Ukraina- Lwów, lekcja nieufności

Wyjechaliśmy z Wrocławia w środku najdłuższego weekendu w Europie. Miał aż 9 dni, nasz tylko 5. Padał deszcz, kierowcy jeździli jak szaleni co rusz wpychając się nam pod koła. Nie zachęcało to do nocnej 600 km jazdy. Do Przemyśla  przyjechaliśmy o 4 nad ranem. Mieliśmy jeszcze czas na chwilę drzemki. Po przebudzeniu czas na hot-doga na stacji i ruszamy na wyzwanie przygodzie. Zostawiliśmy samochód gdzieś na przemyślskim osiedlu. Busem dojechaliśmy na granicę. Dobrze, że zdecydowaliśmy się przejść pieszo, bo mijaliśmy kilkukilometrowe kolejki samochodów. Wyglądały jakby nie przesuwały się do przodu.
Pan w okienku tylko na nas spojrzał no i jesteśmy…. Witaj Ukraino.
Doszliśmy na postów marszrutek. Tam tłumy, wszyscy wracają do domu na Wielkanoc. Podjechała. Wszyscy się pchają, każdy chce się zmieścić nie patrząc, że miejsc siedzących już dawno nie ma. Dwie godziny jazdy w ścisku na stojąco i to po nieprzespanej nocy. Marny początek.
Dojechaliśy do Lwowa, pasażerowie marszrutki prawie wyzionęli ducha, ja siedziałam ale Ci kótrzy stali przez dwie godziny na pewno nie byli zachwyceni.
We Lwowie korek. Jakaś ciężarówka stanęła na środku ulicy. Dalej nie jedzie. Nikt nie wie dlaczego. -Witamy na Ukrainie-, skomentował to jakiś  miejscowy pasażer. No to pięknie się zaczęło. Ciężarówkę ominęliśmy przejeżdżając po chodniku. Marszrutka jakby była wyspecjalizowana do tego, żadnego koła nie urwało. Szkoda tylko, że to nam o mało co tyłków nie pourywało.

Ukraińska ciężarówka
Wysiedliśmy na Dworcu kolejowym we Lwowie. Jednym z najbardziej zadbanych miejsc we Lwowie, dworzec super, ale już przed nim ślady przedwojennej kostki. Obok dworca stragany ze sztucznymi kwiatami. To chyba taka moda…
foto by Paweł Stargany ze sztucznymi kaiwtami
 
 Jakoś musimy dotrzeć do ulicy na której mieszkamy, tylko jak skoro nie ma jej na mapie. Zresztą nawet jakby była, to co z tego: mapa polska a tabliczki z nazwami ulicy na budynkach ukraińskie. A my cyrylicy czytać nie umiemy. Już żałuję, że się nie nauczyłam.
Wsiadamy do tramwaju, wiemy że miał jechać na naszą ulicę. Niestety nie wiemy gdzie wysiąść. W tramwaju przeżywamy pierwszy szok i pierwszą nieścisł0ść tego państwa. Kasowniki pozostały takie jak sprzed kilkudziesięciu lat. Na początku nie wiedzieliśmy jak je obsłużyć. Strasznie zacofana ta Ukraina, myślę dopóki nie zauważam napisu na szybie: free wifi. Nie wierzę własnym oczom! Nie wymienili kasowników a bezpłatne wifi w tramwajch mają. Bardzo praktyczne. Jednak nie jest najgorzej.
 
foto by Paweł, kasownik w tramwaju
 
Z kilkoma przesiadkami i pomocą miejscowch udało nam się dotrzeć do naszego noclegu. Ostatni znaleziony nocleg. Nie dość, że w Polsce weekend majowy to u nich święta wielkanocne, przez chwilę myślałam że będziemy spać na dworcu. Na szczęście Polonia na Ukrainie jest bardzo pomocna. 40 złotych za noc to bardzo przystępna cena. Oczywiście nie można wymagać luksusów.
Próbujemy wejść do kamienicy: zamek na kod. Kod znamy, ale nie umiemy go nacisnąć. 27 i razem tłumaczyła mi właścicielka przez telefon. 2 i 7 są, tylko gdzie przycisk razem? Myślę sobie. Dopiero Damian wpadł na to, ze  razem nie oznacza przyciska tylko sposób naciśnięcia guzików. Co byśmy bez niego zrobili?
Poszliśmy na obiad do knajpki poleconej przez właścicielkę mieszkania. Jeśli chcecie tanio, domowo i dużo to idźcie tam.  Poszliśmy. Mała obskurna knajpka z pustymi stolikami nakrytymi kraciastą ceratą. Przy barze tylko kelnerka i mężczyzna popijający wódkę z sokiem.  Poza tym pusto. Szkoda, że obsługa ani po polsku, ani po angielsku. Na szczęście lekko już wcięty mężczyzna  mówił. Poprosił kelnerkę o przygotowanie czegoś „ekstra dla nas” i przysiadł się do naszego stolika. Opowiadał o swojej firmie, biznesie w Polsce, Rosji która oddziela Ukrainę od Europy, Polakach którzy przyjeżdżają tu jak do siebie… przy tych swoich opowieściach tylko zmieniał kieliszki wódki…
Dostaliśmy obiad. Na pierwsze danie tradycyjna solankam czyli zupa ze wszystkiego, z dużą ilością mięsa i śmietany. Całkiem smaczna. Danie główne, to smażone ziemniaczki po domoszkiemu i kotlecik. Pycha. Cieszyliśmy się, że mężczyzna nam to polecił.
foto by Paweł, solanka
 
Mimo jego pomocy był nachalny, często mówił tylko do mnie nie zważając na obecność chłopaków, za wszelką cenę chciał przekonywać nas do swojego punktu widzenia. Jakby nikt nie mógł mieć odmiennego zdania. A ja miałam.
Zapytał czy może iść z nami na miasto, tzn pokazać nam najlepsze miejsca.
Zanim zdążyłam zaoponować chłopcy już się zgodzili. Jakoś to przeżyję.
Zapłaciliśmy za jedzenie nie rozumiejąc co jest na rachunku i poszliśmy zwiedzać Lwów.
 
Nasz nowy przewodnik pokazał nam mury miejskie, cerkiew, miejsce gdzie sprzedają starocie a tuż później knajpkę z piwem.
 
 
 W sumie piwa chętnie się napijemy, szkoda tylko, że to z nim. Strasznie działał mi na nerwy, nie dość, że podrywa mnie w obecności mojego faceta, to jeszcze wmawia mu, że nic do niego nie czuję. – Damian spokojnie, proszę, gdy widzę, że jemu też to się nie podoba. Pijemy piwo w dosyć ekskluzywnej i nieciekawej knajpce. Przyszło do płacenia, zapłaciliśmy za swoje a  „przewodnik” nie kwapi się do wyjęcia portfela. Płacimy ze złością. Ledwo wyszliśmy na ulicę a on ciągnie nas do olejnej knajpki… Nie, nie! Chcemy zobaczyć Lwów, a nie zwiedzać puby. Do tego przewodnika nie potrzebujemy.
 
Podeszliśmy jeszcze z  nim kawałek i w momencie kiedy poszedł do toalety  wyruszyliśmy w swoim kierunku. Obyśmy się nigdy nie spotkali. Dopiero później okazało się, że przy obiedzie zapłaciliśmy również za jego wódkę i soki. Trzeba było się nauczyć cyrylicy. No to mamy pierwszą nauczkę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *