Cusco – miejscowy market

Zanim zaczniesz czytać, włącz muzykę, moje podróże bez niej wyglądałyby całkiem inaczej

 

Jak zwykle nie mogłam spać. zamiast się wyspać po długiej nocy, to ja już o 6 na nogach. Poczekałam, aż Edu wstanie. Dzisiaj mieliśmy iść do „najbardziej niebezpiecznego miejsca w Cuzco”, czyli miejscowy market, a później jak przeżyjemy, wybrać się  w okoliczne góry.

-Zostaw wszystkie cenne rzeczy w domu — uprzedzał Edu, tak na wszelki wypadek. Wyszliśmy zdecydowanie później niż zamierzaliśmy. W Cuzco na śniadanie jada się dwudaniowy posiłek, albo sok wyciskany ze świeżych owoców. Zdecydowanie wolałam opcję z sokiem. Poszliśmy do miejscowej kawiarenki. Zamówiłam sok i słodkie bułki. Edu poparzył na mnie ze zdziwieniem. Że bułki, na śniadanie? No przecież samym sokiem się nie najem. Dopiero jak dostałam sok, zrozumiałam jego zdziwienie. Był to szejk podany w dużym dzbanku, zdecydowanie wystarczającym na poranny posiłek, a nawet i na obiad. Wyszłam z kawiarni jak pasibrzuch, przejedzona, ale szczęśliwa.
Byłam przekonana, że na market już nie pójdziemy, bo jest za późno. Wzięłam ze sobą cały sprzęt. – Oszalałaś? – przecież on jest czynny cały dzień. Pochowałam więc wszystkie cenne rzeczy najgłębiej jak mogłam. Z wypchanymi kieszeniami ściskając plecak z całych sił, weszliśmy  w wąskie uliczki wypełnione ludźmi. Zaczęliśmy od staroci, czyli dosłownie wszystkiego, co ludzie mają w domach i nie potrzebują: meble, naczynia, ubrania, kosmetyki.. Wśród tych rzeczy Edu wypatrywał tradycyjne sprzęty, naczynia…używane kiedyś przez Inków. Wyjaśnił mi ich znaczenie, do czego były wykorzystywane i co symbolizują.
Później przeszliśmy na „dział” z elektroniką, czyli wszystko to, co komuś zginęło. Wśród najlepszych perełek były Iphony za 100 soli, czyli ok. 127 złotych. Nie kradzione, tylko z „czarnego rynku”, podobno Panamy. Aż kusiło mnie, żeby taki kupić.
Następnie mój ulubiony dział, najbardziej ciekawy i kolorowy. Rękodzieło. To tutaj w każdą niedzielę zjeżdżają się kobiety z okolicznych miejscowości, by sprzedawać swoje wyroby: torby, bransoletki, sukienki, instrumenty muzyczne. Nie mogłam się oprzeć. Wyszłam z torbą i bransoletką, które na pewno przydadzą mi się w dalszej podróży. 🙂 Poszliśmy też na dział, gdzie za 60 soli można kupić sportową kurtkę, która w Polsce kosztuje kilkaset. Tylko, że ja miałam już cały sprzęt. Nigdy więcej nie robię zakupów w Polsce.

Zrobiłam się głodna. -chcę zjeść „małą świnkę”- oznajmiłam Edu, wiedząc, że są one miejscowym przysmakiem. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem, zastanawiając się, o co mi chodzi. Po chwili wybuchnął śmiechem i oznajmił -chodź, poszukamy „małej świnki”.
-Edu, ale jak nazywam się ona tutaj? -dopytywałam
– No przecież mała świnka-  śmiał się cały czas ze mnie.
Pojechaliśmy na market z  jedzeniem. Świnki morskie były wszędzie, miały ząbki, i oczy, małe nóżki… skomentowałam to na głos. Ludzie dookoła popatrzyli na mnie. Jedni z uśmiechem inni z obrzydzeniem. Cuy, bo tak właśnie się nazywają, kosztowały też podwójną cenę niż normalny obiad. Ale co tam, spróbuję. Będąc w Cuzco i nie jedząc Cuy, to tak jak nie pójść na Machu Pichu. Dostałam swoją porcje, na której znajdowało się wszystko, co można sobie wyobrazić: makaron, ryż, coś w stylu roladki, słona bułka. Na tym wszystkim dumnie spoczywała tylna część Cuy. Na szczęście dostałam tę bez oczu. Usiadłam, przyglądając się jej i nie do końca chcąc jej spróbować. Ja patrzyłam na świnkę, Edu patrzył na mnie, a ludzie obok jedzący to samo wybuchali śmiechem słysząc moje komentarze.
– przecież u nas to zwierze domowe, jak mogłabym ją zjeść, ona na pewno też ma uczucia— komentowałam mój obiad.
– wiesz, że obok Cuzco, jest miejscowość, gdzie jedziesz, świnki biegają sobie po podwórku, mówisz gospodarzowi, którą chcesz zjeść, a on po 30 minutach przynosi Ci twój posiłek? – odpowiedział Edu wcale mi nie pomagając.
-nie mów tak, bo na pewno jej nie zjem! – odparłam zniesmaczona
Dobra, przecież ona i tak już nie żyję, jak ludzie to jedzą, to ja też mogę. Oderwałam widelcem kawałek chudego mięsa i spróbowałam. Jak dla mnie było bez smaku. Trochę jak mięso wołowe, bardzo źle przyrządzone. No to spróbowałam, więcej nie potrzebuję! Odparłam i wzięłam się za jedzenie makaronu z mojego talerza. Nigdy więcej Cuy.

Po obiedzie, po którym wolałabym zapomnieć, Edu zaprowadził mnie w miejsce, które wiedział, że mi się spodoba. Market z ciastami. Przeróżnymi! Wybrałam, miejscowy przysmak: tarta con 3 leches, czyli ciasto z mlekiem, a właściwie to trzema rodzajami mleka. Pycha.
Tego dnia kupiłam też bilety na Machu Picchu, które dzięki mojemu ubezpieczeniu Euro 26, kosztowały połowę ceny. Tylko dlatego, że na karcie napisane jest: student. Jak dobrze nim być. 🙂

 

IMG_56341


IMG_56371

IMG_56441
cukierki z koki są w Peru legalne i ogłnie dostępne

 

 

IMG_56481
peruwiańskie czekolady
IMG_56591
świnki morskie, czyli “cuy”, to miejscowy przysmak

IMG_56611

IMG_56621

IMG_56661

IMG_56681

IMG_56731
stoisko z wieloma rodzajami popcornu

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *