Martynika,Paryż- jak to wszystko się zaczęło

Tak szczerze to jeszcze niedawno nie wiedziałam gdzie to jest. Niedawno, czyli 6 miesięcy temu kiedy pojawił  się błąd linii lotniczych i kupiliśmy bilety za niecałe 1000 zł. Tanie bilety gdzieś daleko. Nie ważne gdzie. Byle było ciepło. Kupujemy. 
Ach, jak tego żałowałam. Że daleko, że życie tam za drogie, że nie ma hostelu, że przeciętna cena noclegu to ok 80 euro.  Jak sprawdziłam w kalendarzu, że to okres świat, to miarka się już przebrała. Jak powiem rodzicom ze nie przyjadę na kolejne święta? Na szczęście przyjęli to całkiem gładko.
 
 Sześć miesięcy szybko minęło i zanim się obejrzałam, trzeba był się pakować. Przecież nie wiem o wyspie kompletnie nic. No cóż. Dowiem się na miejscu.
Nasz lot był z Paryża. Kupiliśmy bilety do Paryża na dzień wcześniej i tam znaleźliśmy nocleg na couchserfingu. To było moje pierwsze doświadczenie w nocowaniu u kogoś. Zawsze to ja przyjmowałam gości. Tym razem chciałam skorzystać z gościnności innych. Słowo gościnności jest tu zdecydowanie nadużycie. Dlaczego? O tym za chwilę.
 
Przylecieliśmy do Paryża, a tak dokładnie na lotnisko Paryż Beavous, czyli lotnisko oddalone 80 km od miasta. Autobusem jechaliśmy 2 godziny. Wypadek na drodze i trochę się przedłużyło. Paryż nie przywitał nas miło. Deszcz, zimno, a ja bez żadnych ciepłych ubrań. Tylko takie, żeby między lotniskami przeżyć. Brr, jak zimno, jeszcze do tego ten deszcz. 
Wysiedliśmy na przystanku i co dalej? Hmm, co prawda dostaliśmy wiadomość od naszego gospodarza z instrukcją dojechania do niego, ale nie było w niej nic na temat przedostania się z dworca autobusowego na kolejowy. Mięliśmy zrobić sobie zrzutę z googlemaps. Nie zrobiliśmy. Nie wiedzieliśmy nawet gdzie jesteśmy. Weszliśmy do pierwszej lepszej galerii handlowej i tam spytaliśmy Francuza o drogę. Jego angielski był typowo francuski jednak chłopak bardzo usiłował nam pomoc. Gdy okazało się, że nie jest w stanie, podszedł do pierwszego lepszego sklepu. Właścicielka znała drogę, ale jej francuskie zdania niewiele nam pomogły. Na szczęście babka poszła szukać pomocy u pracowników. – czy ktoś tu mówi po angielsku- zaczęła krzyczeć przez cały sklep. -ingles, ingles- długo nie musiała. Gdzieś z konta odezwało się- ja, ja mówię, ja, ja! – jakby głos małego dziecka chcącego chwalić się swoimi umiejętnościami. To jakiś młodzieniec ochoczo chciał pomoc.  Pomógł. Dojechaliśmy bez większych trudności. Przynajmniej tak nam się wydawało.
 
Na miejscu nasz gospodarz, (nazwę go G), więc Pan G, nie wyszedł po nas.  Wysłał swoją dziewczynę. Niby nic w tym dziwnego.  Weszliśmy do małego, jednopokojowego mieszkania z psem, kotem i 4 dziewczynami. Tylko gdzie jest Pan G? Był w kuchni, tzn za ścianą salonu, bo kuchnia była w aneksie. Zamiast przywitać się z nam, co zrobił? Dał mi zjebkę. Jak  mogłam się tak zachować. Powinnam być już 2 godziny wcześniej. Gdybym stosowała się do jego instrukcji już dawno bym tam była, 3 godziny spędził w kuchni a nas nie ma, a przecież czekają na nas z kolacją. Na nic tłumaczenia że korek, że trochę się zgubiliśmy. Pan G wielce obrażony. Miałam ochotę zabrać plecak który z trudem udało mi się wcisnąć do małego przedpokoju, trzasnąć drzwiami i wyjść. Nie wiem co mnie powstrzymało, to że na dworze zimno jak cholera a nie mieliśmy się gdzie podziać, czy może to, ze Pan G do główny moderator coutchserfingowców w Paryżu i nie chciałam dostać od niego negatywnej opinii. Na pewno sytuację trochę złagodziło przyjazne spojrzenie dziewczyny pana G, która jakby mówiła: nic się nie przejmuj,On tak ma. Drzwiami nie trzasnęliśmy.
 
Okazało się, że pozostałe dziewczyny to jakieś koleżanki pana G oraz coutchserferka z Courk. Przecież on ma tylko jedno dodatkowe łóżko i nierozkładaną kanapę. Ciekawe gdzie mamy wszyscy spać. Uwierzcie mi, nie mam dużych wymagań,ale mieszkanie Pana G i atmosfera w nim panująca zdecydowanie nie nastrojach przychylnie. Posadzi nas przy oddzielnym stole, tyłem do pozostałych, bo przy ławie nie było już miejsca. A przecież mogli wszyscy usiąść przy stole. To nie, musiał pokazać swoją złość. Wyższość nad nami. Dostaliśmy przystawki, całkiem smaczną sałatkę i tosty ze specjalnym smalczykiem. Do tego wino z 1999 r. Uwierzycie? Jak pan G pokazał mi rocznik, nie wiedziałam, czy mam się zachwycać, że takie młode, czy takie stare. Podobno to jego ulubione. A przecież to znawca alkoholi. Dla mnie było co najmniej cienkie, zajeżdżało siarką i gdyby nie fakt, ze na trzeźwo ciężko było wytrzymać w jego towarzystwie, pewnie nie tknęłabym tego wina. Wszystko mu przeszkadzało, że kieliszek źle trzymam, że Damian wcale nie pije. Nie umiał szanować jego woli i za wszelka cenę usiłował namówić do wypicia wina. Naprawdę miałam tego dość. 
 
Danie główne podano. Tradycyjne francskie kiełbaski, do tego Fasolka po bretońsku i smażone ziemniaczki. Trzeba poznawać narodowe kuchnie. Muszę przyznać, że gotuje całkiem całkiem, ale za nic nie chciałabym jeść tego ponownie. 
 
Krystin pozmywaj naczynia, Kristin podaj talerze. Biedna dziewczyna wykonywała wszystkie jego polecenia, a on, wielki pan i władca uwalił się na fotelu z dziurawymi skarpetami całymi w sierści zwierząt założonymi prawie na ławie. Ohyda.  Jakby tego było mało, pan G rozmawiał ze swoimi znajomymi po francusku a nas z angielkę pozostawił samych sobie. Przechodził tylko na angielski gdy chciał przypomnieć jaki to jest na nas zły i jak fatalnie się zachowaliśmy. Ach moje opanowanie. 
 
Ach i najważniejsze. pan G uchodzi za wielkiego uczynnego człowieka. Przyjął ponad 300 osób na nocleg. A gdzie jest myk? Obowiązkiem każdego przyjaznego jest uczestniczenie w kolacji u niego. On gotuje codziennie. Kolacja bynajmniej nie jest darmowa. Na jego profilu poza setką innych zasad i zakazów jest informacja, że zarzucamy się po 5 euro na składniki. Spoko, przecież szanujemy to, że gotuje dla nas. Jak się jednak okazało, 5 euro nagle urosło do 10, bo przecież składniki dużo kosztowały, on spędził 3 godziny w kuchni no i te drogie wino. Jak mam tyle zapłacić, to niech mi jeszcze doleje tego wina! I jeszcze innego, no i prawdziwego szampana. A co! Niech się podzieli swoją kolekcją. Nie dam na sobie zarobić. Oczywiście 10 euro to też nie jest dużo za dwudniowy kolacje z deserem jednak on tą kolacje i tak gotował dla siebie, a deser przyniosła koleżanka. Co noc trzech gości, to może mieć z tego mały nieopodatkowany biznes. Może ja też będę swoim gościom serwować makaron z sosem za 15 złotych, albo jakieś polskie pierogi kupione w biedronce.
 
Pan G bardzo chciał nam pomoc dojechać kolejnego dnia na lotnisko. Nawet poszedł z Damianem kupić bilety do automatu. Jak się  okazało,  pomógł nam tak, ze bilety które miały być na całą drogę okazały się tylko na metro. A dalej trzeba kupić na autobus za kolejne 7 euro. A przecież mówił, ze na pewno nie będą potrzebę kolejne. Ne damy sobie zepsuć wakacji jakiemuś panu G. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *