Jordania-Akaba. Jak się targować i w co wierzą Jordańczycy

Po kolacji wyszłyśmy spacer. Był to ostatni nocny spacer po mieście, a przecież ja tak bardzo kocham nocne światła. Sklepy w Akabie czynne są nawet do 24, dlatego też postanowiłam kupić sobie pamiątkę. Z każdego odwiedzonego miejsca przywożę coś szczególnego, a tam nie mogłam nic takiego znaleźć. Przecież nie mógł to być zwykły magnes na lodówkę, czy pocztówka. To musiało być coś, na co z sentymentem będę patrzeć i przypominać sobie właśnie to miejsce. Zaczęłyśmy z mamą odwiedzać wszystkie przydrożne sklepiki.
 

O ludziach w Jordanii

Weszłyśmy do sklepu w którym był bardzo ogromny asortyment. Mężczyzna, który w nim sprzedawał, nie wyglądał na typowego Jordańczyka: wysoki, przystojny, dobrze zbudowany w najmodniejszych europejskich ciuchach. Odezwał się do mnie świetną angielszczyzną. Umiał powiedzieć  coś więcej, poza tym, że towary są dobre jakościowo i da mi „te best prajs”…. Zapytałam go o kobiety w Jordanii, czy oni naprawdę mają tak dużo żon. W odpowiedzi usłyszałam, coś czego na pewno się nie spodziewałam. Faktycznie mężczyzna może posiadać więcej, niż jedną żonę, jednak nikt z jego znajomych nie  ma  kilku. Żeby mieć więcej żon, trzeba mieć dużo pieniędzy. Za każdą żonę trzeba zapłacić jej posag, w postaci wielbłądów, krów, osłów i gotówki która później staje się jej własnością. Jest coś jeszcze, na każdą kolejną żonę, poprzednia musi się zgodzić. Zazwyczaj zgadzają się, bo nie mogą mieć dzieci, bądź  nie są w stanie zaspokoić swojego męża seksualnie, więc dzięki temu mają święty spokój. Myślisz, ze u was jest lepiej?- zapytał. Czy nie uważasz, że lepiej mieść kilka legalnych żon, które mają takie same prawa. Jeśli jedna dostaje prezent, to wszystkie inne też muszą dostać prezent o podobnej wartości. Dzieci jednej, są dziećmi wszystkich żon i wspólnie się nimi opiekuję.U nas żona jest jak księżniczka. Nie musi pracować. U Was żony mają większe prawa, jednak kochanki więcej na tym korzystają, bo to one dostają droższe prezenty.  W jakiej sytuacji wolałabyś być? Nie odpowiedziałam…. A Ty ile masz żon? – zapytałam z ciekawości.
Nie mam żadnej-stwierdził stanowczo.  Nie wieżę, że nie było go na to stać, ponieważ przed jego sklepem stał bardzo nowoczesny, terenowy Dodge. Nie spotykany na Europejskich drogach. Domyślcie się dlaczego…..
Zapytałam go jeszcze o Boga. Dlaczego tak często się modlicie? – Z naszą modlitwą, jest tak jak z miłością do kogoś innego- odpowiedział. -Jeśli kogoś kochasz, to wciąż mu to powtarzasz. Jeśli pewnego dnia, nie powiesz bliskiej  Ci osobie, że ją kochasz, pomyśli, że miłość już zniknęła. Tak samo jest z Bogiem. Nie chcemy, aby pomyślał, że już go nie kochamy, więc wciąż przypominamy mu o tym- starał się mi wytłumaczyć.
A alkohol? Zapytałam. Dlaczego nie pijecie alkoholu? –alkohol nie jest dobry. Niszczy człowieka. Po alkoholu człowiek zachowuje się tak, jak normalnie nigdy by nie postąpił. Alkohol niszczy rodziny, zdrowie. Jest zły- odpowiedział z wielkim przekonaniem. A Ty? Pijesz alkohol?- oczywiście, że tak- stwierdził z uśmiechem…
Wyszłam ze sklepu w wielkiej zadumie. Jak wiele sprzeczności istnieje w Jordańczykach. Z jednej strony mocno w coś wierzą, a z drugiej nie do końca tego przestrzegają. Piją alkohol, gdy są na wakacjach, bo tam, przecież Bóg już nie widzi…. Ale czy u nas jest inaczej?

moja najdroższa pamiątka

Spacerując w zamyśleniu trafiłyśmy do najstarszego sklepu w Akabie, który przez cały tydzień omijałyśmy, ponieważ nie wyglądał interesująco. Właścicielem był sympatyczny Jordańczyk. Gdy zapytałam go o imię, kazał zgadywać. – Jak zgadniesz dam Ci magnes na pamiątkę. –
-ok- nie mam nic do stracenia.. hmm… jakie imię może mieć. Poznałam tu dosyć dużo imion i wiedziałam już jakie jest najpopularniejsze imię w Jordanii.. – Mahomet? – zapytałam. uśmiech na jego twarzy był dla mnie odpowiedzią. Mogłam wybrać sobie dowolny magnes i  poszukiwanie pamiątki mieć za sobą, ale ja czułam, że to nie to, co chciałabym mieć.
Sklep Mahometa składał się z dwóch pomieszczeń. W pierwszym były typowo jordańskie pamiątki, a drugie wyglądało trochę jak muzeum. Na ścianach wisiały zabytkowe jordańskie stroje, które zakłada się tylko na specjalne okazje takie jak ślub, bądź w których chodzi tylko królowa, ciężkie naszyjniki, dzbanki, ozdobne pasy. Właściciel wpadł na pomysł, aby przebrać mnie w starodawny kobiecy strój królowej. Dostałam wyszywaną suknię, na nią coś w rodzaju kobiecego ponczo, suknia przepasana była ciężkim posrebrzanym pasem. Na głowę założyłam królewską „czapkę”, tak ciężką, że chwilę później musiałam ją zdjąć. Stój wyglądał okazale, jednak był strasznie ciężki i niewygodny. Nie wiem jak można wytrzymać w tym kilka godzin. Na szczęście codzienne kobiece stroje są dużo lżejsze z przewiewnych materiałów, więc mimo tego, że zakrywają prawie całe ciało, nosi się je wygodnie nawet w upalne dni.
tradycyjny jordański strój
 
Podczas kiedy ja przymierzałam, strój mama oglądała zawartość pierwszej sali sklepowej. Nagle zawołała mnie i powiedziała, że ma dal mnie idealną pamiątkę. Pomiędzy srebrną biżuterią, przywieszkami, bransoletkami i kolczykami leżała zakurzona przywieszka w kształcie globusa. Widać, że nie był to chodliwy towar. Nagle poczułam się, jakbym znalazła coś, czego szukałam przez całe życie. Moje marzenie o zwiedzeniu całego świata mogę mieć zawsze przy sobie. Poprosiłam Mahometa, żeby wyjął go z gabloty i pozwolił mi przyjrzeć się mu z bliska. Globus wykonany był z granatowego kamienia, każdy kontynent rzeźbiony był innym kolorem. Wiedziałam, że może nie być tani. Okazało się, że właściciel w ramach nowo zawartej przyjaźni chce mi go sprzedać za 5 dinarów. Oczywiście cena bardzo niska jak za takie cudo, jednak mama postanowiła w ramach tradycji potargować się jeszcze trochę. Nie znając angielskiego przekonała Mahometa do zmiany ceny na dwa dinary. To tylko dla Twojej mamy, powiedział z uśmiechem. Od tamtej pory nie rozstaję się z globusem, jest dla mnie całym światem, który mam zawsze przy sobie.
 
Po udanych zakupach udałyśmy się w stronę hotelu. Po drodze napotkałyśmy ulicznego sprzedawcę bananów. Było już po kolacji, ale miałyśmy ochotę na świeżego, miejscowego banana. Za jednego dinara sprzedający chłopiec chciała nam dać 3. Mama popatrzyła na niego ze zdziwieniem i pokazując na palcach wytłumaczyła, że nas jest dwie a trzy banany są zdecydowanie nie do pary, więc potrzebujemy czterech. Chłopiec uśmiechnął się tylko, i powiedział, że w takim razie oczywiście musi dać cztery. Po tej sytuacji stwierdziłam, że nie ma po co się uczyć języka. Wystarczy szeroki uśmiech i dużo wyobraźni, a wszędzie można się porozumieć. Kocham swoją mamę. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *