Martynika- plażowo

Wstaliśmy o 4.  Nie dlatego, ze mięliśmy ambitne plany. Damiana cięły komary a ja przyzwyczajona do Polskiego czasu. Śniadanie na tarasie. Krótka ulewa i  znów świeci słońce. Długa pogawędka z Philipem i możemy zwiedzać wyspę. A to dopiero 9. Wychodzimy. Philip zatrzymał nas przy drzwiach. Hola, hola, a gdzie macie coś na głowę. Koniecznie kapelusz. Najlepiej duży. Nie mieliśmy nic. Przecież jest taka ładna pogoda. -Zobaczycie jak wam słońce przypiecze- mówi. A smarowaliście się kremem- pyta. -Musicie smarować się co dwie godziny- doradza. A my krem zostawiliśmy w pokoju. Bo poco mamy go nosić. Ledwo doszliśmy do miasta a już byliśmy spieczeni. A to dopiero początek dnia. 
 
domy w Fort de France
 
Popłynęliśmy promem na plażę w Pointe de Bout.  Pieszo za daleko, a promem tylko kilka minut. Plaża piękna.  Z brzegu widok na  Fort de France. Małe zatoczki otoczone kamieniami od fal i wiatrów. Pod nogami piasek parzy w stopy a woda tak cudowna, że jak weszliśmy do niej, to wyszliśmy wieczorem. Oczywiście  z przerwami na spacery po okolicy. Ale poza hotelami i pustymi uliczkami nie było tam nic ciekawego. Wszyscy woleli klimatyzowane pomieszczenia niż wieczny upał. Tak, tu jest gorąco. 
 
widok na Fort de France
Plaża w Pointe de But
 
 
Na plaży też było mało ludzi. Więcej pojawiło się dopiero po południu. Jakiś miejscowy strząsał kokosy z palm. Wielką maczetą rozcinał skorupę pozując przy tym do licznych zdjęć. Kokosy sprzedawał za co łaska. To się nazywa pomysł na biznes. Za kokosy nie płaci bo przecież miejskie na plaży. Poświęca tylko swój czas. . Kokos był pyszny, świeże orzeźwiające mleczko i miąższ do wyjedzenia, jednak myślę że kokosów na tym nie zarobił.
 
sprzedawca kokosów
 
Czekając na prom do Fort de France pomyślałam, ze zadzwonię do właściciela mieszkania w którym mieszkam. Przyszedł do niego list. No to dzwonię. Dopiero słysząc jego zasypany głos uświadomiłem sobie, ze przecież tu jest 18, a w Polsce 23… Yyy, nie chciałam go obudzić. Żadnych więcej telefonów do Polski.
 
Wróciliśmy do miasta dopiero wieczorem. Popłynęliśmy pustym promem. Prom jest tu zamiast autobusu. Bo tak szybciej i wcale nie drożej. Wieczorem tłumy wracają z miasta bo przecież tam pracują. Ale do miasta nikt już nie chce.
No więc płynęliśmy sami. Usiedliśmy na górze i podziwialiśmy przepiękny zachód słońca. Słońce rozświetliło całe niebo tworząc przy tym cudowne barwy nieba, chmur i oceanu.  Gdzieś w oddali samotna Łódź, która nie wpłynęła do portu. Usypiające już życie w mieście…
 
 
 
Kolację zjedliśmy wspólnie z Philipem. Zrobiliśmy wymianę Alkoholi. W zamian za gościnność podarowaliśmy mu gorzką  żołądkową. Philip poczęstował mnie rumem. Bo to przecież  ich miejscowy alkohol. Wow, to ma przecież 50 procent a oni piją go tylko z małą ilością syropu i limoką. To nie na mój przełyk. Za to on ił naszą polską żóbrówkę. Żóbrówka z sokiem jabłkowym jakoś mu nie podeszła, żóbrówka z syropem i limonką, żóbrówka z rumem i sokiem, żóbrówka z samą limonką. Sto sposobów picia żóbrówki.
Pozcęsował mnie też tradycyjnym daniem, tzn, tylko mnie bo Damian bał się nowości kulinarnych. gotowane banany, ogórek i pieczony ryba. Spodziewałałam się, że banany będą słodkie a smakowały jak ziemniaki, tylko trochę niedosolone. Jadłem też małe ciemne kiełbaski. Okazało się, że to taka Polska kaszanka, tylko ze zmielonymi składnikami. Pycha.
Philip pozowolił nam zostać ile tylko chcemy. Dla nas super, a dla niego to jakaś odmiana. Jak sam powiedział, to goście czasami mobilizująco go do wstawania z łóżka. No więc wszyscy jesteśmy szczęśliwi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *