Terremolinos – kiedy nie wszystko jest idealne

Ledwo wcisnęłam się do pełnego autobusu. Ludzi dokładnie tyle ile miejsc. Cieszyłam się, że jeszcze udało mi się kupić bilet. Nie do Malagi, ale do Terremolinos, miejscowości położonej ok. 12 km od Malagi. Tylko tam znalazłam wolny nocleg. Zabookowałam ostatnie miejsce w sześcioosobowym pokoju za 25 euro. Najlepsza cena w okolicy. W Maladze nic już nie było. Jedna noc a rano ruszam do Malagi.
Autobus jechał przez chyba wszystkie małe miejscowości, zatrzymując się co chwilę. W jednej z nich kierowca zaczął krzyczeć: Kto do Malagi, przesiada się do innego autobusu. Co z tego, że krzyczał, skoro w autobusie prawie sami turyści i nikt nie rozumiał, o co mu chodzi. Zanim wszyscy, zrozumieli jego intencje, mieliśmy pół godziny do tyłu.
Im bliżej miejsca docelowego, tym mniej osób. Kleiły mi się oczy, w końcu ostatnich kilka dni i nocy było bardzo intensywnych. Nie umiałam powstrzymać snu. Poprosiłam chłopaka siedzącego obok, żeby mnie obudził jak autobus dojedzie do Terremolinos. On też tam jechał. Mieszka w Madrycie, ale dziś w nocy jest wielka impreza na plaży, jedzie tam tylko po to.-  Impreza? Gdzie impreza? Jaka impreza? – Chyba przestało mi się chcieć spać…. 
Na jednym z przystanków wysiadła dziewczyna, której jak się okazało… zginął bagaż. Wsadziła go tak jak wszyscy do bagażnika, ale go nie było. Dziewczyna stała załamana, nie wiedząc co ma robić. Na nic pocieszenia kierowcy. Bo przecież jak ma ją pocieszyć, skoro ona pewnie ma przy sobie tylko dokumenty i pieniądze. Żadnych ubrań, kosmetyków.. nic. No to będzie miała przygodę życia. Przez chwilę zastanowiłam się, czy mój plecak jeszcze jest w bagażniku. Z duszą na ramieniu wyciągnęłam go, gdy już dojechaliśmy na miejsce. Spojrzałam na zegarek. Była 11, jechaliśmy 4 godziny! A to tylko 115 km.
Szłam do hotelu myśląc tylko o jedzeniu, kąpieli i śnie. Sama nie wiedziałam w jakiej kolejności. Ostatni posiłek jadłam o 13, nie pomyślałam, że będziemy jechać aż tak długo. Po półdniowym marszu na skałę Gibraltarską byłam spocona i zmęczona.
Weszłam do recepcji. Młody Hiszpan po angielsku nie mówi, no dobra, przecież ja mówię po hiszpańsku.
-Hej, mam rezerwację- przywitałam się z uśmiechem wciąż marząc o szybkiej kąpieli.
– nie możliwe- usłyszałam w odpowiedzi. -Mamy dziś pełno
Nie pomogło tłumaczenie, że przecież dzisiaj rezerwowałam łóżko. Nie ma i już.
Ale ja nie mam gdzie spać. Jest prawie północ, jestem zmęczona głodna i bardzo zła. Nigdzie się nie wyniosę. Zresztą nie mam gdzie.
Okazało się, że jednak znaleźli dla mnie łóżko. A nawet pokój. Dostałam pokój dwuosobowy za 18 euro. Czyli  7 euro taniej, niż miało kosztować łóżko. Takie przeprosiny to ja lubię.
Rzuciłam rzeczy, wzięłam szybki prysznic i wyszłam na miasto. Było ciemno i pusto. Szukałam czegoś do jedzenia. Znalazłam kebaba. Nie pogardziłam, szczególnie, że  kiszki już dawno grały mi marsza.
Oczy wciąż się kleiły, ale chęć zobaczenia imprezy na plaży była większa niż zmęczenie. Tylko gdzie jest plaża? Znalazłam tabliczkę z kierunkowskazem. Podążyłam za nią przechodząc wąskimi uliczkami prowadzącymi w dół. Już na pierwszym rozwidleniu nie  było kolejnej tabliczki, a ja nie wiedziałam gdzie iść. Na szczęście metodą prób i błędów w końcu ujrzałam palmy, zielone świecące palmy. To chyba jakaś knajpka przy plaży – jedna z wielu. Poszłam na plażę przechodząc pomiędzy pubami. Jakoś dziwnie cicho i pusto. Gdzie ta wielka impreza?
Postanowiłam pójść deptakiem, przecież gdzieś musi być. Po kilkunastominutowym spacerze zrezygnowałam. Wciąż żadnej imprezy. Zawróciłam już do hotelu, kiedy zatrzymała mnie grupa osób.
-Szukamy imprezy na plaży – zapytali- Wisz, gdzie jest?
-też jej szukam tam na pewno jej nie ma- stwierdziłam zrezygnowana
– my byliśmy w przeciwnym kierunku i też nic-
Gdzieś musi być – może chcesz poszukać z nami- zapytali
Była  strasznie zmęczona, ale podróżnik nigdy nie odmawia na zaproszenie od innych podróżników. Zgodziłam się bez zawahania. Szczególnie dlatego, że prawie cały dzień spędziłam sama bez żadnych większych przygód. Potrzebowałam emocji.
Moi nowi przyjaciele, to 3 Włochów i jedna Koreanka, która mówiła po angielsku, bez żadnego azjatyckiego akcentu. Niesamowite. Wszyscy pracują w koreańskiej firmie w Madrycie i wspólnie wyjechali na weekend.
Hiszpania to jednak bardzo mały kraj. Kojarzyłam jednego z tych Włochów. Oj, bardzo dobrze go kojarzyłam. Widziałam go kiedyś w klubie, pamiętałam jak próbował mnie pocałować nie podając nawet swojego imienia. Od razu dostaje wysypki na takie osoby. On chyba też mnie poznał. Zaiskrzyło między nami, ale w negatywnym znaczeniu.
Starałam się unikać rozmowy z nim, jednak nie obeszło się bez próby odwetu z jego trony.
– podróżujesz sama- zapytał?
– chwilowo tak – odpowiedziałam nie wdając się w dyskusję
– musisz strasznie lubić ludzi- stwierdził z ironicznym akcentem
Nie miałam ochoty z nim rozmawiać, pierwszy raz od dłuższego czasu po prostu nie miałam ochoty przebywać w czyimś towarzystwie.
Na szczęcie pozostała część ekip była bardzo sympatyczna i szybko znaleźliśmy wspólny język.
Szliśmy tak szukając imprezy, aż zatrzymało nas dwóch Hiszpanów pytając o nią.
Najwidoczniej nie tylko turyści są zagubieni. Hiszpanie przyłączyli się do wspólnych poszukiwań.
Doszliśmy do kilku klubów nad plażą. Zapytaliśmy o imprezę, ale nic nie wiedzieli. Postanowiliśmy wejść do jednego  z nich. Nie miałam ochoty na taniec. Zresztą miałam torbę wypchaną sprzętem fotograficznym i dokumentami, bałam się zostawić to w hostelu, a teraz bałabym się zostawić ją przy barze. Wykorzystałam ten czas rozmawiając z tym sympatyczniejszym Włochem i obserwując jak  Koreanka po każdym kolejnym piwie staje się coraz bardziej pijana i coraz bardziej zauroczona zdecydowanie nieprzystojnym, przypadkowym Hiszpanem.
W końcu chłopcy stwierdzili, ze już czas dla niej. Wychodzimy.
Wracaliśmy przy plaży dyskutując na temat niby „przystojnego” Hiszpana i usiłując przekonać ją, że chyba jednak wypiła zbyt dużo alkoholu.  Szłam z moimi nowymi znajomymi nie do końca wiedząc gdzie jest centrum, a tym bardziej gdzie znajduje się hostel, w którym śpię. Telefony rozładowane, żadnej mapy a nawet nazwy ulicy. Pozostała tylko nadzieja, że moja orientacja mnie nie zawiedzie. Pożegnałam się i weszłam w ciemną, wąską uliczkę, która jak mi się wydawało prowadziła do centrum. Nie było na niej nikogo. Tym bardzie się bałam, bo jeszcze przy plaży jakiś mężczyzna na rowerze wołał za mną „Chica”. Uliczka przerodziła się w cały labirynt. – w prawo, czy w lewo?- obrałam azymut.  Zaczęłam biec modląc się w duchu, żeby bezpiecznie wyjść z tego labiryntu. Kolejna pusta uliczka i kolejne schody. W końcu dotarłam do miasta. Tylko co dalej? Pamiętałam, że mój hostel jest trochę za centrum, za taką fontanną. Tylko gdzie ta fontanna? Znów kolejny azymut i idę. Dotarłam do fontanny, później znów pustą ulicą w górę i w kolejną w bok. Dotarłam. Byłam przerażona, że musiałam sama iść pustymi uliczkami i dumna, że bez mapy znalazłam swój nocleg. Weszłam do pokoju i zasnęłam kamiennym snem. 
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *