En Baranquilla me quedo – witamy na karnawale

Zanim zaczniesz czytać włącz muzykę, moje podróże bez niej wyglądałyby całkiem inaczej.

 

Moje urodzinowe śniadanie.  Starałam się zjeść kawałek suchego chleba popijając sokiem pomarańczowym. Pomimo tego, ze Daniel wykupił sklep, żeby dobrać coś do moich gustów, nic więcej nie przeszło mi przez gardło. Odwiózł mnie na lotnisko, życząc przyjemnego lotu. Niestety wiedziałam już, że  nie będzie przyjemny. Ledwo weszłam na lotnisko, zaczęłam rozglądać się za łazienką. Dobiegłam do niej i zwróciłam to, co dzisiaj przełknęłam Super! No to mam świetne urodziny – pomyślałam – ciekawe jak przeżyję lot. Jeszcze nigdy nie wymiotowałam w samolocie. Wiedziałam, że moje dolegliwości raczej nie są spowodowane wczorajszą kolacją, tylko podróżą. Normalnie podróżnicy, po ok. 3 tygodniach przechodzą to, co ja. Inni lżej, drudzy gorzej, ale prawie każdego to dotyka. W końcu zmieniamy jedzenie, florę bakteryjną, wodę, wszystko. Nasz organizm po pewnym czasie mówi – wcale mi się to nie podoba. Jednak musi się przyzwyczaić. Tylko dlaczego dzisiaj?
Zmęczona przeszłam przez odprawę i czekałam na samolot. Jakiś anglik próbował do mnie zagadywać, ale zdecydowanie nie był to mój dzień na poznawanie kogokolwiek. Zawsze siadam w samolocie na końcu, tym razem jednak usiadłam na początku, bo podobno najmniej buja, no i do toalety blisko. Zamknęłam oczy i zasnęłam jeszcze przed startem.
Po 10 minutach obudziłam mnie głośna muzyka. To nie był sen!

– Witamy na pokładzie najbardziej szalonego samolotu – usłyszałam glos dochodzący z głośników – lecimy na karnawał w Barranquilli -dodał przekrzykując muzykę. Otworzyłam oczy. Tuż przede mną ujrzałam całą ekipę, która miała rozkręcić imprezę w samolocie. -o nie!- pomyślałam. Dlaczego akurat dzisiaj? – Imprezowa ekipa zaczęła organizować konkursy i tańczyć – cały samolot oszalał. Myślałam, że śnię.
Nie śniłam. Pasażerowie tańczyli i śpiewali. W końcu lecimy na karnawał. Nawet nie zauważyłam, kiedy poczułam się lepiej. Muzyka jest najlepszym lekarstwem na wszystko. Sama wziąłem udział w konkursie tańca zgarniając przy tym imprezowy gadżet i mnóstwo pozytywnych komentarzy. Lot z Bogoty do Barranquilli trwał godzinę, jednak był to najbardziej imprezowy lot w moim życiu. Zdecydowanie.
Wylądowaliśmy w Baranquilla. Wszyscy w imprezowych nastrojach. Pierwszy raz podczas mojej podróży ktoś na mnie czekał, i to jeszcze z kartką z moim nazwiskiem. Mój SC wysłał po mnie swojego przyjaciela. Sam nie mógł przyjechać, bo jego samochód ma dzisiaj pico y placa. (W większych miastach kolumbijskich każdego dnia samochody o danej końcówce nr rejestracyjnego nie mogą poruszać się po mieście w godzinach szczytu).
Benjamin, mój kierowca jest typowym “costniem”. Ciemna karnacja, przy tuszy, uśmiech od ucha do ucha… Jest zawodowym kierowcą, ale również przyjacielem mojego SC. Wyszliśmy z lotniska i od razu uderzył mnie powiew gorąca. Już wiem co Carlos (mój CS)  miał na myśli, pisząc o choler… upale. 🙂
Jechaliśmy przez drogę dochodzącą do Barranquilli, wszędzie wokoło motocykle. -Jestem w raju – pomyślałam. Dopiero  chwilę później po oczach uderzyła mnie bieda… małe domki poustawiane przy ulicach, półnagie dzieci, stare samochody… to chyba jednak nie jest raj, a przynajmniej nie ta część miasta.
Później zobaczyłam “normalną” część miasta z nowymi domami i luksusowymi samochodami. Każde kolumbijskie miasto ma swoje dwie części – przeznaczoną dla turystów – ładna, zadbaną, bogatą… i normalną: brudną, biedną, zaniedbaną.
Im bliżej centrum byliśmy, tym więcej przebranych ludzi mijaliśmy. Na miejscu czekał na mnie już Carlos. 40-letni biolog,  niewyglądający na
kolumbijczyka – biała karnacja i brązowe oczy mogłyby wskazywać, że jest polakiem. Jego świetny polski akcent przy kilku słowach, jakie zna, również. Co jakiś czas przyjeżdża do Polski. Współpracuje z uniwersytetem jagiellońskim. ….
Co prawda główna parada dzisiaj się już zakończyła, ale jest jeszcze kolejna, ta “dla ludu”. Przecinaliśmy się między tłumami, by zobaczyć paradę. Przed nami w wielkim upale tańczący ludzie w każdym wieku: małe dzieci i staruszkowie. Prawie wszyscy poruszali się w rytmie ballenato, cumbi, mapale, gaity, chandé, puya, fandango. (Nie pytajcie mnie o szczegóły tych tańców, bo w większości wciąż nie wiem o co chodzi).

Czas samemu  zatańczyć! wyruszyliśmy w poszukiwaniu salsy. Niestety okazało się to trudniejsze, niż myśleliśmy. Nawet w miejscach, gdzie normalnie grali salsę, dzisiaj puszczają wszystko, bo w końcu karnawał i wielu turystów. Byliśmy zawiedzeni. W końcu zdecydowaliśmy, że pojedziemy do rodziny Benajmina.
Mieszkają na przedmieściach. Zamknęli ulice i tam organizują swój własny karnawał, bez turystów, bez muzyki komercjalnej, tylko to, co na co dzień.
Już z daleka rozlegały się dźwięki muzyki. Na całej ulicy obsypanej mąką (podczas karnawału panuje zwyczaj obsypywania się mąką – szczerze go
znienawidziłam)  widać było tańczące pary. Rodzina Banajmina mieszkała na samym końcu. Przecisnęliśmy się przez tłum. Przed domem i w domu zgromadziła się cala rodzina: rodzeństwo, kuzyni, dziadkowie, siostry.. i nie wiem kto jeszcze. Musieliśmy poznać wszystkich, każde połączenie genetyczne, kto gdzie mieszka, z kim i ile ma dzieci. Próbowano mnie też zeswatać (bo w moim wieku już powinnam przecież mieć dzieci) z 16-latkiem, ale się nie dałam.
Tam tańczyli wszyscy, mali i duzi… kilkuletnie dzieci i kulko dziesięcioletni dziadkowie… Wszyscy! Okazał się, że moje umiejętności salsowe niewiele się
zdają, bo nawet jeśli tańczą salsę, to jest to całkiem inna salsa, taka bardziej przytulana, spokojna, bez obrotów, bez innych udziwnień. A jeśli nie tańczą salsy, to tańczą… bajenato, merengue, bachate… ale o tym później…

 

 

IMG_78011

2 thoughts on “En Baranquilla me quedo – witamy na karnawale

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *