Hiszpania-Walencja, dzień wspólnoty walenckiej

Kolejnego dnia wstaliśmy wyjątkowo wcześnie. Ledwo wyszliśmy za zewnątrz, a już zalały nas tłumy idące na “Plac Dziewicy”. 
 
wachlarz pozwala oddychać, gdy  na dworze 37 C
 Okazało się, że nocne fajerwerki były z okazji Dnia Wspólnoty Walenckiej. I to właśnie dziś jest ten dzień. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy ile atrakcji czeka nas tego dnia.
Wybraliśmy się na śniadanie do ulicznej kawiarni. Kanapki z wystawy wyglądały przepysznie, ale za nic nie mogliśmy dogadać się z właścicielką czy chcemy na ciepło czy zimno. Nie mówiła po angielsku i była z tego dumna. A po co jej angielski? J Z pomocą przyszła jej córka, która po angielsku znała pewnie tyle co my po hiszpańsku. Zamówiliśmy kanapki na „caliento” i filiżankę kawy, bo przecież bez niej nie rozpoczynam dnia.  Zjedliśmy kanapki. Co prawda ja zjadłam pół bułki wypchanej po brzegi szpinakiem i serem i już pękałam z przejedzenia. W takich chwilach Damian jest zawsze blisko i pomoże w potrzebie. J
 
przepyszne kanapki
 
Właścicielka podeszła, żeby sprzątnąć ze stolika i z uśmiechem powiedziała: finito nosotros entendimos, co w moim tłumaczeniu znaczy: przecież i tak się zrozumieliśmy. No tak. Po co uczyć się języków skoro zawsze można się porozumieć.
Po pysznym śniadaniu podążyliśmy za tłumami. Okazało się, że wszyscy czekają  na paradę. A było na co czekać. Paradę rozpoczynali jeźdźcy na koniach, ubrani w tradycyjne mundury. Za nimi jacyś na pewno ważni ludzie. Pewnie władze miasta. Później przedstawiciele wojska, torreadorzy, orkiestra dęta, przedstawiciele policji w ciemnych okularach i z poważnymi minami. Na przemian szły władze kolejnych miast wspólnoty walenckiej z orkiestrami i pannami ubranymi w przepiękne suknie. Najbardziej zainteresowały mnie te suknie. Dziewczyny same je sobie kupują, nikt ich nie sponsoruje. A suknie nie są tanie, kosztują ok. 2 tysięcy euro. Jednak marzeniem każdej dziewczynki i dziewczyny w Walencji jest możliwość uczestniczenia w paradzie w takiej właśnie sukni.
uczestnictwo w paradzie to marzenie każdej dziewczyny
 
Za oficjalną paradą ciągnęły się również te mniej oficjalne i dostojne. To Walencjanie manifestujący przeciwko przyłączeniu Walencji do Katalonii. Czują się Walencjanami i Hiszpanami, ale nie Katatalończykami.
Demonstranci maszerowali w dźwięk bębnów zatrzymując się co jakiś czas, aby wszyscy przechodnie mogli ich zobaczyć. Mieli ze sobą dużą hiszpańską flagę, flaga niesiona, flaga przywiązana do pleców, flaga na patyku… flaga, flaga…. Dużo flag….. Nawet małe dzieci ubrane były w narodowe barwy. Doszło do przepychanek z policją. Czas się zbierać. Walencja jest piękna ale jeszcze nie zadomowiłam się w niej na tyle, aby demonstrować o jej niepodległość.
 
 
Było 37 stopni. Czułam się jak ryba w wodzie. Postanowiliśmy lekko się orzeźwić. Wyruszyliśmy nad morze. Wydawało się, że jest bliżej, jednak po przejściu 6 km, czuliśmy każdy mięsień naszego ciała. Trzeba było pojechać autobusem. Nie żałowaliśmy.
Piasek parzył w bose stopy, na plaży prawie pusto, najwidoczniej miejscowi znaleźli sobie inny sposób świętowania niepodległości. Woda również była ciepła. Aż nie chciałam z niej wychodzić. To pierwszy taki leniwy dzień na tych wakacjach, leżeliśmy, zajadaliśmy się świeżymi owocami, popijaliśmy winem, tzn jakimś tutejszym tanim sikaczem i leżeliśmy plackiem na plaży. Mogłabym zostać tam na wieki.
Wieczorem wybraliśmy się na salsę, jej znalezienie wcale nie było trudne. Po odwiedzeniu imprezy erasmusowej w jakimś studenckim klubie w końcu znaleźliśmy się w Johnym Morrisonie- salsowej kanjpce. Trochę pustawa, ale fajna muzyka i miejsce do tańczenia. Już poczułam się jak w domu.
 
idziemy na salsę, a co!
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *