Hiszpania – Barcelona

 
Wyjazd do Hiszpanii był dla mnie niespełnionym marzeniem. Planowałam go od dłuższego czasu, jednak zawsze coś stawało na przeszkodzie. Odkładałam go być może ze względu na strach. Pomyślicie, czego można się bać w europejskim kraju, w którym przestępczość nie jest na szczególnie wysokim poziomie. Bałam się, że nie będę chciała wracać do Polski. Piękny kraj, zawsze uśmiechnięci Hiszpanie mówiący w moim ukochanym języku, wino do każdego posiłku i wszechobecna salsa. Zdecydowanie jest się czego bać.
Jednak marzenia wygrały.  Zakup super tanich biletów i  lecimy!
 
Jak to zwykle bywa, kobiety mają większe problemy z parkowaniem. Tym razem było inaczej co niesamowicie podbudowało moje ego. Ponieważ nigdy nie znosiłam pakowania i odkładałam to na ostatnią chwilę, tym razem spakowałam się dzień wcześniej. W ramach wyjątku Damian robił to przed samym wyjazdem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na 10 dni spakował 14 koszulek. Z moich damskich obliczeń, a z matematyki nigdy najlepsza nie byłam, wynikało, ze trzeba wziąć max 10 – na każdy dzień tygodnia. Z obliczeń typowego globetrottera, wyszłoby ok 5 – jedna co dwa dni z możliwością prania, a Damian chcąc wyglądać wakacyjnie, wziął ich zdecydowanie za dużo.
Ten wyjazd, pomimo nie zabrania motocykli, zdecydowanie był wyjazdem „motocyklowym”. Dlaczego? Już na wrocławskim lotnisku spotkaliśmy motocyklistów lecących do Barcelony na jakiś zlot.
Lot tanimi liniami nie należał do najprzyjemniejszych. Polscy turyści bardzo dobrze zaopatrzyli się w sklepie bezcłowym i ledwo weszliśmy do samolotu, zaczęli spożywać swoje zapasy. Były krzyki, przekleństwa i śpiewy. Dobrze, że nie w opcji: wino, kobiety i śpiew.
 
Na szczęście nie zepsuło to  naszego nastawienia do wakacji. Od zawsze marzyłam o wakacjach w Hiszpanii i właśnie nadszedł ten dzień. Nie mogłam uwierzyć, że to prawda. Podczas lądowania czułam kłucie w żołądku, jakbym miała dostać od zawsze wymarzony prezent. I dostałam.
 
Przylecieliśmy do Girony, lotniska oddalonego od Barcelony o 88 km. Autobus z Girony do Barcelony kosztuje 15 euro w jedną stronę i 25 w obie. 

Poszukiwania hostelu

Przyjechaliśmy do North Station w Barcelonie. Mapa pokazywała mi, że z dworca do naszego hostelu będzie tylko kilkanaście minut spacerem. Było, ale do ulicy przy której znajdował się hostel. Niestety ulica D’Aragan ciągnie się przez całe miasto. Poszukiwania i kluczenie pomiędzy uliczkami zajęły nam ponad godzinę. Zmęczeni w końcu dotarliśmy na miejsce.
Graffiti hostel, okazał się być miejscem nie mającym nic wspólnego z jego zdjęciami zamieszczonymi w Internecie. Mały, brudny z tonami kurzu i błota leżącego pod ścianami. Jakby nigdy nikt w nim nie sprzątał. 
Pani w recepcji oznajmiła nam, że nie przyjmują kart, a my nie mieliśmy gotówki. Udaliśmy się więc na poszukiwania bankomatu. Z jego znalezieniem nie było problemu, jednak obsługa wymagała od nas większych umiejętności. Bankomat wyglądał jak połączenie biletomatu, bankomatu i automatu do robienia zdjęć. Miał strasznie dużo guzików i nie zmieniał języka na angielski. Przynajmniej my nie umieliśmy go zmienić. Poprosiliśmy o pomoc chłopaka, który chętnie nam wszystko wytłumaczył. Jak się później okazało, był Brazylijczykiem, mieszkał z nami w tym samym pokoju i właśnie był w kilkumiesięcznej podróży dookoła Europy.

Spacer nr.1 – pierwszy z wielu

 
Po opłaceniu hotelu i zostawieniu bagaży wyruszyliśmy na nasz pierwszy spacer po Barcelonie. Było już późno, jednak na zewnątrz nadal ciepło. Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od morza. Obraliśmy azymut i wytrwale maszerowaliśmy w jego kierunku. Jak się później okazało, wcale nie mieliśmy do niego tak blisko. Idąc tam mijaliśmy dzielnice mieszkalne, przemysłowe, znów mieszkalne i dopiero później naszym oczom ukazały się fale.  Na plaży było widać tylko pojedyncze spacerujące osoby. Nie było tłumów. Postanowiliśmy położyć się na jeszcze ciepłym piasku i posłuchać szumu fal. Leżeliśmy tak wtuleni w siebie, aż kątem okaz zauważyłam czołgającego się mężczyznę, zmierzającego w naszym kierunku. Zaniepokoiłam się, jednak Damian usiłował wytłumaczyć mi, że na pewno jest pijany i tak się tarza po ziemi. -Pijany? – pomyślałam To dlaczego zatrzymuje się, gdy spoglądam w jego kierunku? Gdy tylko przestawaliśmy patrzeć, mężczyzna znów się czołgał.  Na tym odcinku plaży nie było nikogo innego poza nami. Nawet jakby nas napadł, nasze krzyki na niewiele by się zdały. Wstaliśmy z ziemi jak najszybciej. Mężczyzna widząc to, również się podniósł, ominął nas łukiem i zniknął w pobliskim barze. Nie wierzę, że miał czyste intencje względem nas i jestem pewna, że gdybyśmy go nie zauważyli, napadłby nas.
Tej nocy wzbudził się we mnie strach, jakiego jeszcze nigdy nie miałam, na żadnym z moich wyjazdów. Pomimo tego, że często podróżuję sama i nie raz przechodzę ciemnymi uliczkami, jeszcze nigdy tak bardzo się nie bałam. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
 

Hiszpańskie śniadanie

Plany planami, a nam nie udało się wstać o zaplanowanej godzinie. Budzik dzwonił od 9 a my podnieśliśmy się dopiero po 10. To był najwyższy czas na zjedzenie pierwszego hiszpańskiego śniadania. Z tradycyjnym śniadaniem miało niewiele wspólnego, ponieważ Hiszpanie piją tylko kawę i jedzą słodkie rogaliki. My natomiast kupiliśmy bagietki, ser, szynkę i oliwki. Typowe wakacyjne śniadanie dla WYMAGAJĄCYCH. 
Nasze wakacyjne śniadanie oczywiście nie przygotowało się samo. Robiliśmy je w hostelowej, obskurnej kuchni, gdzie brakowało tylko karaluchów, tzn na pewno gdzieś były tylko ukryte w ciągu dnia.. Kuchnia ok 18 m miała pomieścić 40. gości przygotowujących posiłek. Na środku stał czarny, szklany stół z 6. krzesłami, w rogu stolik z dwoma stanowiskami komputerowymi, zawsze zajętymi. W przeciwległym rogu stolik z mikrofalą, w szafce plastikowe naczynia, zawsze niedomyte. Na ścianie napis. Sprzątaj po sobie, Twoja mama tu nie pracuje. Czystość kuchni wskazywała, ze niektórzy turyści całkowicie o tym zapominali. 
Z kuchni było przejście na taras. Zdecydowałam się na ten hostel, właśnie ze względu na taras. Tak bardzo chciałam jeść śniadanie z widokiem na miasto i czuć na sobie promienie porannego słońca. Widząc stan tarasu przeżyłam kolejne rozczarowanie. Co prawda był duży, jednak jego stan wołał o pomstę do nieba. Dwa plastikowe, ciągle mokre  stoły stojące na środku, kilkanaście również plastikowych krzeseł. Na ścianach z odpadającym tynkiem namalowane graffiti. W kątach pozamiatane śmieci których najwidoczniej komuś nie chciało się sprzątnąć. 
 
Przygotowaliśmy śniadanie starając się dotykać jak najmniej zbędnych przedmiotów. 
Na tarasie dosiedliśmy się do dwóch chłopaków rozmawiających ze sobą po angielsku. Przez przypadek soląc sobie kanapkę wysypałam dużo więcej niż zamierzałam, co spowodowało uśmiech na twarzach towarzyszy. Lubię słone, wytłumaczyłam się z uśmiechem. To był powód do rozpoczęcia rozmowy….
– Skąd jesteście- Zapytał po angielsku jeden ze współtowarzyszy. Z Czech?
– Nie, jesteśmy z polski-
-Noooo, to trzeba było tak od razu- odpowiedział płynnym polskim- Jestem ze Słowacji, ale studiowałem w Krakowie, więc bardzo dobrze znam polski.
 
 
Po śniadaniu przyszedł czas na zwiedzanie. Postanowiliśmy zwiedzić Barcelonę pieszo. Zaczęliśmy od spaceru do Sagardy de Familii.
Największego kościoła na świecie, na dodatek jeszcze nieskończonego. Doszliśmy tam ok 12 a kolejki do wejścia ciągnęły się dookoła całego kościoła. Nie zamierzaliśmy tam wchodzić spędzając pól dnia na czekanie w kolejkach i płacąc 15 euro za zobaczenie jeszcze niedokończonego budynku.
 
Sagrada de familia
 
 
Z informacji turystycznej wzięliśmy mapy Barcelony i siedząc na ławce w pobliskim parku podziwiając  kościół planowaliśmy nasz dalszy spacer. 

Szlakiem Gaudiego

 
Pomaszerowaliśmy szlakiem Gaudiego szukając jego dzieł ukrytych w uliczkach . Ulice Barcelony są czyste i zadbane. Bardzo przyjazne dla pieszych i motocyklistów. Dużo zieleni, pomiędzy dwoma pasami ruchu w każdym kierunku, przy głównych ulicach jest równie szeroki deptak dla pieszych oraz bardzo dużo miejsc parkingowych dla motocykli. Motocykle są dosłownie wszędzie. Nie dziwi mnie to, ponieważ mają bardzo długi sezon motocyklowy, zdziwiło mnie jednak to, że  nikt nie jeździł w kombinezonie. Rozumiem, że ludzie jeżdżący na skuterach do pracy, nie będą zakładać kombinezonów, jednak  widząc panów jeżdżących w spodenkach i japonkach na motocyklach o większych pojemnościach byłam niemało zdziwiona. W Hiszpanii jest całkiem inna kultura jazdy na motocyklu niż w Polsce. U nas każdy motocyklista uważany jest za dawcę. Sama jeżdżę i znam to uczucie, kiedy ktoś na ulicy słysząc przejeżdżający motocykl mówi: Dawca pojechał. Częściowo sami jesteśmy sobie winni, ponieważ jeździmy pomiędzy samochodami mając nadzieję, że akurat uda nam się zdążyć przed kimś. Kierowcy samochodów nie są przyzwyczajeni do motocyklistów i nie patrzą w lusterka…. W Hiszpanii jest o tyle inaczej, że motocykliści nie przejeżdżają pomiędzy samochodami stojącymi na światłach. Jest ich tak dużo, że nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby nagle wszyscy zaczęli przepychać się między samochodami, żeby stanąć bliżej świateł. Tylko, jeśli jeżdżąc na motocyklu nie omijają korków, to po co jeżdżą? Na to pytanie zna odpowiedź każdy prawdziwy motocyklista.
 
 
 


budowle Gaudiego


moja radość z wyjazdu nie miała granic

 


dzielnica gotycka


dzielnica gotycka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *