Karnawał w Baranquilli – porwani przez tłum

Niedziela. Drugi dzień karnawału w Barranquilli. Dzisiaj kolejna wielka parada. Aby się na nią dostać, trzeba kupić bilety dużo wcześniej, Jednak Carlos załatwił je od znajomych, którzy bilety mieli, ale wybrali koncert  Principe Rios niż paradę karnawałową. Parada powinna rozpocząć się o 1. Już godzinę wcześniej zasiedliśmy na trybunach wyszukując odpowiedniego miejsca w cieniu, bo w końcu na słońcu prawie 40 stopni!. Czekamy. Całe rodziny przybywają, by obejrzeć słynną paradę, która za chwilę powinna tędy przejść. Powinna, ale wciąż nie przechodzi. Pół godziny opóźnienia, godzina, półtorej… zaczęłam się niecierpliwić, szczególnie, że w czekaniu nigdy nie byłam najlepsza. Znudziło mi się już przyglądanie się miejscowym i turystom poprzebieranym w najdziwniejsze stroje, zaczęłam tańczyć, ale to też mi się znudziło. Co chwila na ulicę, przez którą miała przejść parada wychodzili jacyś miejscowi artyści
pokazując sztuczki i zbierając za to monety. Gdzie ta parada?
Z dwugodzinnym opóźnieniem głośna muzyka i wielki transparent oznajmiły jej rozpoczęcie. Zaczęło się! Ze zniecierpliwieniem czekałam na wielkie szoł,  jakie
miało się odbyć. Po kolei szli tancerze ze swoimi zespołami muzycznymi.. ballenato, ballenato… ballenato… mało kto tańczył coś innego . Nawet stroje
niewiele się różniły. Dużo bardziej rzucały się w oczy transparenty z nazwami firm sponsorującymi paradę niż sami tancerze…. Carlos ziewał… to też jego
pierwszy karnawał w Barranquilli, pochodzi z Cali a tutaj mieszka tylko z powodu Uniwersytetu, na którym przeprowadza swoje badania. Miał zdecydowanie wyższe oczekiwania, ja również. Chciałam jednak poczekać na rozwinięcie się akcji. Niestety nic się nie zmieniło. Po godzinnym oglądaniu tego samego zdecydowaliśmy się ewakuować. Wyszliśmy na ulicę wypełnioną dźwiękami salsy i miejscowymi obrzucającymi się mąką.  – Patrz, obsypują się mąką – powiedział Carlos. Zanim pomyślałam, zaczęłam uciekać i to był mój największy błąd. Dzieci widząc moją ucieczkę zaczęły nas gonić. Już po chwili wszyscy byliśmy biali… śmiałam się, a zarazem złościłam, bo w tym upale nie chciałam chodzić z mąką na twarzy i we włosach. Postanowiliśmy wrócić do mieszkania, żeby się umyć. Zresztą i tak nie mieliśmy ciekawszego zajęcia. Karnawału mieliśmy dość. Czyści zastanawialiśmy się co mamy ze sobą zrobić.

– chcesz jechać na palżę, zobaczyć klif, jechać do Kartageny? – rzucał propozycję Carlos, aby znaleźć mi jakieś ciekawe zajęcie.
-Chcę jechać w góry – odrzekłam bez zastanowienia.
– W góry pojedziemy jutro, jeśli chcesz, a dzisiaj możemy zrobić coś innego – uśmiechnął się mój CS
– serio? – zapytałam z niedowierzeniem-  pojedziemy jutro w góry? W miejsce, gdzie mogę odpocząć od całego karnawału? Tylko z przyrodą? I Ty masz wolny czas, żeby ze mną jechać? – dopytywałam
– zabiorę Cię w miejsce, które na pewno Ci się spodoba, a teraz chodź, zobaczymy klif- zaproponował
Pojechaliśmy zobaczyć klif znajdujący się w okolicach Barranquilli. Wiało i to za bardzo, ledwo utrzymywałam się na nogach walcząc z wiatrem, aby nie
zdmuchnął mnie w przepaść.
– mogę prowadzić? – zaśmiałam się, kiedy wracaliśmy do samochodu. Zawsze o to pytam i przyzwyczaiłam się do odmów, które najczęściej słyszę
– jasne – powiedział Carlos dając mi kluczyki, tylko nie jedź za szybko.
Znów popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. Czy on nigdy nie przestanie mnie zadziwiać? Szybko wzięłam kluczyki, zanim przypadkiem zmieni zdanie. Usiadłam na siedzeniu kierowcy, w jego Jeepie, w końcu jest biologiem, potrzebuje odpowiedniego samochodu do jazdy w góry – zaczęłam prowadzić. Na początku bardzo niepewnie, bojąc się o samochód i o wszystkie szalone motocykle, które co chwila mijaliśmy. Po chwili już bardziej pewnie.
– jesteś świetnym kierowcą – stwierdził – jutro przetestujemy Twoje umiejętności w terenie a teraz jedziemy tańczyć.
Dzisiaj znów postanowiliśmy znaleźć salsę. Chodziliśmy i jeździliśmy po klubach, ale wszędzie tylko mix…
-masz jakiś pomysł- zapytał Carlos nie znając więcej salsowych miejsc
-mam, choć, pokażę Ci – odpowiedziałam
Zawiozłam go do najbardziej słynnego, karnawałowego klubu, do którego on koniecznie nie chciał wcześniej iść z powodu tłumów. Ludzie byli wszędzie, nie tylko w klubie, ale też na kilku ulicach otaczających klub. Przeciskaliśmy się przez pijanych i tańczących imprezowiczów i dotarliśmy do całkiem przyjemnej przestrzeni w środku klubu. Zawsze tak jest, że jak już przeciśniesz się do środka, to jest zdecydowanie więcej miejsca. Porwał nas rytm szalonej, karnawałowej muzyki, nie tylko ballenato, ale salsa, champeta, bachata… wszystko, co tylko można sobie wyobrazić. Tym razem nie przeszkadzała nam wszechobecna mąka i piana. Bawiliśmy się świetnie.

IMG_20150215_1538531

IMG_20150215_145055

IMG_20150214_162525

IMG_20150214_162425

 

 

IMG_6895

IMG_6899

IMG_6901

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *