Pastoruri – mój pierwszy prawdziwy szczyt

Po całej nocy spędzonej w autobusie, kiedy tuż nad moją głową leciał film a korki do uszu zaginęły gdzieś między siedzeniami, o 5 rano dojechałam do Huaraz. Brzydkiego, peruwiańskiego miasta, które turyści odwiedzają prawdopodobnie tak licznie jak słynne Cusco. Wszystko za sprawą otaczających je gór. Cordyriela Blanca, to pas górski znajdujący się w peruwiańskich Andach. Położony jest tu również najwyższy szczyt w Peru – Huascaran (6768 n. p.m).  Bardzo chciałam tu przyjechać, te ostatnie dni mojej wyprawy miały być uwieńczone zdobyciem jakiegoś wysokiego szczytu. Najlepiej kilkudniowym trekkingiem, kiedy będę mogła sprawdzić swoje siły i ponapawać się pięknymi widokami.

By łam śpiąca i przemarznięta. W nocy przemieściłam się z poziomu morza, na ponad 3000 m, do tego z 30 C do 7C. Wyszłam z autobusu tak naprawdę nie wiedząc co dalej. Nie miałam ochoty na nocny spacer po peruwiańskim, wciąż niebezpiecznym mieście. Na dworcu zaczepił mnie mężczyzna . – poszukujesz noclegu? – zapytał- mam dla Ciebie dużo opcji, w centrum i do tego tanio – dodał. Cena naprawdę była przystępna, więc bez zastanowienia przystałam na jego propozycję.  Przejechaliśmy przez jeszcze śpiące i ciemne miasto, które nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia. Dojechaliśmy do hotelu. Nie był zły. Za 20 soli dostałam łóżko w 3 osobowym pokoju, w którym byłam tylko ja, więc do dyspozycji miałam aż 3 łóżka.  Mężczyzna nie poprzestał jednak na pokoju. – co  będziesz robić? Planujesz tekking. Mam dla Ciebie świetną ofertę. – zaczął szybko wymieniać całą gamę wycieczek i trekkingów. Wiedziałam, co chciałam. Wiedziałam też jaką cenę powinnam zapłacić, bo mój Lonley Planet mi to powiedział. Ok. 100 soli za dzień trekkingu.  -Jeśli weźmiesz 4 dniowy trekking do Santa Cruz, zapłacisz tylko 550 soli – powiedział.- Musisz jeszcze kupić bilet wstępu za 65 soli, który upoważnia do 10-diowego wejścia na teren rezerwatu przyrody. Do tego dodatkowo  już dzisiaj możesz pojechać na jednodniowy wyjazd do Pastorui za 70 soli – przekonywał.  Wiedziałam, że cena jest wygórowana. – zapłacę 500 soli za trekking już z biletem i wycieczką – powiedziałam, nie przyjmując sprzeciwu. Właściciel przystał na propozycję, obiecując, że będę zadowolona.IMG_040022

Zdążyłam umyć się po całonocnej jeździe, zejść śniadanie  i o 9 czekałam gotowa do wyjazdu. Pastoruii   To masyw śnieżny położony na wysokości 5.250 m. n. p. m.

Wsiadłam do busa w którym byli już turyści z całego świata. Dla mnie, to pierwsza zorganizowana wycieczka w trakcie całej podróży. Tym razem wcale mi to nie przeszkadzało, bo przecież jadę zdobywać szczyty. Samej, pewnie by mi się to nie udało. Kilkugodzinny przejazd przez góry i małe wioski. Krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie. Zielone łąki zamieniły się w wysuszone stepy. W oddali widać ośnieżone szczyty. Dojechaliśmy do jeziora z kolorową wodą. Wysiadłam z samochodu. Byliśmy wysoko. Czułam się niedobrze, kręciło mi się w głowie i chciałam wymiotować. A myślałam że nie mam choroby wysokościowej, jednak i mnie dopadła. Chciałam jak najszybciej wrócić do busa, jednak przed powrotem obmyłam się w wodzie z jeziora, która podobno gwarantuje wieczną młodość.  Na otaczających nas wzgórzach było mnóstwo specyficznych kwiaty. Wysokości nawet kilkunastu metrów kwitną po ok. 20 latach życia i później umierają. Trzeba mieć duże szczęście, żeby zobaczyć je kwitnące.

Wróciliśmy do busa, by jechać dalej. Wciąż nie czułam się najlepiej, ale byłam podekscytowana, bo na takiej wysokości jeszcze  nigdy nie byłam.  Wiedziałam, że za chwilę dotrzemy na miejsce. -Tam z pakingu będziecie mieli 45 minut  pieszo do szczytu – mówił przewodnik – być może będą konie, na których będziecie mogli podjechać, jednak wydaje mi się, że dzisiaj nie pracują – pocieszał. A miałam taką nadzieję, że będzie szansa jechać. – pamiętajcie, że nie możecie być na szczycie dłużej niż 20 minut. Po takim czasie przebywanie na wysokości powyżej 5000 metrów jest bardzo szkodliwe – przypominał.

Dojechaliśmy na miejsce. Bus stanął na dużym, ale całkiem pustym parkingu. Wysiedliśmy rozglądając się dookoła i trzęsąc z zimna. Czułam, że zamarzam, na dodatek padał śnieg, którego nie widziałam już od kilku lat. Przed nami wyłożona z kostki ścieżka prowadząca wzwyż, za nami ośnieżone szczyty. Nie mogłam złapać powietrza. Wcisnęłam do buzi zakupione liście coci, które miały pomagać na wysokości, jednak już przy próbie przeżucia zebrało mnie na wymioty. Wszyscy zaczęli przemierzać ścieżkę a ja zastanawiałam się, czy nie zostać w busie. Jednak nie poddałam się. Oddychając głęboko i zatykając uszy (ktoś powiedział, że pomaga) przesuwałam się wzwyż zatrzymując się co kilka minut na zrobienie zdjęcia i odpoczynek. Po 45 mintach, ledwo żywa dotarłam do celu. Byłam na wysokości 5250 m. To bardzo duzo i pomimo tego, ze tak naprawdę przeszłam tylko kawałek, byłam z siebie bardzo dumna. Przede mną zamarznięte jezioro i otaczający go śnieg. Podobno kiedyś śnieg był tu wszędzie dookoła, jednak z powodu ocieplenia klimatu jest go coraz mniej i mniej aż niebawem w końcu zniknie.

Wróciłam przemarznięta do busa. Przed nami znów kilka godzin drogi powrotnej. Usiadłam wpatrzona w horyzont i mijające krajobrazy. Byłam szczęśliwa. W tym busie, w tej tamtej chwili podjęłam bardzo ważną decyzję. Decyzję, która na pewno wpłynie na moje przyszłe życie.  Moja podróż nie skończy się na w Peru. Wrócę do Polski, jesienią będę znów podróżować. Czułam, że moje życie ułoży się tak, że będę miała taką możliwość.

 

IMG_045923
Pastoruri znajduje się wysokości 5240 m. n . p. m.

 

IMG_043923

IMG_041723

IMG_039523
roślina, która kwitnie po ok 20 latach i umiera

 

IMG_038622
woda o odmładzajacych właściwosciach

 

IMG_046323

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *