Pożegnanie z Jordanią

W niedzielę postanowiłyśmy wstać wcześnie, żeby wybrać się na ostatni spacer po mieście. Po śniadaniu wyruszyłyśmy w jak nam się wydawało, najmniej turystycznym kierunku. Nie pomyliłyśmy się.  Na północ miasta, mijając targ doszłyśmy do parku, gdzie bawiły się matki z dziećmi. Park był zadbany, wszędzie rosły alejki drzew i kwiatów, które właśnie budziły się po jordańskiej zimie. Ludzie spoglądali na nas niepewnym wzrokiem, w końcu w te rejony nie zapuszcza się zbyt dużo turystów. Dla nich nie ma tu nic ciekawego, a dla mnie wręcz przeciwnie. Prawdziwe jordańskie życie.
 
 
 
 
Po spacerze w parku, poszłyśmy pożegnać się ze znajomymi sprzedawcami. Bardzo żałowałam, że nie udało mi się pomagać im w sklepie i bliżej ich poznać. Żegnali mnie z wielką życzliwością. Nie kupiłam u nich zbyt dużo przypraw ani kawy, więc miałam nadzieję, że była to życzliwość okazana przez to jaka jestem, a nie ile dałam im zarobić. Ludzie w Jordanii nie mają łatwego życia, jest bardzo duże bezrobocie, a każdy pracuje jak tylko może. Na szczęście łatwo się nie poddają i  robią wszystko, żeby pomimo trudów być szczęśliwi.
 
 
Po powrocie do Hotelu trzeba było szybko spakować ostatnie rzeczy i oddać klucze. Zawsze ciekawiło mnie co jest na dachu naszego hotelu. Wjechałam na ostatnie piętro i z zadowoleniem zobaczyłam, że drzwi na dach nie były zamknięte. Rozejrzałam się dookoła – sprzątający chłopcy byli piętro niżej. Po cichu weszłam schodami na dach. Dach naszego hotelu był najlepszym punktem widokowym w mieście. Z jednej strony stała nadbudówka, w której znajdowały się piętrowe łóżka dla służby hotelowej, a z drugiej miałam widok na całe miasto. Z góry wyglądało całkiem inaczej. Morze w kolorze purpury, uliczki które znałam tak dobrze, śnieżnobiały meczet, natomiast z drugiej strony góry… To było idealne podsumowanie naszego wyjazdu.  Ukradkiem zeszłam do naszego pokoju, żeby pokazać ten widok mamie. On również była nim zachwycona. Szkoda, że właściciel hotelu nie udostępnia dachu dla turystów, którzy na pewno polubiliby to miejsce.
 
 
Jordańczyk siedzący na poboczu
Nadszedł czas na powrót, cały czas zastanawiałam się, czy Mucha przyjdzie po swojego żółwia. Wiedział o której mam samolot więc spokojnie mógł przyjść do hotelu przed moim wyjazdem. Nie pomyliłam się. Gdy wynosiłam bagaże do autobusu, on już tam na mnie czekał. W jego oczach zobaczyłam żal. – Dzwoniłem do Ciebie-  powiedział z pretensją w głosie
-zepsuł mi się telefon- i  na udowodnienie, pokazałam wyłączony telefon
– dzwoniłem do twojego pokoju, gdzie Ty byłaś? – na chwile wyszłam, ale przecież jestem
– gdzie byłaś przez cały wczorajszy dzień?  Chciałem Cię zobaczyć –
Wyjaśniłam mu, że chciałam ten ostatni dzień spędzić z mamą i to ona jest dla mnie najważniejsza.
– A gdzie mój żółw?- od początku wiedziałam, że o to mu chodziło
– oddałam żółwia, jak najszybciej się pożegnałam, żeby nie robić widowiska przed całą wycieczką.
Na pewno będę wspominała go z sentymentem, a raczej jako typowy przykład arabskiego faceta wyrywającego naiwne turystki.
Na lotnisku nie było kontroli, ważenie bagaży to tylko czysta formalność, ponieważ pomimo przekraczającej wagi nikt nie był zobowiązany do dopłaty. Przecież wiadomo, że to co mamy w nadbagażu, zakupiliśmy u nich, więc im więcej, tym lepiej. Zdziwił mnie tylko fakt, że na pokład samolotu można było wnieść wszystko. Nie było kontroli osobistej, więc nikt nie zauważył noża w torebce mamy. Oczywiście miała go nieświadomie, jednak pilnowanie bezpieczeństwa na bardzo niskim poziomie.
Czas wracać do zimnej Polski. Oby nie na długo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *