Hiszpania-autostopem do Walencji, cel osiągnięty

 
Stały scenariusz naszego wyjazdu to wstawanie dużo później niż dzwonił budzik. Tym razem było tak samo. Doba hotelowa trwała do 12. Z trudem udało nam się ogarnąć o 12.30. Nie wiedzieliśmy co robić tego dnia. Zostać w Tarragonie, poleniuchować na plaży, obejrzeć rzymskie pozostałości, czy dalej nieustraszenie stanąć na autostradzie, żeby jednak dostać się do Walencji. Postanowiliśmy pomyśleć o tym przy śniadaniu na plaży. Okazało się, ze w poniedziałkowe południe na plaży są prawie sami emeryci. Dzięki temu mieliśmy dużo miejsca na rozłożenie naszego pikniku. W menu były codzienne kanapki, jednak przygotowanie ich na plażowym ręczniki, bez używania jakichkolwiek sztućców było niemałym wyzwaniem. Na szczęście udało się i mogliśmy spodnie rozkoszować się kanapkami, w najlepszej restauracji na świecie – na hiszpańskiej plaży. Tego dnia woda była bardzo ciepła, aż miałam ochotę na  leniuchowanie. Na szczęście postanowiliśmy inaczej. Po spacerze przez miasto, które nadal wyglądało na wymarłe i wypiciu kawy w Macu, o 16 wyruszyliśmy w kierunku autostrady w poszukiwaniu dalszych przygód.
 
świeże mandarynki na moich uszach
 
Z naszego hostelu do autostrady było tylko kilkadziesiąt minut pieszo więc znów obeszliśmy się bez używania komunikacji miejskiej. Stanęliśmy przy wjeździe na autostradę, tuż za rondem mając nadzieje ze ktoś z wyjeżdżających z miasta, akurat będzie jechać do Walencji bądź chociaż do miasteczka oddalonego o 100 km…. Kierowcy samochodów uśmiechali się tylko na nasz widok i kiwali głowami, ze nikt z nich nie jedzie tak daleko. Może powinniśmy podjechać chociaż do stacji benzynowej i tam popytać kierowców czy nas podwiozą. Prawdopodobieństwo odmowy było znikome, ale jak dostać się na stacje. Zamiast nazwy miasta napiszemy „stacja benzynowa”. W przewodniku sprawdziliśmy jak to napisać. Podczas kiedy Damian robił nowy napis, ja nadal usiłowałam zatrzymać jakikolwiek samochód. Dwóch chłopaków w zdezelowanym golfie zatrzymało się. Oczywiście nie mówili po angielsku. Vamos para … Walencja para Calles…? – no aki…  O co im chodziło? Pokazałam im jeszcze niedokończony napis stacji benzynowej. Po chwili wahania, dali znak abyśmy wsiadali. Super! Jesteśmy uratowani. Okazało się. Ze nasi wybawcy byli Marokańczykami. Znów nie byli to Hiszpanie. Dlaczego mnie to nie dziwi. Jechaliśmy samochodem mając opadające obicie od dachu na głowach. Jednak w tym momencie nic nie było w stanie zepsuć naszej radości. Wyjeżdżaliśmy z Tarragony.
 
 Byliśmy pewni, ze na stacji uda nam się przekonać kogoś do podwiezienia.  Nie pomyliliśmy się. Stało tam kilka ciężarówek i podchodziliśmy do każdej pytając o możliwość podwiezienia. Tylko jeden kierowca mówił po angielsku. Był Belgiem i jechał dokładnie w naszym kierunku. Oczywiście zgodził się nas podwieźć. Musieliśmy tylko poczekać pól godziny. Postanowiliśmy przez te pól godziny popytać jeszcze innych kierowców. Ponieważ Belg dojeżdżał 80 km od Walencji i robił sobie dziewięciogodzinną przerwę. Pozostali kierowcy nie jechali w naszym kierunku. Tylko jeden Hiszpan jechał, ale niestety nie chciał nas zabrać. Damian szybko stwierdził, ze nie powinniśmy pytać dalej tylko poczekać na Belga. Nie ważne, ze to jeszcze nie będzie Walencja. Nie poddałam się tak łatwo, pytałam wszystkich kierowców o destylację. Niestety bezskutecznie. I tak skorzystaliśmy z pomocy Rudiego, bo tak miał na imię. jeździ samochodem od 18 lat. W tygodniu jest w trasie, a weekendy spędza w domu. Tylko weekendy. Całe życie w drodze. W jego samochodzie są dwa łóżka, wygodne siedzenia, wszystko w automacie. Nie wspomniał nic o żonie, ale nad jego siedzeniem wisiało zdjęcie małej dziewczynki. Być może jego córki. Na pewno nie widywał jej często.
Przyjemnie oglądało się zachód słońca nad górami przy dźwiękach mocnej muzyki lecącej z samochodowego radia.  Może powinnam zostać kierowcą ciężarówki. Ta myśl przeszła mi już kiedyś przez głowę jednak szybko odeszła w zapomnienie. Tym razem znów dała o sobie znać. Wiem, ta praca wymaga dużo poświęceń, jednak dzięki temu mogę zwiedzić cała Europę i jeszcze mi za to zapłacą. A co z cały światem?  Może jednak stopem lepiej? 😉
 
podróż Scanią to super przeżycie
a oto nasza limuzyna
 
Podróż z Rudim skończyła się 80 km od Walencji na parkingu dla ciężarówek.  Miał tam 9 godzin przymusowego odpoczynku. Pożegnaliśmy się z nim. – Gdybyście nic nie złapali o 5 rano będę wyjeżdżał- rzucił na pożegnanie. Mało optymistyczne!
Zaczęliśmy chodzić po wszystkich stojących ciężarówkach i pytać kierowców o możliwość podwiezienia. Niestety, nikt z nich nie chciał wziąć dwóch osób. Nie każdy jest taki pomocny jak Rudi. Zaczęło się ściemniać, jednak nie traciliśmy nadziei. Staliśmy w nieoświetlonym miejscu mając nadzieję, że jednak któryś z kierowców się zatrzyma. Nie pomyliliśmy się.  Pomimo ciemności, jakiś Hiszpan zobaczył tabliczkę. Walencja? Vamos. Vamos- Krzyknął
W biegu zbieraliśmy nasze rzeczy i zapakowaliśmy się do jego samochodu. Wpakowałam się do tyłu dzieląc go z jego gitarą, kołdrą i wszystkim tym, co człowiekowi do życia potrzebne.
Nasz wybawiciel oczywiście po angielsku nie  mówił. Udało nam się dowiedzieć, że jedzie z Katalonii aż do Granady i jeszcze długa droga przed nim. Kierowca był kibicem formuły 1 , usiłował nam przetłumaczyć, że jakiś Hiszpan jest lepszy od Kubicy.
Kierowca nie wyglądał najlepiej, zaspany, lekko jakby naćpany, albo pijany nie zważał na to, że od dłuższego czasu jedziemy na rezerwie. Zanim się obejrzeliśmy, przejechaliśmy Walencje i znaleźliśmy się w Alicante. Ale my chcemy do Walencji!
Na szczęście nie zostawił nas na pastwę losu i zawrócił do Walencji. Wysadził nas w centrum i pojechał w swoją dalszą podróż. Mam nadzieję, że przed wyjazdem z miasta zatankował samochód, bo inaczej daleko nie odjechał. A nawet jeśli odjechał, to pewnie zasnął podczas jazdy. Oby nie.
W Walencji nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu, więc na szybko musieliśmy coś znaleźć. Znaleźliśmy nocleg przy samym Plaza de la Virgen za 6 euro za noc. Cena nie do pobicia!
Szukanie hostelu zajęło nam ponad godzinę. Szukając go kilka razy okrążyliśmy Centrum. Na Placu   byliśmy o  północy, a mimo to, było tam mnóstwo ludzi. Czy to jakieś święto? Dlaczego oni wszyscy tam siedzą. Nagle niebo zaczęły rozświetlać sztuczne ognie. O co chodzi? Staliśmy wpatrzeni w pokaz fajerwerk. Walencja nocą wyglądała niesamowicie. Jest bardzo zadbana i stare lecz odnowione kamienice przy nocnym oświetleniu robią wrażenie. Od samego początku poczułam chemię do miasta.
 
 
nocne spojrzenie na miasto
 
 Ulica na której się znajdował hostel była tak mała, że nie podpisano jej na żadnej mapie. Okazało się, że jest prostopadła do placu de la Virgen To chyba plac dziewicy? A może moje tłumaczenie jest zbyt swobodne. W każdym razie, nie wyglądał dziewiczo.   
Hostel nie był w żaden sposób oznaczony. Weszliśmy do kamienicy, ale drzwi pod którymi się znajdował nie miały żadnej tabliczki. Wróciliśmy na ulicę myśląc, że pomyliliśmy adresy. Dopiero kelner z pobliskiej restauracji upewnił nas, ze to jednak tam. Zadzwoniliśmy dzwonkiem. Drzwi otworzyła nam ok. 40-letnia Hiszpanka ubrana tylko w koszulę nocną. Chyba kogoś obudziliśmy. Hiszpanka nie zdradzała swojego zakłopotania i przywitała nas szerokim uśmiechem. Vamos, vamoz- zaprosiła nas do środka. Nie mówiła po angielsku, więc zawołała swojego męża, który szybko przyszedł jej z pomocą. Okazał się, że rezerwując pokój u nich, kosztuje 12 euro za noc. Ale jak to? Miało być 6! Wyjaśnili, że to promocja booking.com i będziemy mięli cenę 6, jeśli zarezerwujemy nocleg przez Internet. Chętnie byśmy to zrobili, ale okazało się, że jest już po 24 i nie możemy zrobić rezerwacji na minioną noc. Właściciele  podyskutowali ze sobą po Hiszpańsku i z uśmiechem na ustach przystali na 6 euro. Okazało się, że w hotelu jest tylko jedna osoba, zajmująca inny pokój, a my dostaliśmy antresolę nad 6-cio osobowym, lecz pustym pokojem. Antresola była piękna. Co prawda było w niej tylko łóżko i mała szafka, jednak można było poczuć się jak w domu. Jak się później okazało, to był dom. Właściciele mieszkali w nim z 4 swoich dzieci. Za wynajęcie pokoju we Wrocławiu płacę więcej. Ja tu zostaję! J

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *