdrową, ekologiczną żywność. Przecież w tym wieku maja już hopla na punkcie zdrowia.  Codziennie spędzają swój czas w tym samym miejscu, z tymi samymi znajomymi, pisząc książki,  zgłębiając się duchowo nie ucząc się przy tym hiszpańskiego, bo przecież wcale go nie potrzebują.

Kiedy dojechaliśmy do Vilcabamby zdążyło się już rozpogodzić.  Zatrzymaliśmy się na głównym placu abym mogła zapoznać się z miasteczkiem. Martin już tu był i czuł się praktycznie jak u siebie. Co chwila spotykał kogoś znajomego, kto zapraszał nas na wieczornego drinka. Chłopak w piekarni, pani w sklepie, anglik w kawiarni – wszyscy to jego „starzy” znajomi, z którymi spędził dwa tygodnie. Po przywitaniu się ze wszystkimi, pojechaliśmy do naszego domu, a właściwie, to w miejsce, w którym mieliśmy go rozbić. Tuż za miasteczkiem znajdowało się małe zoo i miejska pływalnia. Przed wejściem płynęła wąska rzeka. Tuż przy rzece znajdował się parking. To właśnie było nasze nowe podwórko. Tym razem z okna wiedzieliśmy rzekę, która pełniła nie tylko funkcję ozdobną, ale służyła nam również za kran do mycia naczyń oraz naszą prywatną wannę. Nie żartuje! Kiedy pierwszy raz dowiedziałam się, że mam się umyć w rzece, stwierdziłam, że Martin żartuje. Lodowata woda w rwącym nurcie. Nic z tego! Mój „mąż” popatrzył na mnie ze stanowczym spojrzeniem – jak chcesz, to się nie myj, ale to jedyna opcja jaką tutaj mamy – powiedział – ja biorę ręcznik i idę, znam świetne miejsce, gdzie nikt nie będzie mi przeszkadzał. Nie dałam się przekonać, tego dnia. Załatwiłam sobie możliwość skorzystania z łazienki na pływalni. Wzięłam szybką kąpiel pod kranem. Wiedziałam jednak, że rzeka jest dla mnie nieunikniona. Starałam się do niej przyzwyczaić zmywając naczynia, jednak już samo zanurzenie rąk wywoływało gęsią skórkę na moim ciele. Nie mogłam sobie wyobrazić lodowatej kąpieli.

IMG_016813

– Martin wrócił czysty i zadowolony – ale czuję się cudownie. Powinnaś spróbować –

– Masz cudowną podróż – popatrzyłam na niego z uśmiechem, podziwiając jego odwagę

– to nie podróż,  to sposób na życie – odpowiedział stanowczo.

Nasze cudowne miejsce miało swoje minusy. Z racji lokalizacji przyjeżdżało tam dużo miejscowych chcących odwiedzić zoo bądź pływalnię. Dla nich byliśmy jedną z tutejszych atrakcji. Znów zaczęło się robienie zdjęć i zagabywanie. No bo jak to, przejechać przez pół Ameryki Południowej samochodem, który wygląda jakby za chwilę miałby się rozlecieć ? Wyrozumiale staraliśmy się ze wszystkimi rozmawiać, jednak ja już po kilku minutach oddalałam się bezszelestnie zostawiając ciekawskich z Martinem, który o  swojej wyprawie mógłby odpowiadać godzinami. W tym czasie wkradałam się do naszego namiotu i zaczytywałam w nowo zdobytej książce.

 

DCIM100GOPRO
Co ona robi???? P – placki z cukinii!

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO
Vilcabamba to maisto amerykańskich emerytów

IMG_0149123

IMG_027113
tylko zdrowa żywność

IMG_018613

IMG_018112

IMG_017812
codzienne śniadanie nad rzeką, która była dla nas ozdobą, ale również kranem i wanną

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *