Santander – nieziemskie plaże

Nie wiem, czy wciąż jesteśmy w Hiszpanii, czy może ktoś przetransportował nas w zupełnie inne miejsce.  Na pewno nie tak wyobrażałam sobie słynne miast Santander, które jest wakacyjnym kurortem Hiszpanów i Francuzów.  Przemysłowe przedmieścia zdecydowanie nie zgadzały się z opisami moich znajomych, którzy uważali, że to piękne miasto . Brudne, zaniedbane, zupełnie z niczym ciekawym do zwiedzania. Nasze ostatnie dni wakacji. Moje ostatni hiszpańskie wakacje, bo za kilka dni będę już w Polsce.
Wynajęliśmy pokój w pensjonacie o dźwięcznej nazwie: the Mexicano, znajdujący się blisko centrum.  Pewnie prowadzi go jakiś meksykańczyk zamieszkujący północ.  Wjechaliśmy na piętro kamienicy. Wyszliśmy z małej, ciasnej windy i… natychmiast chcieliśmy do niej wracać. Naszym oczom ukazała się recepcja. Stare, obskurne kanapy porozstawiane po kontach, na ścianach tapety, starodawne lampy i regały. Tym wszystkim meblom brakowało jeszcze kilku lat do zostania antykami. Miałam dziwne wrażenie, że znaleźliśmy się w domu starców. Całości dopełniały 4 starsze panie plotkujące na kanapach. To obsługa tegoż jakże luksusowego miejsca. Jedna z pań uśmiechnęła się tak szeroko, że przez chwilę zaczęłam obawiać się, że wypadnie jej z buzi proteza. Kazała chłopcom iść za sobą, a my we dwie zostałyśmy dopełnić formalności z pozostała wcale nie mniej dziwną kobietą. – na pewno pojechała ich usmażyć- szepnęłyśmy do siebie z uśmiechem – to czarownice.
Kobieta stojąca w recepcji, nad którą wisiał komunistyczny portret jakiegoś mężczyzny trochę przypominającego Stalina z hitlerowskim wąsem poprosiła nas yylko o jeden dowód. W pozostałych miejscach nawet nie było mowy o zameldowaniu bez wszystkich dowodów, a tu- proszę.
Chcemy zapłacić i jak najszybciej sobie pójść. – nie, nie, nie trzeba- odpowiedziała Pani z tym samym za miłym uśmiechem – zapłacicie kiedy będziecie chcieli. Teraz idźcie odpocząć, pokaże Wam pokój. – powiedziała.
Weszłyśmy we trzy do windy, guzik został wciśnięty i zaczęłyśmy zjeżdżać- ciekawe, czy to ich pracownia chemiczna- skomentowałam. Chłopcy już pewnie nie  żyją.
Na szczęście dojechałyśmy do całkiem schludnego pokoju i kobiety zostawiły nas samych. Zaczęliśmy zastanawiać się nad tym dziwnym miejscem. Jak to możliwe, że 4 stare kobiety prowadzą pensjonat w samym centrum Santandera. Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu i nigdy wcześniej nie chciałabym być.  Na rozluźnienie otworzyliśmy butelkę cydru zakupionego pod Bilbao. Te regiony słyną z przepysznego cydru wyrabianego z miejscowych jabłek. Wznieśliśmy toast, stuknęliśmy się plastikowymi kubeczkami i wzięliśmy po łyku. Spojrzeliśmy na siebie. – Co to jest?- chyba ktoś pomylił cydr z… nie wiem z czym, ale zgodnie stwierdziliśmy, że jest obrzydliwe. Nie zamierzamy tego pić. Tylko Radek jako jedyny odważny, stwierdził, ze szkoda wylewać alkohol i postanowił wypić całe dwie butelki. Smacznego!
Zwiedzaliśmy Santander. Taki ładny, ale jakiś nie idealny. Nie odnalazłam w nim tego całego uroku, który dostrzegają liczni turyści z Francji czy innych części Hiszpanii. To prawda – ma piękne plaże, ale co z tego, skoro pogoda niepewna. Na szczęście nam dopisała. Dwa ostatnie dni podróży, to piękna słoneczna pogoda i leniuchowanie. Tego było mi trzeba. Mogliśmy spokojnie wracać do Madrytu ciesząc się z udanego wyjazdu i ze świadomością, że podbiłam ostatni, niepodbity region Hiszpanii – północ została zdobyta. Nie znaczy to, że nie mam już co zwiedzać, oznacza tylko, że mogę spokojnie wracać do Polski. 
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *