Cusco – piękne miasto biednych dzieci

Zanim zaczniesz czytać, włącz piosenkę! Moje podróże bez muzyki wyglądałyby całkiem inaczej.

Autobus z Nazca do Cusco miał jechać 14 godzin, tylko z jednym 10 minutowym postojem. Bałam się jechać nocnym, bo wystarczająco nasłuchałam się o kradzieżach w Peru, a teraz 14 godzin. Ale jak bez postoju, to przecież nic nie ukradną. Ledwo wyjechaliśmy z Nazca, a autobus zatrzymał się w jakiejś bocznej i ciemnej drodze. To ma być przejazd bez postojów? Wybrałam sobie miejsce na górze, z samego przodu, żeby mieć dobry punkt widokowy. Szybko tego pożałowałam, bo na górskich serpentynach, gdzie dosłownie na styk mijaliśmy się z ciężarówkami, byłam na głównym punkcie uderzeniowym. To była długa noc. Odkąd przyjechałam, wciąż mam problemy ze snem, mój organizm nie wie, kiedy jest noc, a kiedy dzień. Zazwyczaj jak mogę spać, to budzę się o 6 rano, a jeśli nie powinnam, to oczy same mi się zamykają. W autobusie było jeszcze gorzej. Co chwila budziłam się i szukałam wygodnej dla siebie pozycji. Nic z tego. Kiedy zaczęło się robić jasno i szyby odparowały, przez okno ujrzałam otaczające nas góry. Wszędzie. Wysokie, zielone, piękne… Siedziałam jak oniemiała przy szybie, podziwiając widoki.
Dojechaliśmy do Cusco. Tam czekał na mnie Edu, mój miejscowy gospodarz. Z wielu zaproszeń na CS wybrałam właśnie jego dlatego, że pracuje w szkole i obiecał mnie do niej zabrać. Wzięłam z dworca taksówkę na Plaza San Blas. Edu miał tam przyjść jak tylko dam mu znać, że jestem, ale ja nie mogłam dać znać, bo wszystkie telefony mi padły. Na próżno chodziłam po pobliskich knajpach, sklepach i hotelach z prośbą o chwilowe podłączenie telefonu. Nie i koniec! Wyjęłam więc mój trochę naładowany tablet i podłączyłam do niego tel. Zadziałał.
Czekałam na schodach kościoła przyglądając się miejscowym ubranym w tradycyjne stroje, sprzedającym pamiątki, robiącym bransoletki, sweterki, czapki… Pod schody podszedł chłopak zdecydowanie bardziej wyglądający na potomka Indian niż Peruwiańczyka. Tylko niby skąd się wzięły peruwiańskie korzenie?
Bardzo ciemna karnacja, drobne ciało, czarne proste włosy do ramion i oczy niczym dwa węgle… w towarzystwie małego chłopca ubranego w tradycyjny strój i… lamy. Niewiele już mogło mnie zdziwić. A jednak… Zaczęliśmy rozmowę po hiszpańsku. Nie miałam pojęcia, że on nie mówi po angielsku-w sumie, to może nawet lepiej dla mnie. Praktyka potrzebna.

– jesteś głodna? – zapytał. Byłam i to bardzo. Poszliśmy więc na miejscowy market, gdzie po turystach ani śladu i za 4 sole zjedliśmy zupę, drugie danie i kompot. Już po samej zupie byłam najedzona. (Jeśli ktoś nie wie, 1 sol, to ok 1,25 zł.)
Po obiedzie rzuciłam swoje rzeczy w malutkim mieszkaniu i poszliśmy na spotkanie… fundacji. Tak, ten 28- letni chłopak prowadzi fundację pomagającą dzieciom w Peru. Zakłada szkoły, zbiera fundusze na podłączenie bieżącej wody, pozyskuje wolontariuszy… i przy tym wiecznie się uśmiecha.
To było pierwsze spotkanie nowych wolontariuszy. Wszyscy mieszkają w Caja magiha, która służy za dom, biuro i teraz już hostel, dzięki czemu mogą pozyskiwać więcej pieniędzy. 4 nowe dziewczyny: z Francji, Belgii, Hiszpanii… i ja, tak niby przypadkiem.
Edu zaczął opowiadać o fundacji i o tym, co robi. Im dłużej opowiadał, tym bardziej otwierały mi się oczy. Jak to możliwe, że dzieci nie chodzą do szkoły, że nie mają wody i nie mają co jeść, że w domu jest przemoc i że państwo nie pomaga w niczym. Przecież jesteśmy w Cusco, mieście pełnym turystów, gdzie każdy zostawia tonę pieniędzy. Zostawia, ale one wszystkie idą do Limy, a mieszkańcy ich nie oglądają.
Opowiadał, jak ważne jest dawanie przykładu i nawet umycie zębów przy dzieciach wiele znaczy, bo to ich uczy zachowań, których w domu nie oglądają. Im dłużej go słuchałam, tym bardziej chciałam zostać. W końcu Ci wszyscy wolontariusze są tu dobrowolnie, przyjechali tu z całego świata, żeby pomóc.
Po spotkaniu czas na wizytę w szkole.
Złapaliśmy taksówkę, zapakowaliśmy do niej książki i szczoteczki do zębów, które podarowała jedna z wolontariuszek. Jedziemy.
-skąd jesteście? – pyta taksówkarz
żadna odpowiedź go tak bardzo nie wkurzyła, jak informacja, że Julia jest z Hiszpanii.
– po co tu przyjechałaś? Wybiliście naszych przodków, zagrabiliście nasz kraj. Jecie z talerzy wykutych z naszego złota. My to pamiętamy i nasze dzieci też będą pamiętać. Nigdy nie zapomnimy – wpadł w monolog taksówkarz.

Julia tego nie komentowała, bo co miał powiedzieć. Nie odpowiada za czyny swoich przodków, ale być może teraz pomagając dzieciom jest w stanie choć trochę odpłacić za wyrządzone krzywdy.
Dojechaliśmy na przedmieścia Cusco. Dookoła stare, zaniedbane domy. Otwieramy drzwi do budynku, który powinien być szkołą. W środku ok. 30 uczniów w przeróżnym wieku, niektórym towarzyszą matki. Wszyscy przerwali swoje zajęcia widząc nasze wejście.

– no nareszcie- gdzie się podziewaliście, przecież to nieodpowiedzialne tak późno przychodzić — słyszmy z ust ok. 7 letniej dziewczynki. Dzieci się cieszą na widok Edu i pozostałych wolontariuszy. Za chwilę będziemy tańczyć, bo piątek to zawsze dzień na lekcje tańca. Włączamy muzykę i usiłujemy zachęcić wszystkich do zabawy. Niektóre chowają się pod stołami, inne łapią mnie za rękę, abym tańczyła z nimi. Najgorzej jak kilka chce mnie złapać za tę samą rękę. Cieszą się. Tak po prostu. Bo mają chwile, jakich nigdy by nie miały, gdyby nie Edu i jego fundacja. W szkole nie tylko się bawią, ale też się uczą. Mają bibliotekę, jedyną w tej dzielnicy, gdzie stoi jeden regał z książkami ofiarowanymi przez wolontariuszy. To wszystko, co mają. One umieją cieszyć się ze wszystkiego, bo im mniej człowiek ma, tym bardziej umie cieszyć się nawet z małych rzeczy — opowiada Edu jakby czytając moje myśli. My też powinniśmy się tego nauczyć.

 

IMG_55961

IMG_55951
dzielnica Cuzco w której znajduje się szkoła

IMG_55381

IMG_55321

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *