Cordoba – w poszukiwaniu szczęścia

Alberto zadbał o to, żebym się nie nudziła i poznała normalne życie w Cordobie. A więc kolejne piwo. Tym razem tylko w innym miejscu, blisko centrum a za to bardzo domowo. Ponad dwudziestu przyjaciół  przy jednym stole i do tego dzieci, przecież tu nikt nie przejmuje się tym, że jest późno. Multikulturowe towarzystwo z różnych stron świata. Obcokrajowy, którzy postanowił, że Andaluzja będzie ich domem i Hiszpanie, którzy wyjechali stąd na stałe w poszukiwaniu lepszego życia, a teraz odwiedzają tylko rodzinę. Czy nie jest tak, ze zawsze szukamy tego, czego nie mamy. Że szczęście zawsze jest tam, gdzie nas nie ma?
Johne był jednym ze znajomych. Za dwa tygodnie się żeni. Niby nic szczególnego, gdyby nie to, że ze swoją narzeczoną są już 11 lat. Ona z Francji on z Hiszpanii. Poznali się w Dublinie. Później 5 lat związku na odległość, aż w końcu zdecydowała się przenieść do niego. Teraz mają kilkumiesięczną córeczkę. To on naciskał na ślub. Chciał, żeby Luna miała normalną rodzinę. Niestety we Francji nie mogli go wziąć, bo aby poślubić Francuskę, trzeba mieszkać tam przynajmniej dwa lata. W Hiszpanii nie ma takiej konieczności. Dzisiaj poznajesz hiszpankę, a jutro się żenisz.
Po kilku piwach powiedziałam dość! W tym

aspekcie hiszpańskie życie zdecydowanie mi nie odpowiada. Mój organizm nie przyjmuje takiej ilości alkoholu. Nawet jedno piwo dziennie to i tak za dużo. Teraz tylko soki!

Po spotkaniu poszliśmy upolować coś na kolację. W ramach podziękowania za nocleg i gościnę to ja gotowałam.
Zjadaliśmy typowo polska potrawę: ryż z kurczakiem słodko kwaśnym oraz sałatką popijając polskim żywcem kupionym w Madrycie. Niby tak daleko, a jednak jak w domu!
Długo nie mogliśmy odejść od stołu. I to nie dlatego, że tak dużo jedliśmy. Wpadliśmy w szał rozmowy. 
Czasem za dużo chcę wiedzieć, to fakt. Nie raz słyszę pytanie, czy  jestem dziennikarką. Po prostu interesują mnie ludzie. To dlaczego wybrali taką ścieżkę życia, a nie inną. Czy są szczęśliwi, czy po prostu nie mają odwagi tego zmienić.
Alberto należy do tych szczęśliwców, którzy cieszą się z tego, co mają. Mieszkał już w różnych miejscach, jednak zdecydował, że tu jest jego dom.  Odnalazł szczęście w Cordobie i na razie nigdzie się stąd nie rusza. No, poza podróżami. Raz do roku wyjeżdża na miesięczne wakacje. Gdzie tym razem? Jeszcze nie wie. Mam nadzieję, że w międzyczasie odwiedzi też Polskę.
Po kolacji jak nakazują obyczaje… wyszliśmy na piwo. Tak, kolejne. Ja tym razem w ramach uporu piłam mój pierwszy w życiu sok z jabłka i selera. Bar, do którego poszliśmy znajdował się w obrębie starego miasta. Chiloutowe towarzystwo miłośników dobrych rozmów, alkoholu, soków i sztuki. Coś dla mnie.
– jesteś zmęczona- zapytał Alberto, gdy zaczynałam już trzymać oczy na zapałki. –Ja? Nigdy!- odpowiedziałam udając przekonanie.
-chodź, pokarzę Ci inny świat- pociągnął mnie za rękę z niezrozumiałym uśmiechem
Szliśmy i szliśmy, a innego ŚWIATA nie było, ciągle te same wąskie uliczki. Doszliśmy do murów starego miasta i faktycznie – nie kłamał – miasto wglądało całkiem inaczej. Co wcale nie znaczy, że lepiej.  Normalne bloki, pomieszane z kamienicami, zabytkowy ratusz kolejne kościoły. W oddali luksusowe hotele. Idziemy spotkać się z innymi znajomymi. Zobaczysz różnicę między ludźmi w Kordobie- przekonywał mnie Alberto. Nie byłam pewna, czy chcę tam iść. Nie chodziło o to, że nie byłam elegancko ubrana, ale o to, że bardzo dobrze było mi w poprzednim pubie, gdzie każdy chciał spróbować mojego soku z selera i nikt nie dziwił się, że nie miałam makijażu. Ale co tam, przecież nikogo tu nie znam!:)
Weszliśmy do klubu w jednym z hoteli. Nowocześnie urządzone wnętrze, całe w neonach z muzyką w stylu: umcy, umcy!!!!!
Przedział wiekowy: 18-70 lat. Nie muszę pisać, która płeć miała 18, a która 70. Nie za dobrze się poczułam. Czułam na sobie natarczywe spojrzenia mężczyzn i obcinające kobiet. Na szczęście znajomi Alberta się nie pojawili i po jednym piwie mogliśmy wracać do domu.
-Możemy sprawdzić jeszcze jedno miejsce, jeśli chcesz- zaproponował mój przewodnik. Nie chciałam. Byłam zmęczona i zniesmaczona po ostatnim miejscu, ale głupio było odmówić. W końcu jestem tylko gościem. Powinnam się dostosować. Podeszliśmy do drzwi. Na zewnątrz nie było słychać muzyki. Nie byłam w stanie sobie wyobrazić co jest w środku. Turecka nazwa nie brzmiała zachęcająco. Ochrona otworzyła nam drzwi… i usłyszałam bachatę. Spojrzałam na uśmiechniętego Alberta z niedowierzaniem. – wiedziałeś?!- bardziej stwierdziłam niż zapytałam.  Już nie chciało mi się spać, oczy przestały się kleić, a zmęczenie odeszło  w niepamięć.  To była super noc. Naprawdę.
Po tej nocy podjęłam poważne postanowienie. Zamierzam w każdym zwiedzonym hiszpańskim mieście i w każdym państwie odwiedzić klub salsowy. Przecież ten taniec jest znany na całym świecie. Zobaczymy, czy mi się uda. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *