Mindo – w świecie motyli bez grosza przy duszy

Miałam dość Quito: deszczowo, zimno i problemy z żołądkiem. Jak najszybciej chciałam wyjechać daleko od miasta. Wybrałam Mindo. To mała turystyczna miejscowość położona trzy godziny jazdy od Quito. Sama miejscowość nie ma zbyt wiele do zaoferowania, za to jej obrzeża…. położona jest pośrodku rezerwatu przyrody – cudownych gór, wodospadów i motyli, bo znajduje się tam aż 6 motylarni.

Z samego rana pożegnałam się z moim CS i wyszłam w nie do końca znanym mi kierunku.  -Wychodzisz z mieszkania. Idziesz do najbliższego skrzyżowania i łapiesz autobus do ronda, gdzie później złapiesz autobus do Mindo – wyjaśnił CS. Wszystko takie proste. Wyszłam. Padał deszcz i było zimno, mogłam zostawić część swoich rzeczy w mieszkaniu, bo i tak gdziekolwiek bym nie pojechała, znów będę musiała wstąpić do Quito, jednak czułam, że nie chcę tam już więcej wracać. Doszłam do skrzyżowania i usiłowałam złapać autobus, jednak tak naprawdę nie do końca wiedziałam, gdzie chcę jechać. CS wytłumaczył mi to tak, że nic nie zrozumiałam. Postanowiłam spróbować z taksówką, tylko jak złapać odpowiednią, bezpieczną taksówkę. W Quito bezpieczne taksówki mają czerwoną naklejkę na szybie z napisem: Seguro oraz dwa guziki bezpieczeństwa wewnątrz. Jeśli cos się dzieje, pasażer może nacisnąć taki guzik. Do tego obowiązkowo taksometr. Wypatrywałam nadjeżdżających taksówek, które zatrzymywały się, by mnie podwieźć. Żadna nie miała naklejki. Z daleka zobaczyłam zbliżającą się taksówkę, z naklejką. Kierowca zatrzymał się, ustaliśmy cenę, która mnie nie zadowalała, jednak nie miałam ochoty już dłużej moknąć. Wsiadłam. Dopiero po chwili zobaczyłam, że w taksówce nie ma ani guzików bezpieczeństwa, ani taksometru..  Starałam się zachować spokój. Rozpoczęłam rozmowę z młodym, mało sympatycznym kierowcą, który już po chwili najchętniej pojechałby ze mną do Mindo. Miałam szczęście. Wysiadłam na rondzie. To z tego miejsca mogę złapać autobus jednak trochę się spóźniłam, bo właśnie odjechał. Teraz mogę jechać innym, ale z przesiadką. Co miałam robić – czekać. Byłam głodna, bo CS nie zapytał nawet, czy mam ochotę się czegoś napić. Kupiłam jogurt i jakieś dziwne placki. Wtedy uświadomiłam sobie, że prawie nie mam pieniędzy. Mogłam wyruszyć w poszukiwaniu bankomatu, jednak nie miałam ochoty ani siły. Bałam się też, że ucieknie mi autobus. – przecież Mindo to turystyczna miejscowość – na pewno mają jakieś bankomaty – myślałam.

Autobus przyjechał. Wpakowałam swój plecak do luku bagażowego i usiadłam gdzieś na końcu przywiązując się do małego plecaka z najcenniejszymi rzeczami. Jakby ktoś chciał go ukraść, to tylko ze mną. Zawsze tak robiłam, jednak wiedziałam też, że złodzieje przecinają plecaki i  niezauważenie wyciągają z nich cenne rzeczy.

Poprosiłam kierowcę o obudzenie mnie, jak dojedziemy do Mindo i szybko zasnęłam. W międzyczasie obudził mnie pan zbierający opłatę za bilety. 2 dolary. W portfelu został mi jeszcze 1,5.  Oby tam był bankomat.

Dojechaliśmy na miejsce. Tam przesiadka, do taksówki, która kosztowała 50 centów od osoby. Zapytałam taksówkarza o bankomat. –Bankomat jest, ale chyba nie działa z obcymi kartami. Kiedyś były 3, ale zmieniający się rząd zabrał bankomaty ze sobą. Na ten, który został, nie liczyłbym. Jeśli się okaże, że nie działa, możesz wziąć taksówkę za 8 dolarów do najbliższego miasta, które nazywa się Los Bancos (chyba wiem dlaczego)- odpowiedział.  Lepiej, żeby ten bankomat działał!

Na miejscu zaczęłam od hostelu. Weszłam do pierwszego lepszego, który był  tani ale nie miał Internetu.. Za 8 dolarów miałam swój własny pokój. Zresztą wcale nie chciałam być sama w pokoju, bo niby jak miałam tak kogoś poznać. Rzuciłam swoje rzeczy na łóżko i wyszłam w poszukiwaniu bankomatu. Jest! Wkładam pierwszą kartę. Nie działa. Czasami tak się zdaża. Wkładam drugą. To samo. Podchodzi do mnie ochroniarz wyjaśniając, ze raczej nic z tego, Nie poddaję się, sprawdzam trzecią kartę. Nie działa. Muszę jechać do Los Bancos. Zła na siebie idę poszukać autobusu, Nie zapłacę przecież 8 dolarów za przejazd. Autobus przyjechał za godzinę. 50 centów. Zostało mi jeszcze 50 a muszę złapać kolejny autobus. Co jeśli będzie kosztował więcej. Nie miałam odwagi zapytać o cenę.  Siedziałam tak myśląc, że jeśli będę miała niewystarczająco pieniędzy poproszę kogoś o pożyczenie. W Los bancos oddam. W autobusie poznałam chłopaka, który w Peru stracił wszystko. Złapał nocy autobus na który napadli. Nie został mu nawet paszport. Żadnych dokumentów, żadnych pieniędzy. Nie poddał się i podróżuje dalej, a ja przejmuję się pustą kieszenią. Jakoś sobie poradzę.  Zapłaciłam za autobus dokładnie 50 centów. Zostałam bez przysłowiowego grosza przy duszy i to dosłownie. Na początku podróży miałam schowane dolary na „czarna chwilę” ale już dawno je wydałam. Teraz w całym plecaku miałam tylko 10 euro, 50 funtów i 20 soli. Nic użytecznego.

Cała podróż po pieniądze zajęła mi prawie 4 godziny. Wiedziałam, że z mojej własnej głupoty. Nigdy więcej do tego nie dopuszczę!

Wróciłam do Mino.  Pogoda nie była zła, ale zachmurzone niebo nie zwiastowało nic dobrego. Mimo wszystko postanowiłam pospacerować po okolicy. Może chociaż zobaczę motyle. Po  15 minutach spaceru zaczęło lać. Powinnam zawrócić, ale właściwie w hotelu bez neta nie miała żadnego zajęcia. Szłam dalej. Nie przeszkadzał mi deszcz. Przecież się nie rozpuszczę. Przeszkadzało mi natomiast to, że w mariposarium powiedzieli, że w taka pogodę, nie zobaczę zbyt dużo motyli. Powinnam wrócić, jutro jak będzie słonecznie (jeśli będzie). Zaczęłam więc iść z powrotem. Deszcz przestał padać. Szłam powoli napawając się każdą chwilą z dala od miasta. Byłam pewna, że wcale nie jestem miejską dziewczyną… wolę ciszę i spokój.

Minął mnie samochód, który zatrzymał się tuż przede mną. Młody chłopak zapytał czy mnie podwieźć. Tak naprawdę chciałam pospacerować, jednak miałam ochotę na rozmowę z kimś. Zgodziłam się.. V też przyjechał zobaczyć motyle. Wraca do Quito z nad morza i postanowił zajechać na kilka godzin. Ma własną firmę budowlaną, która robi drogi, za to od kilku lat nie ma wakacji, bo ciągle tylko praca i praca.

-rzuciłaś pracę, żeby podróżować? – pytał z niedowierzaniem. Jak to możliwe? – i nie przejmujesz się gdzie będziesz spała, ani w jakich warunkach żyjesz? Wszystko co masz, jest w jednym plecaku? Nie boisz się? Nigdy nie spotkałem podróżnika – jego oczy otwierały się coraz bardziej słysząc o moim codziennym życiu, który dla mnie był normalnością, dla niego czymś nierealnym.   Pewnie dlatego zdziwiłam się tak bardzo, kiedy usłyszałam od  niego – pojadę z Tobą nad morze. Dawno nie miałem wakacji i chyba mi się należą. Zresztą, świat się nie zawali, jak spędzę weekend poza pracą. Zanim wyjechaliśmy nad morze V musiał znaleźć miejsce do spania w Mindo. Z basenem – oczywiście. Długo wybrzydzał, aż w końcu znalazł odpowiedni hotel z widokiem na rzekę i wielkim basenem, z którego później wcale nie skorzystał. Ale przecież go miał. Wiedziałam, że będzie „wesoło”. Ja na pewno nie zmienię swojego stylu życia na ten weekend i nie pójdę spać do hotelu. Pokaże mu prawdziwe życie podróżnika.  Zresztą i tak mnie na to nie stać, więc motywację miałam podwójną. Spędziliśmy w Mindo noc i z samego rana pojechaliśmy do mariposarium majac nadzieję, że uda nam się zobaczyć latające motyle. Pogoda wciąż była brzydka, jednak nie mogliśmy dłużej czekać.

 

IMG_89321

IMG_89181

IMG_90801

IMG_90521

IMG_90161

IMG_90101

IMG_89841

IMG_89711

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *