Hawana – zderzenie z kulturą kubańską

Zanim zaczniesz czytać, włącz muzykę. To ona prowadzi mnie w podróży.

 

 

 

– Podróżowanie kubańskim autobusem, to  świetna okazja do porozmawiania z ludźmi – pomyślałam rozglądając się dookoła.

Siedziałam obok młodego chłopaka, który jednak nie wykazywał żadnych chęci do nawiązania rozmowy. Był bardziej skupiony na swoich współtowarzyszach podróży, którzy siedzieli tuż za nim. Widząc, że nic  tego nie będzie oglądałam teledyski puszczane  w starym telewizorze. Gorące kubanki wyginały się w rytm reggetonu.

– gdzie słynna salsa? – myślałam obserwując i wsłuchując się w kolejne kawałki  muzyki, której tak nie lubię.

Autobus był stary, ciasno poustawiane siedzenia pozostawiały niewielkie miejsce na przejście – tak niewielkie, że Kubańczyk o większej posturze ( a jest ich dużo ) miał trudności z przeciśnięciem się pomiędzy nimi. Bilet to cena 20 CUP (kubanos). To mniej niż 1 dolar. Oznaczało to, że cała podróż do Hawany wyniesie mnie połowę tego, co zapłaciłabym w Via Azul – byłam z siebie  dumna. Kierowca zebrał opłaty, nie przyjmując jej w CUC – tylko moneda nacional. Jak dobrze, że wymieniłam ją na lotnisku.

….

DSC_10361

Przejechaliśmy  zaledwie kilkanaście kilometrów, kiedy autobus zatrzymał się na poboczu. 

– właściciele rzeczy z bagażnika wyjść – krzyknął kierowca.

Pomimo tego, że mój plecak by ł w bagażniku,  nie ruszyłam się z miejsca. Obserwowałam co będzie dalej. Do środka wszedł policjant uważnie zwracając uwagę na ludzi i ich bagaże.

– Co się dzieje? – zapytałam po cichu chłopaka siedzącego obok.

– policja sprawdza, czy nikt nie przewozi nic nielegalnie.  Kuba jest państwem policyjnym, tu nie można wwozić rzeczy do Havany – powiedział.

-Czego nie można wwozic? – zapytałam ze zdziwieniem.

– np.: jedzenia- jeśli zatrzyma Cię z większą ilością warzyw, niż jedna skrzynka, to idziesz do więzienia. Nie możesz też przewozić zbyt dużej ilości innych wyrobów, w sumie niczego, na czym mogłabyś zarobić.DSC_10401

Pomimo tego, że mój plecak też znajdowała się w bagażniku, policja nie kazała mi go pokazywać. Ciekawe jak zareagowaliby widząc pół plecaka wypchanego pastami do zębów, które wciąż miałam do przekazania Kubańczykom.  Kiedy moi współtowarzysze podróży uświadomili sobie, jak dobrze mówię po hiszpańsku (że w ogóle mówię w tym języku) nagle wszyscy mieli ochotę ze mną rozmawiać i opowiadać mi o swoim życiu. Okazało się, że chłopak obok mnie, i  dwóch z tyłu, to członkowie zespołu muzycznego. Graja muzykę afrokubańską i właśnie jadą do Hawany. Dla religii afrokubańskiej piątek to dzień świętowania, a bez muzyki i tańców się nie obędzie. Tak dobrze nam się rozmawiało, że zaprosili mnie do wzięcia udziału w obrzędach.

Do naszej rozmowy co chwilę wtrącał się chłopak z siedzenia obok.  Żył z malowania obrazków na skórze, które później sprzedawał turystom. Właśnie jechał do Hawany, żeby zaopatrzeć się w zapas skór.  Pokazał zdjęcia swoich dzieł: mapa Kuby królowała na większości, jednak strasznie zdziwiła mnie mapa Meksyku z tradycyjnymi meksykańskimi czaszkami.

-sprzedaję je na export – wyjaśnił – bardzo dobrze schodzą. Ostatnio malowałem też obraz weselny dla pary homoseksualnej. Ktoś im powiedział, że małżeństwa obu płci są tutaj legalne, więc przyjechali, żeby się pobrać. Ale byli źli, kiedy okazało się, że to nie jest na Kubie legalne..

Cały swój biznes prowadzi w domu, za zamkniętymi drzwiami,  opłacając podatek tylko od małej ilości wytworzonych produktów. Jakby miał zapłacić go od całości, to jego praca stałaby się nieopłacalna.

– pomogę Ci znaleźć Twój nocleg-  oświadczył nie dając mi szansy sprzeciwu.

Po ponad godzinnej jeździe dojechaliśmy do Hawany. Pożegnałam się z muzykami, obiecując, ze dotrę na wieczorowe obchody. Zamierzałam udać się w swoim kierunku, jednak zanim to zrobiłam chłopak dogonił mnie, prawie wyrywając mi z ręki plecak.

-pomogę Ci, na pewno jest ciężki – rzucił.

Dałam mu swój mały plecak, nie spuszczając go z oka ani przez chwilę. Wyczuwałam jakiś podstęp.

-Chodź, przejdziemy przez centrum, a później poszukamy Twojego noclegu. Mówiłaś, że gdzie go masz?

Nie miałam żadnej rezerwacji, gdzieś w Internecie znalazłam wieloosobowy pokuj za 10 CUC za noc, co jak na Hawanę, było super ceną.  Niestety witryna, przez którą oglądałam pokój, nie podawała dokładnego adresu, wyszłam jednak z założenia, że w Hawanie – dwumilionowym mieście –  wszyscy się znają i na pewno ktoś skojarzy po nazwie.  

Hawana to nie Varadero. Tu naprawdę czuło się klimat Kuby. Szliśmy wielkimi ulicami, wypełnionymi zabytkowymi samochodami, które prawie non stop trąbiły na nasz widok oferując podwiezienie. Przeszliśmy przez Paseo  Marti, by zrobić sobie zdjęcie przy wielkiej kubańskiej fladze powieszonej na muzeum rewolucji. Mijając Centro de Havana wyruszyliśmy w kierunku Havana Vieja. Mój towarzysz koniecznie chciał pokazać mi wszystkie najważniejsze punkty w mieście zapominając, że w moim plecaku wciąć znajduje się 20 kilo.  Gdzieś w Havana Vieja znajdował się mój nocleg. Zaczęliśmy o niego pytać, jednak kubańczycy nie kojarzyli nazwy. W zamian oferowali nam noclegi u siebie, albo u znajomych, jednak słysząc o cenie, jaką maksymalnie mogę zapłacić, tylko posępnie kiwali głowami.

DSC_10471

– za 10 CUC w Hawanie? – nie znajdziesz tutaj nic takiego mówili wszyscy napotkani – minimum to 20 za noc.

Za to ja się uparłam i już. Wiedziałam, że gdzieś jest hostel, który pomoże zaoszczędzić m kupę kasy. Na szczęście mój towarzysz dobrze mnie rozumiał i wytrwale chodził ze mną od domu do domu, z u ulicy na ulicę by znaleźć mi jakieś tanie miejsce.

Przy jednym z mieszkań (jak przy prawie wszystkich innych), ktoś znów zaoferował mi nocleg.

– za ile? – zapytałam.

– 25 CUC z klimatyzacją i śniadaniem. Chodź zobaczyć – zachęcała stara Kubanka otwierając drzwi do mieszkania.

-ja mogę zapłacić maksymalnie 10 CUC – powtórzyłam jak mantrę już trochę zrezygnowana.

– Nieee- odpowiedziała przeciągając jak wszyscy na Kubie – za takie pieniądze nic nie znajdziesz.

Zamierzałam  kontynuować swoje poszukiwania, jednak stojąca obok niej kobieta włączyła się do rozmowy.

– na ile nocy chcesz zostać?

– Na 2 , może 3 – odpowiedziałam – może dłużej.

– To możesz spać u mnie. Lepsze 10 CUC niż nic – stwierdziła ze skrzywionym uśmiechem.

Nie zamierzałam negocjować. Tak zamieszkałam u Rosy, która na ostatnim piętrze  kamienicy w Havana Vieja wynajęła mi piękny pokój z widokiem na miasto.  Zanim jednak rozpoczęłam swoje życie  w Hawanie, mój towarzysz spokojnie odstawił mnie do mieszkania, by po chwili życząc mi udanego pobytu na Kubie po prostu wyjść. Przez chwilę musiała otrząsnąć się z szoku. Przecież wszyscy Kubańczycy mieli mnie naciągać, coś ode mnie chcieć, a on tak naprawdę nie chciał nic. Nie poprosił mnie o zapłatę, nawet kontakt na który później mógłby wysłać prośbę o wizę wyjazdową – nic.  Po prostu chciał mi pomóc.

Rosa mieszka sama w trzypokojowym mieszkaniu.  Mieszkała w wielu miejscach na świecie, z czego najdłużej w Barcelonie, tam wyszła za mąż. Zostałaby, gdyby nie to, że po 10 latach nieobecności na Kubie, rząd zabiera mieszkania – skoro nie korzystasz z niego przez 10 lat, już Ci się do niczego nie przyda. W Hiszpanii zostawiła męża, który z powodu choroby ma niebawem dostać 700 euro renty. Troskliwa Rosa „nie zostawi biedaczka chorego” dlatego jak tylko mąż przejdzie na rentę, od razu zabierze go na Kubę. Tutaj Rosa żyje za 300 dolarów (to ok.  100 razy więcej niż zarabia przeciętny kubańczyk), z 700 euro będzie żyła jak księżniczka. Rosa też jest chora, a przynajmniej tak się czuje. W dzień bolą ją nogi, więc spędza go przed telewizorem na oglądaniu „nielegalnych” kanałów. Wieczorami wychodzi na ulicę by spotkać się ze znajomymi. W drodze do domu, zachodzi do szpitala, by zbadać sobie ciśnienie i ponarzekać lekarzom jak źle się czuje.

Szkolnictwo i medycyna na Kubie są bezpłatne. Szpitale chociaż fatalnej jakości zawsze stoją otworem dla Kubańczyków, którzy z powodu braku ciekawszych zajęć sami  wymyślają sobie 1000 chorób. Myślę, że podstawową z nich jest hipochondria. :)

 

Zawsze mają temat do rozmowy ze znajomymi. Problem pojawia się natomiast z zakupem  leków, których prawie non stop tu brakuje. W aptekach stoją długie kolejki, po to by dowiedzieć się, że leków nie ma, albo jeśli są, to za drogie. Za to apteki hotelowe wyposażone są we  przeróżne leki świata. Wystarczy mieć pieniądze.

LA Gitana  (cyganka) – tak nazywana jest przez znajomych, poza wrodzonym narzekaniem i skąpstwem kocha też tańczyć. Naprawdę! Kiedy była młoda podobno tańczyła co noc – teraz rzecz jasna nie da rady bo wszystko ją boli. Jednak moja miłość do tańca uśmierzyła ból i przekonała Rosę, do zabrania mnie na taneczną wycieczkę po Hawanie – na skuterze.

Skuter nie ma świateł, a Rosa ma tylko jeden działający kask – drugi (ten który ja dostałam), trzeba było trzymać, żeby nie spadł mi z głowy. Mimo wszystko nie zawahałam się ani przez chwilę i odważnie usadowiłam się na siedzeniu. Wyjechałyśmy z Havana Vieja, gdzie ulice były jeszcze puste, na kilkupasmowy i ruchliwy o każdej porze Malecon.  Rosa nie przejmowała się brakiem oświetlenia a na trąbienia kierowców miała swoje zgryźliwe odpowiedzi, które wykrzykiwała puszczając jedną ręką kierownicę i mocno gestykulując. Już po chwili zatrzymała nas policja. – no to pięknie – pomyślałam, dostaniemy mandat.

Rosa podeszła do policjantów i chwilę z nimi rozmawiała. Wróciła… -powiedziałam im, że właśnie zepsuły mi się światła , a musze odwieźć Cię do domu, bo przecież jest niebezpiecznie – powiedziała śmiejąc się.

Pojechałyśmy do Centro de Havana (centrum), przejeżdżając przez wąskie uliczki i lawirując między ludźmi, pokonując ostatnią ulicę pod prąd zaparkowałyśmy na zakazie tuż przy wejściu do kluby, z którego dobiegały dźwięki salsy.

Wcześniejsze przerażenie spowodowane kierowaniem Rosy zastąpił wielki uśmiech.  Od razu chciałam wejść do środka by zatopić się w Kubańskim świecie.

(jak się nazywał…??) Większość budynków na Kubie nie ma szyb w oknach  – z powodu klimatu do niczego ich  nie potrzebują. Przez bezszybne okna mogłam nie tylko posłuchać ale zobaczyć…. W dużym pomalowanym na zielono barze, przy kilkunastu wciśniętych stolikach siedzieli głównie turyści normalnie zniechęciłoby mnie to, gdyby nie zespół na końcu Sali, który grał   i śpiewał na żywo.

DSC_10941

Członkowie zespołu to znajomi Rosy. Przysiadłyśmy się do stolika. Usiadłam tuż przed nimi jak oniemiała wsłuchując się w dźwięki mojej pierwszej, kubańskiej salsy i wpatrując w ich taneczne układy.

Do szczęścia brakowało mi tylko tańca. Z pomocą szybko przyszła Rosa, która szybko wyjaśniła swoim znajomym, że kocham taniec. Wśród zespołu był 16-letni chłopak. Zaczęliśmy tańczyć. Najpierw trochę w nerwach, bo przecież ja nie tańczę salsy kubańskiej. Szybko jednak o tym zapomniałam i dałam się ponieść muzyce.

-eres cubana? (jesteś Kubanką?) – zapytał chłopak doceniając moje umiejętności. To pytanie towarzyszyło mi przez cały pobyt na wsypie.

Rosa także szybko zapomniała o swoich chorobach i oddała się muzyce. Nad ranem wróciłyśmy na skuterze i przed pójściem spać wstąpiłyśmy jeszcze do szpitala, żeby zmierzyć Rosie cieśnienie, bo jej choroby znów zaczęły się odzywać.  

 

 

 

 

 

 

DSC_11011

 

DSC_11081

One thought on “Hawana – zderzenie z kulturą kubańską

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *