Hiszpania- stopem na Montserrat

 
Kolejny dzień, kolejne czosnkowe śniadanie, a przeziębienie nadal nie mijało. Tego dnia wybraliśmy się stopem do Monsterrat, najwyższych gór położonych w okolicy Barcelony. Kupiliśmy bilet do ostatniej stacji metra za całe 2 euro a dalej stanęliśmy na wyjeździe z miasta trzymając w ręku kartkę z nazwą miejsca docelowego.  Nie musieliśmy długo czekać.  Za chwilę zatrzymał się jakiś nie do końca miejscowy hiszpańsko-niemiecki tubylec który nadkładając ponad 10 km podwiózł nad pod sam szlak . Nie byliśmy szczególnie przygotowani do wejścia. W laczkach i tenisówkach wejście wcale nie było takie łatwe. Ponad 30 stopniowy upał wcale nam w tym nie pomagał. Szlak wiedzie od strony południowej więc cały czas byliśmy wystawieni na piekące słońce bez możliwości schowania się pod jakimkolwiek krzaczkiem. Po długim i męczącym „spacerze” udało się dotrzeć do wysokości kolejki linowej, którą wjeżdżają Ci starsi i mniej wytrwali turyści. Czas na kanapkę i ruszamy dalej. Zaczęło brakować mi sił, a droga pod górę wcale nie była łatwa. Każdy stawiany przeze mnie krok, w promieniach pełnego słońca był walką z samą sobą. Tak łatwo się nie poddałam. Zacisnęłam zęby. Dotarliśmy na sam szczyt. Widoki były nieziemskie.
 
zdobycie szczytu to  walka z własnymi słabościami
 
Siedząc na skale podziwialiśmy dwa latające jastrzębie, którym obecność turystów jakoś nie przeszkadzała. Latały tak między wzgórzami unosząc i się i opadając co rusz. Ach gdyby tak być ptakiem i móc ulecieć gdziekolwiek tylko bym chciała….
Czas wracać. W dół schodziliśmy szlakiem, który przechodził przez sanktuarium. Jakie? Dokładnie nie wiem, ale wydaję mi się, że nosiło nazwę Mosserrat.
Monestir de Montserrat
 
 

 



Autostop

 
 Chwila na modlitwę i mogliśmy wyruszyć dalej. Czas na złapanie stopa.
Przygotowaliśmy magiczną kartkę z napisem: Barcelona i zaczęliśmy schodzić z góry drogą dla samochodów.
 
zawsze mieliśmy ze sobą zapas kartek

 

 
 
 Nie było tam chodnika. Droga wiodła tylko do sanktuarium więc liczba samochodów była ograniczona. Te które nas mijały i się nie zatrzymały najwidoczniej nie jechały w naszym kierunku. Wtedy jeszcze naiwnie tak myśleliśmy. Idąc tak w promieniach słońca usłyszeliśmy muzykę dochodzącą z dołu wzgórza a chwilę później czarnego golfa z przyciemnianymi szybami wjeżdżającego pod górę. Wewnątrz dwóch młodych chłopaków. – Oni nas podwiozą jak będą wracać- z uśmiechem powiedział Damian. Jasne- pomyślałam, może gdybym była sama, to tak, ale nie są to kolesie z typu „pomocni”. Nikt nie jest nieomylny.
Kilka minut później siedzieliśmy zapakowani do czarnego golfa. Ani pasażer, ani kierowca nie mówili po angielsku, jednak moim łamanym hiszpańskim dowiedziałam się, że jadą tylko na dół góry, do miejscowości obok i do Barcelony na pewno nas nie podwiozą. Zgodziliśmy się bez zastanowienia, zawsze to bliżej „domu”.
Wsiedliśmy do tyłu. Obok kierowcy stała puszka Red Bulla a obok pasażera szklanka ze świeżym mochito. Mam nadzieję, że kierowca go nie pił-pomyślałam- bo chciałabym cała zjechać z tej góry.  Z dźwiękiem hiszpańskiej , klubowej muzyki zaczęliśmy zjeżdżać w dół.
Pomocni chłopcy nie byli Hiszpanami, a angielskiego nie uczą się, bo jest im niepotrzebny. Mają znajomych studiujących w Polsce i uważają, że Polacy są super. Co za ulga! 
 
Zjechaliśmy na dół i czekaliśmy, aż kierowca zatrzyma samochód i wysadzi na na poboczu. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zamiast zjechać do pobliskiej miejscowości jechali dalej w stronę Barcy. Był sobotni wieczór, świetny czas na obcinę w stolicy Katalonii. Podwieźli nas na sam Plac Catalunya który tętni nocnym życiem. Z dźwiękiem głośnej muzyki pojechali obcinać piękne hiszpanki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *