Ekwadorskie plaże – podróżnik, który nigdy nie będzie podróżnikiem

Nie chcieliśmy już dłużej zostać w Mindo. Nocna ulewa sprawiła, że miejscowe drogi były zalane, a główna droga prowadząca nad morzę zasypana przez zawaloną górę. Wyczyszczenie jej zajmie tydzień. Była to jedna z najgłówniejszych, ekwadorskich dróg łącząca stolicę z wybrzeżem. Teraz został tylko objazd który znacznie wydłuża czas przejazdu. Ze strachu przed korkami i z tęsknoty za ciepłem postanowiliśmy wyjechać jak najwcześniej.  – mogę prowadzić? – zapytałam z nadzieją. V popatrzył na mnie ze zdziwieniem – nigdy, nikt nie prowadził mojego samochodu i chyba tak pozostanie- odpowiedział śmiejąc się z mojej prośby. Na chwilę odpuściłam znajdując sobie za zajęcie oglądanie otaczających nas gór i robienie zdjęć wszystkim mijanym pojazdom w których znajdowało się więcej osób niż jakakolwiek ustawa przewiduje.

Pogoda wciąż nie był zbyt ładna i nie dawała nadziei na udane plażowanie.  –za najbliższą górą wyjdzie słońce i będziemy na plaży – powiedział V wskazując znajdujące się przed nami wzgórze.

Nie uwierzyłam, nawet tutaj, przy równiku pogoda nie mogła być aż tak zmienna. Była. Ledwo minęliśmy górę, ciepłe promienie wpadły przez szybę do samochodu wywołując nieukrywane zdziwienie i uśmiech na mojej twarzy. Przed nami ujrzeliśmy też morze. Już po chwili zjeżdżaliśmy na pierwsze plażę. Była to typowa wioska rybacka z małymi, niezamieszkanymi domkami, łódkami i porozrzucanymi sieciami. Kilku mężczyzn leżało na hamakach popijając piwo i oczekując nocy (właśnie wtedy wypływają na łowy). Z nieukrywaną ciekawością przyglądali się nam. Wysiedliśmy z samochodu. Była to pora przypływu, więc woda wyrzucała na brzeg śmieci i wielkie kłody drewna, które wzbudzały we mnie strach. Nie chciałam być uderzona przez taką kłodę. Jechaliśmy dalej.IMG_913112

-mogę kierować? – nieustępliwie powtórzyłam moją prośbę. V spojrzał na mnie z uśmiechem. -Przy najbliższej plaży dam Ci poprowadzić przez dziesięć minut-

Wiedziałam, że jak zdobędę kierownicę, to za żadne skarby jej nie oddam.

Już po chwili zjeżdżaliśmy do kolejnej plaży. V oddał mi kluczki i zamieniliśmy się miejscami.

– chcę zobaczyć miny miejscowych, kiedy zauważą, że przywiozła mnie tutaj blondynka – powiedział.  Nie wiedziałam, czy bardziej chodziło mu o to, że przywiezie go dziewczyna, czy o to, że ma ona jasną karnację i niebieskie oczy. Nie ważne. Cel został osiągnięty!

Minęliśmy kilka małych domków, po drodze biegały nagie dzieci bawiące się w ganianego. Na nasz widok zatrzymywały się i patrzyły, jak przejeżdżamy. Zza okien rozbrzmiewały dźwięki merengue- dochodziła z baru, w którym miejscowi, pomimo piątkowego południa, tańczyli i popijali piwo.

Postanowiliśmy do nich dołączyć. Zaczęliśmy tańczyć. Teraz trochę przesadziliśmy. Nie tylko przywiozłam V, ale też umiem tańczyć merengue. Staliśmy się miejscową atrakcją.

Pewnie tańczylibyśmy tak jeszcze długo, gdyby nie to, że chcieliśmy dojechać do Canoa jak najszybciej, aby jeszcze udało nam się znaleźć nocleg. W końcu to weekend, a Canoa należy do jednej z najbardziej turystycznych plaż w Ekwadorze.  Nie musiałam już prosić o kluczyki. V po prostu mi je wręczył.

Po kilkunastu minutach jazdy wybrzeżem dojechaliśmy na miejsce. Canoa to typowe turystyczne miasteczko, w którym nie można zobaczyć normalnego, ekwadorskiego życia. Za to turystów było aż nadto. Wszystko do nich dostosowane: hotele, hostele, restauracje, sklepy z kolorowymi ubraniami, stragany z drinkami. Żyć nie umierać, tylko że ja nie lubię takich miejsc, od klubów i imprez  wolę ciszę i spokój. Chciałam jednak tańczyć.

Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy na długą, piaszczystą plażę, ciągnącą się kilometrami. Wbiegliśmy do ciepłej wody,  wcale nie chroniącej nas przed 30 stopniowym upałem. Czas na znalezienia noclegu. V twardo usiłował mnie przekonać do hotelu z pięknymi  pokojami, basenami i wszystkim co nie w moim stylu ani budżecie. Nie dałam się przekonać nawet po propozycji zapłacenia za mnie. -Ja idę do hotelu, a Ty śpij, gdzie chcesz – powiedziałam. W końcu obydwoje poszliśmy na kompromis. Zamieszkaliśmy w dosyć tanim hotelu, z wieloosobowymi pokojami, przypominającym bardziej hostel.  – Ale tu jest super- mówił V nie mogąc wyjść z podziwu temu, że jest tak tanio, poznaje mnóstwo zakręconych ludzi i naprawdę jest pięknie. – no to zobaczysz, ja wygląda życie podróżnika- myślałam patrząc na jego zdziwioną co chwila minę, kiedy widział ludzi z plecakami,  podróżującymi od kilku lat….

Był piętek. Nie mogłam doczekać się wyjścia na tańce. Na  plaży otworzyły się kluby z miejscową, muzyką. Nastolatki, z dziećmi na rękach popijały drinki i tańczyły ze swoimi chłopakami. Gringokisserzy wyszli na łowy, szukając przyjezdnych blondynek i starając się przekonać je do prywatnej nauki tańca. Wszędzie głośna muzyka, alkohol i zioło. Bawiłam się w rytm muzyki, ale czułam się bardziej jak widz, niż uczestnik tego wszystkiego. Życie tutaj wydawało mi się tak bezsensowne w swojej istocie, że nie mogłam go sobie wyobrazić. W jednym z klubów spotkaliśmy obsługę naszego hotelu. To podróżnicy z Brazylii i USA, którzy kilkanaście miesięcy temu rzucili wszystko, aby podróżować. Szukają pracy w zamian za nocleg i jedzenie. W Canoa są już od 4  miesięcy. W dzień pracują, w nocy balują. V znów wytrzeszczył oczy i w kocu powiedział- wciąż nie wyobrażam sobie, jak ludzie mogą tak robić, ale już wiem, ze to nie możliwe, co nie zmienia faktu, że  nigdy bym tak nie zrobił.-

Spędziliśmy w Canoa dwa dni, a później wróciliśmy wspólnie do Quito – oczywiście ja prowadziłam. V odwiózł mnie pod dom mojego CS i na poleganie powiedział. -Pojadę z Tobą dalej, jak będziesz chciała –  jednak ja wiedziałam, że nie chcę. Nie chcę podróżować z  kimś, kto nie rozumie mojego sposobu na życie i prawdopodobnie nigdy go nie zrozumie.

 

IMG_917012
Canoa o zachodzie słońca

IMG_919012 IMG_916612 IMG_916212 IMG_915612 IMG_915013 IMG_912012 IMG_911312 IMG_910812

 

One thought on “Ekwadorskie plaże – podróżnik, który nigdy nie będzie podróżnikiem

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *