Barcelona-spacerem przez miasto


Podglądając sąsiadów degustujących wino na śniadanie, ja również postanowiłam poczuć się prawdziwie HISZPAŃSKO. Zajadałam bagietkę z szynką parmeńską i oliwkami oraz dużą ilością czosnku, bo przeziębienie które przywiozłam z Polski wcale nie mijało. To wszystko popijałam sangrią z kartonu za 1,5 E za opakowanie. Była z najniższej półki, ale nie najtańsza. Kupiłam ją z polecenia kolegi. 😉
 
 
 
Wino na śniadanie najwidoczniej nie jest zbyt dobrym pomysłem, ponieważ później jakoś wszystko zaczęło dziwnie wirować. Tego dnia postanowiliśmy pieszo dojść aż do placu Espanya. Gorzko tego żałowałam. Droga była strasznie długa i męcząca. 37 stopni Celsjusza tego dnia było dla mnie zdecydowanie nie do zniesienia. Co chwila musiałam odpoczywać na napotkanej ławce. Skrzyżowania w Barcelonie są tak duże, że jeszcze nie przeszłam przez pasy, a już byłam zmęczona.  Robiąc bardzo duży łuk udało się nam dotrzeć do upragnionego placu. Robił wrażenie. Poczułam, że to właśnie jest cały klimat Barcelony. Plac był duży. Na pierwszym planie wysunięta Arena Barcelony, w której kiedyś odbywały się walki byków. Dziś walk chyba już tam nie ma, ale  bezpłatnie można ją zwiedzić. W głębi placu stoi wielka fontanna a za nią wznosi się Montjuïc. Do którego zamierzaliśmy dojść pokonując setki schodów. Jak się później okazało, obok pięknie wyglądających, zabytkowych schodów, były również nowe schody ruchome. Tego dnia bez zastanowienia skorzystałam właśnie z nich. Ach to hiszpańskie wino.
 
 
Na górze było pięknie. Przed nami rozciągał się widok na całe miasto. Jakiś uliczny artysta grał na gitarze i śpiewał hiszpańskie piosenki. Położyłam się na ławce zasłuchana i zapatrzona w piękną Barcelonę. Przyjechała jakaś wycieczka i zaczęło się robić tłoczno. Czas ruszać dalej. Zeszliśmy ze wzgórza idąc w kierunku morza. Szliśmy klimatycznymi, zapomnianymi uliczkami, gdzie turyści raczej nie docierają. Były niesamowite. Bogato zdobione kamienice w najróżniejsze wzory. …
 
 
 
 
 
 
 
Im bliżej byliśmy morza, tym bardziej opanowywał nas głód. W końcu zdecydowaliśmy na zjedzenie słynnej Paelli w jednej z restauracji znajdującej się na nadmorskim deptaku. Paella była pyszna. Połączenie ryżu, warzyw i owoców morza.  Do tego miejscowe, zimne piwo. Zanim jeszcze dobrze wytrzeźwiałam. Palce lizać.
 
 
Po obiedzie czas na krótką drzemkę: pół godzinki dla słoninki. Położyliśmy się na plaży i leżeliśmy tak zapominając o bożym świecie i podziwiając “nudystów” dumnie przechadzających się po plaży. W sumie to ja podziwiałam, a Damian się złościł.:)

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *