Jordania – Petra

 
Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy do Petry. Usiadłam na końcu samochodu, abym mogła choć przez chwilę jeszcze się przespać. Po wyjeździe z Akaby czekała na nas granica. Miasto jest strefą bezcłową, dlatego każdy wyjeżdżający samochód zostaje zatrzymany  a celnicy sprawdzają bagaże. Wyjątek stanowią turyści, ponieważ im nikt do bagaży nie zagląda.
Kierowca podał tylko cel naszej podróży i mogliśmy jechać dalej. Droga do Petry wiodła przez pustynię. Krajobraz stanowiły skały i piaski. Co jakiś czas mijaliśmy ubogie wioski i wielbłądy swobodnie chodzące po autostradzie.
Po ok. 40 min jazdy kierowca zatrzymał się na parkingu obok przydrożnego sklepu. Oznajmił nam, że to czas na toaletę i herbatę.
-??? Przecież nie chce nam się pić ani nikt z nas nie potrzebuje skorzystać z toalety.
Okazało się, że był to duży, dwupoziomowy sklep z pamiątkami w którym można było kupić mnóstwo podróbek, za bardzo wygórowaną cenę. Na pewno była to umowa między kierowcą, a właścicielem sklepu, przecież w innym wypadku żaden turysta nie zatrzymałby się tam.
Po toalecie pojechaliśmy dalej i już po kilkunastu minutach kierowca znów się zatrzymał. Tym razem nie było tam sklepu, lecz punkt widokowy gdzie można było zobaczyć rozciągającą się przed nami dolinę oraz otaczające ją góry. Wyszliśmy z samochodu nieświadomi, że wiatr jest tak silny. Wszystko co było lekkie, trzeba było mocno trzymać, bo nie było nadziei na odzyskanie wywianej rzeczy. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i dalej w drogę. Jednak za chwilę okazało się, że Ryszard  nie ma okularów przeciwsłonecznych. Wróciliśmy się, ale na tarasie też ich nie było. Prawdopodobnie wiatr wywiał je przez otwarte drzwi samochodu.
punkt widokowy w drodze do Petry
 
Dalsza droga wiodła przez górskie serpentyny. Droga co rusz opadała i wznosiła się. Moja choroba lokomocyjna dała o sobie znać. Zrobiło mi się tak niedobrze, że musieliśmy się zatrzymać. Musiałam chwilę ochłonąć i przesiąść się na przednie siedzenie, aby jechać dalej.
Po dowiezieniu na miejsce, kierowca kupił nam bilety i powiedział, że będzie czekał w restauracji, w której mieliśmy zjeść obiad.
Wejście do Petry nie zdradzało tego, co kryje ten niezwykły teren. Na początku byliśmy na rozległej równinie. Tuż za wejściem woźnice z bryczkami aby móc przewieźć co leniwszych turystów. Obok nich jeźdźcy na koniach. Dla mniej wymagających były osły, które zdecydowanie nie pokazywały swojej upartości, tylko posłusznie wykonywały polecenia jeźdźców.
 
skała przypominająca Słonie
 
Każdy z nich usiłował namówić nas na skorzystanie ze swojej usługi. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się na spacer.
Dalsza trasa prowadziła przez kaniony.  Nagle z rozległej równiny wkroczyliśmy na teren górzysty. Szliśmy pomiędzy skałami zamykającymi się nad naszymi głowami.  Każda z nich wyglądała piękniej. Nie wiedziałam której robić zdjęcie i na której zatrzymać wzrok. 
 
 
Po półgodzinnym spacerze, za kolejnym skalnym zakrętem ujrzeliśmy ścianę świątyni wykutej w skale. Z tego miejsca 
prezentowała się niesamowicie. 
 
pierwszy widok na świątynię
 
 
 
Podeszliśmy bliżej. Okazało się, że przed świątynią jest plac gdzie Beduini jeżdżący na wielbłądach namawiali do przejażdżki na swoich zwierzętach.  Zdążyły się już zebrać tłumy turystów, którzy wstając wcześniej od nas przybyli tu aby ustrzec się przed nawałem kolejnych osób napływającym w ciągu dnia. 
 
 
Nie mogłam oprzeć się przejażdżce na wielbłądzie i za 3 dinary miałam swoje 3 minuty. Poza tym, że było trochę wysoko, nic innego nie zachwyciło mnie w tym zwierzaku.
Część turystów kończy swoje zwiedzanie w tym miejscu, jednak tak naprawdę był to dopiero początek Petry. Poszliśmy dalej podziwiając grobowce, ruiny amfiteatru i kolejne skalne świątynie.
 
ruiny skalnych budynków
Beduin modlący się przed ruinami świątyni
dzieci bawiące się na pustynnej ławce
 
Postanowiliśmy dotrzeć do końca Petry, czyli aż do świątyni Monastery. Wejście tam nie było już łatwe, ponieważ droga cały czas wiodła w górę przez skały.  Na szczęście, przez większość droga wyłożona była schodami. Po tych schodach osiołki woziły tych co bardziej leniwych, bądź tracących siły.
Mały chłopiec wożący turystów
osiołki świetnie dawały radę na skalnych schodach
 
 
 Co chwila mijaliśmy beduińskie stragany, gdzie można było kupić pamiątki: tandetne naszyjniki, bransoletki,  łącznie z „drogocennymi” odłamkami skalnymi.
 
Beduin sprzedający pamiątki
 
Kilka razy, tracąc siły chciałyśmy już zawrócić. Jednak wysiłek był opłacalny. Widoki z góry zapierały dech w piersiach a sama świątynia dumnie wznosiła się między skałami.
 
Świątynia Monastery
 
Po chwili odpoczynku czas wracać. Droga powrotna była łatwiejsza, więc spokojnym spacerem dotarliśmy do czekającego na nas kierowcę. W cenie wyprawy wykupiliśmy lunch w restauracji Sunset, co było opłacalną inwestycją. Za 15 Dolarów mieliśmy szwedzki stół, gdzie jedzenia było w bród.  Aż ciężko było podjąć decyzję, co zjeść. Wracaliśmy do domu zmęczeni i najedzeni do syta.
 

Co daje obrączka w podóży

Tym razem pamiętając o mojej chorobie lokomocyjnej, usiadłam  obok kierowcy. Rozmawialiśmy chwilę i  na moją prośbę kierowca uczył mnie podstawowych jordańskich zwrotów. Nie jest to łatwy język , więc co chwila wybuchaliśmy śmiechem, kiedy przekręcałam kolejne słowo.  Zapamiętałam tylko dwa: „Marahaba”, co oznacza witaj, oraz Nee – nie. Nauka bardzo mi się opłaciła, ponieważ znajomość choćby podstaw języka łamie serca miejscowych i daje mi ich przychylność.
W pewnej chwili kierowca zapytał o mojego męża.- Nie mam męża- odpowiedziałam.
– Jak to nie, przecież widziałem obrączkę na Twoim palcu.- stwierdził
Założyłam obrączkę, ponieważ słyszałam, że Jordańczycy dają spokój mężatkom. Jednak w Petrze stwierdziłam, że nikt nie zwraca na nią uwagi więc z wielkimi trudami udało mi się ją w końcu zdjąć z mojego opuchniętego palca.
Okazało się więc, że jednak Jordańczycy są bardzo spostrzegawczy i zauważają takie rzeczy, mimo, że czasami o tym nie mówią.
 

Zakup biletów do Jerozolimy

Po powrocie do hotelu, szybkiej kąpieli w zimnej wodzie (ciepłej znów nie było w hotelu), poszliśmy kupić bilety do Ammanu. Kolejnego dnia chcieliśmy my dostać się do Jerozolimy. Sprzedawca na dworcu nie mówił poprawną angielszczyzną, jednak w większości rozumiał, co do niego mówimy.
Pamiętając godziny odjazdów poprosiliśmy o bilety na 8 a.m. Sprzedawca mrucząc coś pod nosem zaczął wystawianie biletów. Potrzebował do tego naszych paszportów, ponieważ bilety były imienne. Po wydrukowaniu podał nam bilety ze słowami:
-proszę, bilety na Eight Thirty.
-8.30? miały być na 8.00 Czy do Ammanu odjeżdżają dwa autobusy po sobie? -zapytałam.Spojrzał na nas dziwnym wzrokiem.
– To są bilety na 8.30 p.m
-P.m!?- Krzyknęliśmy w jednym momencie – miało być a.m
Ciśnienie momentalnie mi podskoczyło
Zaczęło się wystawianie biletów na nowo, ale tym razem na dobrą godzinę.
Po  zakupie biletów i upewnieniu się, że są poprawnie wystawione, wróciliśmy do hotelu, aby być wyspani przed całodniową podróżą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *