Semana Santa – Cordoba: miasto wielu kultur

Semana Santa to czas, kiedy prawie wszyscy Hiszpanie podróżują. Mają długi weekend i spędzają go całkiem inaczej niż Polacy. Wyjeżdżają. Ja też postanowiłam wyjechać. Zamarzyła mi się Andaluzja. Andaluzja jest najbardziej katolickim regionem Hiszpanii. Słynie z wyjątkowych obchodów wielkiego tygodnia, więc skoro Wialkanoc, to tylko tam.
Przez 9 dni podróży postanowiłam zwiedzić jak najwięcej, wydać jak najmniej, poznać nowych przyjaciół i przeżyć dużo przygód.
Jako pierwszą destylację  wybrałam Kordobę. Położona najbliżej Madrytu ma przepiękne stare miasto, które jest pozostałością po burzliwej historii Andaluzji. Co chwila podbijana przez inne kultury dziś odzwierciedla to w swojej architekturze. 
 
Pierwszy środek transportu: Babla car. Tanio, szybko i przyjemnie.
 
Jedziemy: hiszpańskie małżeństwo, Amerykanin polskiego pochodzenia no i ja, przysypiająca na tylnym siedzeniu po nieprzespanej nocy, bo zamiast odpoczywać, to ja jak zwykle – tańczyłam salsę.
Jak tylko się obudziłam zaczęliśmy rozmowy o polityce. – O nie!- pomyślałam – będą kłótnie. Na szczęście każdy z nas był z innego kraju i nie mieliśmy wspólnego powodu do kłótnie. Rozmawialiśmy o kryzysie. Skąd tak naprawdę się wziął? Tego nie wiedzą nawet najstarsi Indianie. Natomiast wszyscy wiedzą jakie ma skutki. Opłakane!  Szczególnie w Andaluzji, która jest najbiedniejszym regionem Hiszpanii. Bezrobocie sięga tu 35 %.
Pomimo dużego bezrobocia, jest to jeden z najpiękniejszych regionów. Słynie z flamenco, pysznego wina i korridy. Podobno można spróbować tu byczych jaj, podawanych jako bardzo wykwintny, regionalny przysmak z byków zabitych podczas korridy. To ja podziękuję! W Hiszpanii toczy się wojna – zakazać organizacji korrid, czy nie. O ile jest to niehumanitarne, o tyle ma bardzo głębokie korzenie. Nie tylko o korzenie chodzi. Przecież za tymi wydarzeniami stoi wielki biznes. Hodowle byków, krawcowe, właściciele placów, firmy transportowe…  Co, jeśli nagle te wszystkie osoby stracą pracę?
 
Dojechaliśmy do Kordoby. Przedmieścia nie zachęcały do zatrzymania się tu na dłużej. Wysiedliśmy gdzieś w okolicach centrum. Tak naprawdę nikt nie wiedział gdzie jesteśmy. Z Johnem (amerykańskim przyjacielem) postanowiliśmy wspólnie poszukać centrum. Obraliśmy  azymut. Idziemy. Przed nami długa ulica bez żadnych znaków, może by tak kogoś zapytać. W końcu natknęliśmy się na jakąś staruszkę. Zapytaliśmy o centrum. -Dzieci, to w przeciwnym kierunku- odpowiedziała śmiejąc się z nas.
Na szczęście było niedaleko.
 
 
W Cordobie znalazłam nocleg na CS. Alberto, mieszka w samym zabytkowym centrum miasta. Pomaszerowałam do niego wchodząc w niesamowicie wąskie uliczki wyłożone kamieniami. 
Byłam zdziwiona pustkami. W uliczkach widziałam zaledwie kilka osób. A spodziewałam się tłumów. Doszłam do jednego z budynków, wyglądającego dokładnie tak samo jak wszystkie pozostałe. Jasne ściany, duże okna i balkony z kwiatami. Zadzwoniłam dzwonkiem i weszłam do klatki. Kolorowe schody i ściany wyłożone tradycyjnymi, andaluzyjskimi płytkami.  Stanęłam zachwycona. W drzwiach mieszkania przywitał mnie starszy mężczyzna…. Yyyy, to chyba nie Alberto. Okazało się, że pomyliłam drzwi. -Alberto mieszka na górze- odpowiedział, jakby co najmniej znał go bardzo dobrze.
Alberto czekał na mnie w mieszkaniu. Przywitał mnie z wielkim uśmiechem na twarzy. Widząc jego twarz, przez chwilę zastanowiłam się, czy na pewno jest Hiszpanem. Włosy i karnacja wskazywały na urodę arabską. Nie miał arabskich korzeni. Dopiero później okazało się, że nie on jeden tutaj tak wygląda. Andaluzja, jako islamski region w przeszłości była zamieszkiwana przez inne narody. Pozostałości tej kultury widać do dziś nie tylko w budowlach, ale i w wyglądzie ludzi.
Szybko zostawiłam rzeczy i z moim nowym przewodnikiem poszłam zwiedzać miasto.
Alberto był zdziwiony, jak powiedziałam mu, że na ulicach nie było prawie nikogo. -Za chwilę zobaczysz ludzi- powiedział z uśmiechem.
Naszym pierwszym odwiedzonym miejscem był miejski targ, po przejściu przez halę z rybami i warzywami znaleźliśmy się na wypełnionym placu. Tam byli już znajomi Alberta. Sobotnie popołudnie, idealny czas na spotkanie z przyjaciółmi. Szybko złapaliśmy wspólny język. Okazało się, że prawie każdy z nich przez jakiś czas mieszkał w Madrycie. Madryt to miasto, przez które każdy przechodzi szukając lepszej pracy, szczęścia. Jednak mało kto zostaje tam na zawsze. Większość z nich mimo wysokiego bezrobocia w regionie wróciła do Andaluzji. Przecież tu jest dom, rodzina, przyjaciele.
To miały być wakacje bez alkoholu, jednak szybko zmieniłam zdanie i już za chwilę ze wszystkimi popijałam piwo zajadając przy tym tapas.
Pewnie zostałabym tam całe popołudnie i rozmawiała tak ze wszystkimi, gdy by nie to, że Alberto przypomniał mi po co tu przyjechałam. Idziemy zwiedzać.
 
Stare miasto w Cordobie wcale nie jest duże, jednak na co drugiej uliczce widziałam kościoły. Ile ich tu jest, zapytałam z zaciekawieniem. Za czasów króla Franciszka powstało ponad 12. Nie udało nam się znaleźć informacji o wszystkich. Nawet gdyby tylko 12, to i tak dużo! Spacerując wąskimi uliczkami, na kżdej z nich chciałąm zrobić zdjęcie. Kamienice budowane w andaluzyjskim stylu a przy nich kolejne z mieszanką marokańskiego. Kolorowo, czysto. Tylko uliczki tak wąskie, że nie widać słońca.- Jak można mieszkać w takim miejscu? – pomyślałam. Już po południu pkazało się, że wąski uliczki to wybawienie dla mieszkańców Korodyby, podczas upalnych dni. Latem, jest tu tak gorąco, że nikt nie wychodzi z mieszkań.Żar leje się z nieba, i tylko brak słońca na ulicach i patia zbudowane jako naturalna klimatyzacja pozwalają przetrważ ten okres. Jeśli ja już dziś nie mogę wytrzymać, to nie chcę wiedzieć, jak jeste latem.
 
Najważniejszym zabytkiem Cordoby jest Mezquita – dawny meczet, dziś katedra katolicka. Jej powierzchnia to 23000 m. Możecie sobie wyobrazić jej wielkość.
Po chwili odpoczynku przy katerze, wdychając zapach kwiatów pomarańczy, przeszliśmy prze most i wypiliśmy kawę.
Z budynku naprzeciwko kawiarni  przed którą siedzieliśmy dobiegały dźwięki muzyki. Budynek okazał się szkołą okupowaną przez andaluzyjskich socjalistów. Walczą z rządem o zmianę polityki, poprawę życia, o lepsze życie, o przyszłość, której większość z mieszkańców nie ma. Pomagają sobie wzajemnie, gotują posiłki dla bezdomnych i nigdzie nie zamierzają się ruszyć z budynku, a rząd dał im 100 dni na opuszczenie go.
-chodź, zobaczysz prawdziwe życie- powiedział Alberto i zaprowadził mnie do okupowanej szkoły. Po tych ludziach nie było widać problemów, które ich dotykają. Wszyscy śpiewali, tańczyli, byli uśmiechnięci i tylko ściany ozdobione napisami świadczyły, że oni tak naprawdę nie przyszli się tu bawić. 
 
Alberto – mój prywatny przewodnik
wąska uliczka w Cordobie
Mozquita
kwiaty pomarańczy
Mozquita
Plaza de Naranjas
calle de flores
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *