Quito – ekwadorska stolica problemów

Po jednym dniu w Otavalo spędzonym na samotnym spacerowaniu po górach i poszukiwaniu kondorów, których nigdzie nie było (zdjęcia z tego okresu zaginęły gdzieś po drodze), postanowiłam jechać do Quito. Plan był prosty. Na dworcu łapię autobus, który już po 3 godzinach wysadza mnie w Quito. Tam za wskazówkami mojego Coucha jadę do jego mieszkania. Nic prostszego nie może być. Jednak okazało się, że dojechałam do Quito, ale nie do tego dworca, z którego miałam rozpisane wskazówki. Poza tym i tak ciężko byłoby podążać za nimi, ponieważ brzmiały mniej więcej tak: znajdź niebieski autobus jadący do… tam patrz na prawą stronę i gdy ujrzysz stację benzynową…. Żadnych konkretnych numerów ani nazw, tylko jakieś punkty, które powinnam zobaczyć w  kompletnie obcym mi mieście. Nie miałam telefonu, ani Internetu. Na dworcu znalazłam kafejkę internetową i z niej napisałam do Luisa, że nie jestem w stanie dojechać, bo takiego autobusu wcale tu nie ma i zamierzam znaleźć jakikolwiek autobus do centrum i spać w hotelu. Pomocny Luis stwierdził, że jeśli nie poradzę sobie z dojazdem, to po mnie podjedzie, za 20 minut. Kiedy nie przyjechał po 40 minutach, zaczęło się robić zimno i ciemno, a taksówkarze co chwila pytali, czy gdzieś mnie podwieźć, znów wróciłam do kafejki.  Okazało się że Luis pojechał, ale nie na ten dworzec co trzeba – na dworzec znajdujący się po przeciwległej stronie miasta. Musiałam więc czekać ponad godzinę, aż mnie odbierze. Tak właśnie zaczął się mój czas nieszczęśliwych wypadków w Quito.

Luis jest muzycznym dziennikarzem, gra również i śpiewa we własnym zespole. Jest (jak ludzie z Otavalo) niski, ma proste włosy i kobiecą twarz. Czasami naprawdę mogłabym pomyśleć, że jest kobietą. Byłam pierwszą w jego życiu spotkaną polką i chciałam zrobić jak najlepsze wrażenie. No i niestety!

Quito to jedno z najwyżej położonych stolic świata, leży na wysokości 2700 m. n. p. m. . Byłam pewna, że problemy z chorobą wysokościową mam już za sobą ( a właściwie nigdy ich nie miałam).

Z samego rana wybrałam się do centrum. Było zimno i deszczowo. Chodziła między wąskimi uliczkami szukając czegoś ciekawego do zobaczenia. Kupiłam miejscową kartę do telefonu, która jednak już po chwili przestała działać. Znowu? Myślałam, że problemy z telefonem opuściły mnie w momencie przekroczenia kolumbijskiej granicy.

Centrum Quito jest ładne i dosyć zadbane. W odmalowanych kamienicach mieszczą się stare sklepiki z ekwadorskimi towarami. Mało kogo stać na kupno rzeczy importowanych. Z powodu kryzysu, rząd nałożył 40 % podatek na wszystko, co z importu. Za to np.: miejscowe ubrania są naprawdę okropne.

Chmurzyło się i zaczęło lać. Schowałam się w jakimś obskurnym barze, by przeczekując deszcz od razu zjeść obiad. To była zła decyzja.

Danie dnia, czyli Seco de pollo podane jak zwykle z ryżem i jakimś ziemniakiem, do tego sok i 3 dolary mniej. W pakiecie dostałam również coś, czego nie zamawiałam: Szybki bieg do toalety i dwa najbliższe dni z głowy. Czułam się okropnie. Bolał mnie brzuch, wymiotowałam, nie mogłam jeść. Kiedy później dowiedziałam się, że nawet wiceprezydent trafił do szpitala z powodu zatrucia pokarmowego, miałam dość Quito. Zimno, brzydko, bolący brzuch i do tego ludzie, którzy wydawali mi się niesympatyczni. Chciałam wyjechać.

 

IMG_88881

IMG_88941

IMG_89081

IMG_89091

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *