Samotne podróże – kiedy raj staje się piekłem

Ten post będzie trochę inny. O podróżach, bo przecież wciąż w Hiszpanii. Jednak tym razem miasto wygląda dla mnie inaczej. Spoglądam na nie zza mojego okna i sama nie wiem, czy wolę zostać uwięziona w pokoju jak w klatce, czy wyjść na ulicę która napawa mnie przerażeniem.
Podróże nie zawsze są łatwe i bezpieczne. Wiedziałam. Niestety sama wiedza to za mało. Czasami trzeba przekonać się na własnej skórze, aby docenić to co się ma.
Publikuję tego posta prawie półtora miesiąca, po zdarzeniu, jednak emocje wciąż są silne. Długo zastanawiałam się nad tym, czy podzielić się nim z Wami, czy jednak nie. Zdecydowałam się na to, ponieważ wiem, że wśród czytelniczek jest wiele kobiet, które często podróżują samotnie. Mam nadzieję, że będziecie na siebie uważać. Pewnie łatwiej będzie Wam też zrozumieć moje kolejne podróżnicze decyzje.
Piątkowa noc, Jedna z niewielu, kiedy prawie nic nie piłam.  Obiecałam sobie, że w sobotę wybiorę się na salsę, a w piątek tylko spokojna elegancka impreza bez alkoholu i jedno piwo ze znajomymi. Na samą myśl o salsie byłam tak szczęśliwa, że nie mogłam się już doczekać. W końcu od kilku tygodniu nie było mnie w Madrycie. Tak dawno już nie tańczyłam. Jednak piątek miał być spokojny. Poszliśmy ze znajomymi na piwo.  Oni bardzo wcześnie zdecydowali, że wracają do domu. Ja  chciałam dopić jeszcze piwo. Nie miałam ochoty wracać. Zostałam z nowo poznanymi kolegami powoli sącząc moje piwo i rozmawiając. Piwo skończone. Czas wracać. Kolega zaproponował, że mnie odprowadzi. Przecież dziewczyna nie powinna sama chodzić po nocach.  Może zwykła dziewczyna nie, ale ja niczego się nie boję. Zresztą wracałam tą drogą tak często, ze nie miałam się czego obawiać. To tylko 20 minut pieszo.  Na pożegnanie jeszcze raz zapytał,  czy mnie nie odprowadzić . Podziękowałam.
Wracałam do mieszkania zaczepywana przez różnych mężczyzn. W Madrycie to bardzo normalne i nikt nigdy nie był nachalny. Tym razem częstotliwość zaczepki była większa, ponieważ miałam na sobie elegancką sukienkę i wysokie szpilki. To, co Hiszpanie lubią najbardziej. Spokojnie minęłam centrum wchodząc w ulicę Atocha, jedną z głównych w Madrycie. Wystarczyło zejść na dół i już jestem prawie w mieszkaniu. Zagadał do mnie chłopak. Pytał o jakiś klub. Porozmawialiśmy chwilę. Pewnie gdyby zapytał, czy nie ma ochoty potańczyć, poszłabym z nim. Jednak nie zapytał.
Zeszłam ulicą w dół i weszłam w wąską uliczkę. Jeszcze tylko jedno skrzyżowanie i już w domu. Na rogu wiecznie otwarty bar. Przed nim grupka facetów komentujących mój samotny powrót. Nie odpowiedziałam na zaczepkę. Poszłam dalej. Ulic była pusta i cicha. Słychać tylko stukanie moich szpilek i lekki powiew wiatru. Szłam bez pośpiechu. Nie bałam się. Nie miała czego. Tą ulicę znałam bardzo dobrze. Przecież to właśnie tu mieszkałam.  Nie mogłam przeczuwać, że ktoś mnie śledzi.
W tej cichej i ciemnej uliczce nagle poczułam złapanie od tyłu. Przez pierwszy ułamek sekundy myślałam, że to mój kolega mieszkający obok chce zrobić mi żart. Odwróciłam głowę i prawie zamarłam z przerażenia. To nie był mój kolega. Mężczyzna trzymał mnie usiłując wyrwać moją torebkę. Nie chciałam jej oddać. Zaczęłam krzyczeć w niebogłosy i szarpać się z nim.  Był wyższy i silniejszy, więc przewrócił mnie na ziemię. Wciąż się szarpaliśmy. Wszystko trwało ułamki sekund, ale ciągnęło się w nieskończoność. W pewnym momencie mężczyzna wyciągnął rękę blisko mojej twarzy. Nie czekałam ani chwili. Ugryzłam go z całych sił. W tym samym momencie zaczęły zbliżać  się światła taksówki.  Napastnik zostawił mnie uciekł w ciemność. A ja zostałam. Wciąż miałam moją torebkę. Byłam w szoku. Zaczęłam płakać . Nie wiedziałam co mam robić. Nic mnie nie bolało, wtedy jeszcze tego nie czułam.
Taksówkarz  zatrzymał się i zapytał mnie czy wszystko ok. . Chciał, żebym wsiadła do samochodu. Odmówiłam. Nie wiedziałam, czy ma dobre zamiary.  Przecież go nie znałam. Zresztą byłam u siebie pod mieszkaniem. Wróciłam do niego i dopiero wtedy zobaczyłam, że z nosa leci mi krew. Mam porozcinaną  i podrapaną twarz. Zapłakana obudziłam mojego współlokatora.  Wezwał policję i pogotowie.
Musiałam jechać  do szpitala. Już wtedy okazało się, że mam taki ból w nodze, ze nie mogę chodzić. Nie mogłam na niej stanąć. Na szczęście nie była złamana. Miało przejść po kilku dniach.
Kolejnego dnia poszłam złożyć zeznania na policję. Z bolącą nogą i całym ciałem (dopiero dziś zaczęłam czuć prawdziwy ból), musiałam wyjść  z mieszkania i przejść obok miejsca napadu. Wciąż się bałam, wydawało mi się, że każda napotkana osoba chce na mnie napaś. Z nieufnością rozglądałam się wokoło.  Z trudem dotarłam na komisariat. Na policji nikt po angielsku nie mówi, a mój hiszpański nie jest na tyle dobry, żebym mogła złożyć zeznania. Złożyłam je przez telefon, tłumaczowi angielskiemu. On przetłumaczył wszystko na hiszpański. Policjant  na komisariacie jakoś za bardzo mi nie współczuł – ale ma pani ładne zdjęcie w dowodzie, jak modelka- zagadał
– dziękuję- odpowiedziałam uprzejmie, złoszcząc się, że w takiej chwili komentuje moje zdjęcie
– a podoba się Pani Hiszpania? – nie dawał za wygraną
– teraz nie- odpowiedziałam już lekko wkurzona na jego brak empatii
– teraz wiem, ale wcześniej się Pani podobała –kontynuował swój podryw
Nie miałam ochoty z nim dyskutować, fatalnie się czułam fizycznie i psychicznie. Jego zaczepki zdecydowanie mi nie pomagały.
Wcześniej też nie – odpowiedziałam ucinając jego dalsze próby zaczepki
Wróciłam do mieszkania. Z okna widziałam miejsce, w którym to się wydarzyło. Za kilka dni miałam zmienić mieszkanie, ale do tego czasu nie miałam wyjścia. Musiałam w nim zostać, jak w klatce z widokiem na znienawidzone miejsce.
Moi przyjaciele stanęli na wysokości zadania. Ani jednego wieczoru nie byłam sama. Przywozili mi jedzenie, odwiedzali, dotrzymywali towarzystwa. Nawet jeśli w tym czasie nie byłam zbyt towarzyska. Dopiero wtedy mogłam oddzielić prawdziwych przyjaciół od tych, którzy się mną nie interesowali. Okazało się, że tych prawdziwych jest naprawdę bardzo dużo.
Noga przestała mnie boleć po 3 tygodniach, psychicznie nie ogarnęłam się z tego do dziś. Wiem, potrzebuję czasu. Tylko ja nie mam czasu, bo chcę planować kolejne podróże.  Dlatego też postanowiłam , że kolejne nie będą samotne. Przecież z kimś też może być ciekawie.
Ostatni czas spędzony w Madrycie był dla mnie jednym z najtrudniejszych w życiu. Mój mały, ukochany raj zwany Hiszpanią zamienił się w straszne miejsce, w którym nie chciałam spędzić ani jednego dnia dłużej. Chciałam wracać do Polski, do miejsca, gdzie czuję się bezpiecznie. Postanowiłam, że wracam.
Tuż przed wylotem zadzwonił telefon. Komisariat Policji w Madrycie. Znaleźliśmy podejrzanego. Musi pani przyjść na rozpoznanie. I znów powrót wspomnień, kolejne emocje,  ponowne przeżywanie.
12 dni po wypadku, noga wciąż mnie boli, a już dawno powinna przestać.  Ze strachem weszłam na posterunek. Widziałam z bliska jego twarz, powinnam bez problemu go rozpoznać.  A co jeśli pokażą go na żywo? Nie wiedziałam, czy będę w stanie spojrzeć mu w twarz.
Pokazali mi zdjęcie. Serce zaczęło mocniej bić, musiałam usiąść Przez pierwszy ułamek sekundy byłam pewna, że to on, jednak już po chwili zaczęłam mieć wątpliwości. A może to wcale nie ten mężczyzna? A jeśli pójdzie do więzienia niewinny człowiek. Porosiłam o inne zdjęcie. Pokazali mi zdjęcie z sylwetką mężczyzny. Miał 195 cm wzrostu. Byłam pewna, że  mężczyzna który mnie napadł, nie był więcej niż 10 cm wyższy ode mnie. Coraz bardziej przestawałam być pewna. W końcu powiedziałam, że to chyba nie ten.
Wyszłam z komisariatu ze ściśniętym żołądkiem. Szłam ulicą ze strachem w oczach. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że w noc napadu miałam ubrane szpilki 12 centymetrowe. Byłam zdecydowanie bardziej wyższa niż na co dzień. Nie wróciłam już powiedzieć o tym policji. Nie chciałam nigdy więcej o tym myśleć.  Wciąż złościłam się, że przecież tyle razy podróżowałam sama i nigdy nic mi się nie stało. Tylko pod moim mieszkaniem. Chciałam zapomnieć. Wyjechałam.  
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *