Santa Semana – Sevilla; uciekając przed tłumami

Dwa dni w Kordobie, to wystarczająco dużo czasu. Pora ruszać dalej. Kolejna destylnacja: Sevilla. Przez niektórych uważana za najpiękniejsze miasto Hiszpanii. Zobaczymy.
Próbowałam znaleźć przejazd na blablacar, ale nikt nie jechał rano. Dzisiaj będzie autostop. Witaj przygodo. Alberto podwiózł mnie na stację benzynową przy samej autostradzie. Jeśli ktoś jeszcze nie wiem, to autostop jest zakazany w Hiszpanii. Nie ma tu kultury podwożenia. Ostatnio kiedy jechaliśmy 350 km z Barcelony do Walencji zajęło nam to 2 dni. Mam nadzieję, że dzisiaj będzie łatwiej.
Na stacji bez ruchu. Przez kilkanaście minut prawie nikt nie podjechał, a jak podjechał, to nie wyjeżdżał za miasto. Nie lubię czekać. Postanowiłam wyjść na drogę. Stanęłam na zjeździe z ronda. Dwie minuty później zatrzymuje się biały seat z młodym chłopakiem. Idziemy do Sevilli.
 Kierowca po angielsku nie mówi, ale może lepiej, bo dzięki temu muszę ćwiczyć mój hiszpański. Wraca z weekendu od swoich rodziców. Pracuje w Sevilli jako prawnik. Wcześniej skończył inne studia ale nie znalazł pracy, a że w Hiszpanii wszyscy się sądzą, to dla prawnika praca zawsze się znajdzie.
130 km minęło bardzo szybko. Wysiadłam w okolicach centrum. No, to jesteśmy. W Sevilli miałam spać u kolejnego chłopaka z CS, pracuje do popołudnia, więc do tego czasu muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Wyruszyłam w kierunku centrum w międzyczasie poszukując jakiejś przyjaznej knajpki do zjedzenia śniadania. Żadna mi nie pasowała. Przechodząc obok Placu…. Zobaczyłam grupę ludzi. To początek free tour, czyli wycieczki

pomieście, która tak naprawdę nie jest free, ale na końcu każdy płaci tyle, ile uważa za stosowne. Przystanęłam na chwilę i po chwili okazało się, że właśnie w ten sposób spędziłam z moim plecakiem ponad 3 godziny poznając wszystkie najważniejsze zabytki miasta. To co ja będę później oglądać, jak już wszystko widziałam.

Było już po południu, czas spotkać się z moim gospodarzem. Kiedy zapytałam go gdzie jest, w odpowiedzi otrzymała tekst po hiszpańsku, czy widziałam wiadomość na CS? Jaką wiadomość i dlaczego on pisze do mnie po hiszpańsku, skoro zna angielski a ja nie znam hiszpańskiego?
Przeczytałam wiadomość na CS. Nie może mnie gościć! No pięknie! Wiem, ze na CS znalezienie czegoś podczas Semana Santa graniczy prawie z cudem. Postanowiłam nie przejmować się. Przecież mam wakacje. Na pewno coś się znajdzie. Ale najpierw śniadanie, no i plecak muszę już zdjąć, bo za chwilę odpadną mi plecy.
Podczas śniadania zarezerwowałam najbliższy i jeden z najtańszych hosteli. 22 euro za noc w samym centrum. Za 10 minut już byłam na miejscu. Byłam zdziwiona standardem hotelu. Mimo 6-osobowego pokoju, wszystko nowe, czyste i z gustem.
Prysznic i wychodzę. Jeszcze nie wiem gdzie, ale idę. Nie miałam skonkretyzowanych planów na tę chwilę. Wieczorem umówiłam się z samotnie podróżującym chłopakiem z USA na pokaz flamenco, a teraz, kiedy słońce zaczęło wyłaniać się zza chmur, chciałam jeszcze raz zobaczyć najpiękniejsze zakątki miasta. Wyszłam z ulicy i co? Procesja. Po raz kolejny podziwiałam idący orszak. Ten był wyjątkowo długi. Alberto nie kłamał. Procesje wielkopostne w Sevilli są dużo większe niż w Kordobie. Orszak szedł z kierunku Plaza de Espania, postanowiłam wyruszyć pod prąd mając nadzieję, że nikogo już tam nie będzie. Jak tylko zbliżyłam się do parku otaczającego plac, szybko zmieniłam zdanie. Tam były istne tłumy. Jak mam zrobić zdjęcie w takim tłumie. O nie! Pójdę gdzieś, gdzie nie ma ludzi. Postanowiłam uciec do Tirany.  Kiedyś dzielnica zamieszkiwana przez Cyganów,  dziś jedna z najbardziej urokliwych dzielnic Sevilli. To właśnie stąd wywodzi się flamenco.
Ledwo przeszłam przez most, a tam znów tłumy czekające na kolejną procesję. O nie! Odbiłam w boczne uliczki wracając nimi nad mało uczęszczaną część rzeki. Usiadłam  w słońcu i obserwowałam przechodzącą procesję.  Procesja znajdowała się na moście. Miałam odgrodzoną drogę do centrum. Postanowiłam spróbować przecisnąć się przez tłumy. Z trudnością przeszłam na drugi brzeg i między tłumami wróciłam do hotelu.
Jeśli całe miasto taj wygląda to chętnie wyjadę nawet dziś a najpóźniej jutro. Miałam zostać tu dwa dni, ale teraz wiem, że to zdecydowanie za długo.
Szybkie sprawdzenie CS, może ktoś ma ochotę na piwo. Odezwał się Emanuel. Jest Włochem i studiuje w Sevilli. Idziemy na piwo. Kto ostatni na miejscu spotkania, ten śpiewa piosenkę. Emanuel musiał zaśpiewać aż dwie, bo nie dość, że był ostatni, to jeszcze się spóźnił.
Poszliśmy w miejsce, gdzie turyści nie będą deptać nam po piętach. Plac nie należy do najsławniejszych. Znany jest głównie z tego, że tam właśnie osiedlili się socjaliści. Dookoła placu kilka mało zachęcających knajpek w których znajdowali się sami miejscowi. Zamówiliśmy piwo i tapas. Jednym z tradycyjnych tapas w Andaluzji, są małe ślimaki. Spróbowałam. I już na pewno nigdy więcej nie spróbuję.
Emanuel zostaje w Hiszpanii. Niestraszny mu kryzys. Uważa, że Hiszpanie przeżywają go całkiem inaczej niż w Włosi, łatwiej wychodzą z każdej opresji. Bardziej podoba mu się w Sevilli niż na jego rodzinnej Sycylii.
Nie mieliśmy dużo czasu na rozmowę, bo o 10 miałam dotrzeć na pokaz flamenco. Wyszłam pół godziny przed czasem. Przecież nie jest daleko. W moich obliczeniach czasowych nie uwzględniłam jednak procesji. Zamiast 20 minut szłam 3 godziny! I nie doszłam. Dostałam wiadomość od Seana, że spóźni się 10 minut przez korki procesyjne. Ja też spóźnię się pewnie ok. 10 minut – tak wtedy myślałam.  Przede mną prosta droga, ale co kawałek napotykałam na kolejną zaporę w postaci ludzi czekających na procesje. W pewnym momencie obydwie nawigacje w  moim telefonie zwariowały między wąskimi uliczkami. Ja też!  Nie wiedziałam gdzie jestem ani gdzie powinnam iść. Każdy kogo pytałam wskazywał inny kierunek. Obrałam azymut: Katedra. I to był mój największy błąd. Pod katedrą tłumy. Co z tego, że dotarłam do katedry, jak nie wiedziałam gdzie alej. Zresztą i tak nie wiedziałam jak przejść dookoła. Krążyłam co raz to innymi uliczkami które na końcu były zablokowane przez tłumy. W jednej z uliczek natknęłam się na sam początek procesji nadciągającej z przeciwległej strony.  Przeciskałam się między ludźmi mając nadzieję, że zdążę przed figurą. Niestety procesja przemieszczała się szybciej niż ja. Uliczka była tak wąska, że na szerokość mieściła tylko figurę i to z ledwością. Nie miałam gdzie uciekać.  Gdy figura była już na tyle blisko, że nie miałam odwrotu, przytuliłam się jak tylko mogłam najbliżej ściany. Teraz dopiero mogłam zobaczyć co to jest

procesja. Dokładnie widziałam nie tylko samą figurę, ale nawet czułam wytężony oddech mężczyzn, którzy z wielkim wysiłkiem co kilkanaście kroków znów ją podnosili. Widziałam tylko ich stopy wystające spod płachty. Przy każdym podniesieniu tłum przyglądał się z zaciekawieniem, czy znów uda im się podnieść ten olbrzymi ciężar. Niektórzy modlili się, inni ściśnięci w drzwiach kamienic, dotykali świętej figury, jakby miała przynieść im szczęście, bądź dać błogosławieństwo. Boki figury znajdowały się na wysokości moich oczy oddalone zaledwie o kilka centymetrów. Dopiero z takiej odległości poczułam moc tego całego wydarzenia. Tego, że to przecież wcale nie jest na pokaz, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Poczułam jak silną wiarę i samozaparcie muszę mieć wszyscy, którzy uczestniczą w procesjach upamiętniając drogę krzyżową. Nie potrzebnie wcześniej kierowałam się oceną tłumu, który traktował to jak coś ciekawego do obejrzenia, bez żadnych większych duchowych przeżyć. Tu naprawdę czuć było wiarę.

Procesja powoli oddalała się w głąb ulicy, a ja znów szukałam wyjścia z tłumu.
Flamenco dobiegło końca a bateria. Bateria w telefonie również. Stanęłam zrezygnowana. Przecież mieszkam tuż obok katedry. Mogę wpaść na chwilę i podładować telefon. Tylko z której strony katedry ja mieszkam. W ciągu dnia wszystko wyglądało inaczej. Przypomniałam sobie, że hostel znajduje się obok Archivo de Indias! No tak. Zapytałam o drogę. – Musisz przejść na przeciwległą stronę placu.- pomógł mi kelner z jakiejś restauracji.  Niewiele się zastanawiając znów rozpoczęłam moje krążenie i przeciskanie. Przeszłam na drugą stronę i co? Nie! To nie po tej stronie. Miałam już serdecznie dość. Pierwszy raz w życiu byłam zgubiona. I to tak naprawdę. Na placu pełnym ludzi.
Zdesperowana stanęłam w miejscu. Starałam się myśleć logicznie. Tylko bez paniki. Przecież muszę tam dotrzeć. Na resztkach baterii umówiłam się z Seanem że on dojdzie pod mój hostel. Ciekawe jak mu się to uda. Okazało się, że był tam szybciej niż ja. Byłam zmęczona i jedyne o czym marzyłam, to sen i wyjazd z tego szalonego miasta.  Jednak skusiłam się na jeszcze jedno piwo. Uciekliśmy od tłumów do Tirany. Sean  pochodzi  z Los Angeles. Sam mówi, że LA dzieli się na dwie części: sławną i nieciekawą oraz omijaną szerokim łukiem przez turystów bardzo interesującą. On pochodzi z tej lepszej. Z tej gdzie ulica uczy Cię życia, salsę tańczy się wszędzie a hiszpański i chiński to prawie języki urzędowe. Przyleciał do Hiszpanii na dwa tygodnie. Jego postanowienie podróżnicze to przez każdym odwiedzonym krajem, nauczyć się urzędowego języka. Stany już zwiedził, później całą Amerykę Południową, teraz Hiszpania. No i  na razie kończą mu się możliwości. Uczy się francuskiego i to będzie jego kolejny cel. A co później? Jeszcze nie wie. Zobaczy jak mu pójdzie z nauką języków.
Po piwie przyszła pora na dotrzymanie mojego nowego postanowienia: Salsa. Wiedziałam, że jednym ze słynnych klubów jest Azucar. Niestety po dotarciu tam okazało się, że jest zamknięty. Tak właśnie przywitała i pożegnała mnie niełaskawa dla mnie Sevilla. Uciekam jak najszybciej!
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *