Bańos – rowerem na Nos Diabła ; jak poznałam nową rodzinę

IMG_93491
44 km po górskich drogach w Banios

Jedną z głównych aktywności w Banios, są wypady rowerowe. Turyści wypożyczając rowery i jadą na nich do wodospadów. Tam czeka samochód, który za 2 dolary zwozi ich na dół.  Uwielbiam jazdę na rowerze, dlatego postanowiłam, że przedaję drogę w dwie strony, przecież nie może być tak trudno i daleko. Wybrałam odpowiedni dla siebie rower i dałam się przekonać, do zakupu dodatkowego ubezpieczenia, bo sprzedawca powiedział, że z powodu nadmiernego zużycia zębatki czasami się łamią, a jak wykupię ubezpieczenie, to w razie złamania dojadą do mnie z nowym rowerem. Dopiero po zapłaceniu uświadomiłam sobie moją naiwność i nierealność złamanej zębatki z powodu pedałowania. Wyruszyłam.  Przejechanie przez miasto zajęło mi zaledwie kilka minut. Droga opadała i wznosiła się co chwilę. Za każdym razem, kiedy chciałam odpocząć ze zmęczenia, dojeżdżałam do spadku, na szczęście było ich zdecydowanie więcej. Co chwila natrafiałam na wodospady, przy których przystawałam na chwilę by zrobić zdjęcia. Mijały mnie roztańczone autobusy z turystami, którzy przy każdym ciekawy miejscu mieli 5 minut na zrobienie zdjęcia. Cieszyłam się, że byłam sama i mogę w spokoju kontemplować te niesamowite widoki. Dojechałam do słynnych wodospadów. Tu należało zostawić rower i dalej pójść pieszo. Przypięłam go do stojaka i spacerowym krokiem wyruszyłam ścieżką prowadzącą do Naiz del Diablo (nos diabła), jednego z najsłynniejszych ekwadorskich wodospadów. Co kilkadziesiąt metrów ktoś porozwieszał drewniane tabliczki z informacjami o pięknie natury i o tym, że tylko Bóg mógł stworzyć coś takiego. Faktycznie, kiedy doszłam o wodospadu miałam takie same wrażenie. Wielki wodospad z którego woda z hukiem wpadała do rzeki, dookoła skały, w których ludzie wykuli schody, każdy kto nimi przechodził, od razu wychodził mokry. Przed wodospadem zawieszona kładka, po której można było przejść na drugi brzeg rzeki. Widoki zapierały dech w piersiach.

Zaczęło padać, więc w celu bezpieczeństwa zamknięto kładkę. Postanowiłam jechać dalej. W tym miejscu mogłam wracać już do Bańos, jednak wiedziałam, że są jeszcze kolejne wodospady. Od tego momentu droga pięła się i jazda po niej sprawiała mi wiele trudności. Kiedy chciałam już zawrócić, zauważyłam tabliczkę z informacją o wodospadzie i biletach. Trzeba było zapłacić. Nie miałam już budżetu ani siły na IMG_93781schodzenie do kolejnych wodospadów. Zawróciłam. Przez chwilę myślałam o oddaniu roweru na samochód, jednak rozpogodziło się i chciałam wrócić na rowerze. Niestety droga powrotna była dużo trudniejsza. Teraz już prawie cały czas było  pod górkę. Nikt nie pomyślał też o wracających rowerzystach, dlatego, tam gdzie wcześniej można było ominąć górskie tunele, teraz musiałam przez nie przejechać. W tunelach panowała całkowita ciemność a w moim rowerze nie było światła. Brakowało też pobocza. Co chwila przywierałam do muru, z nogami w kałużach, kiedy widziałam nadjeżdżające ciężarówki, które nie miały pojęcia o moim istnieniu. Przejazd przez tunel nie był najlepszym pomysłem, jednak nikt mnie o nich nie uprzedził. Po kilkunastu minutach marszu w ciemności i z sercem w gardle udało mi się szczęśliwie ominąć tunel, tylko moje ubłocone nogi wskazywały na warunki, w jakich przed chwilą się znajdowałam. Jechałam dalej, wciąż walcząc ze stromymi drogami i nogami, które zaczynały odmawiać mi posłuszeństwa. Przy bardziej stromych podjazdach wprowadzałam rower mając nadzieję, że za chwilę będzie już tylko zjazd. Dotarłam do Banos zmęczona i głodna.

 

– dlaczego tak długo Cie nie było – zapytał pracownik wypożyczalnii

– bo wracałam na rowerze-

Popatrzył na mnie ze zdziwieniem i krzyknął do swojego kolegi – słyszałeś, ona wracała całą drogę na rowerze  – przecież to jest ponad 44 km – dodał patrząc na mnie z uśmiechem.

Ile? – gdybym wcześniej wiedziała, że to 44 km po górskich drogach, to nigdy nie spróbowałabym tego pokonać. Jednak udało się.

Byłam brudna  i zmęczona. Bolały mnie nogi, jednak przed położeniem się w hotelu musiałam coś zjeść. Udałam się na miejscowy market, gdzie można zjeść  dobrze i tanio.  Było już po 16, czyli dawno po porze obiadowej, jednak panie sprzedające jedzenie miały jeszcze wystarczająco ugotowanych dań, które wielkimi łyżkami nakładały na talerze. Przy kilku stolikach siedzieli turyści, którzy tak jak ja szukali czegoś miejscowego i taniego. Rozglądałam się po twarzach i talerzach, żeby wybrać coś smacznego. Mój wzrok zatrzymał się na stoliku, przy którym siedział młodych chłopak, dwóch starszych mężczyzn i dziewczyna. Ciemnooki chłopak zauważył moją chwilę zawahania – dobre jest – powiedział z uśmiechem pokazując swoje białe, idealne zęby. Nie wiedziałam, że ten uśmiech będzie towarzyszył przez najbliższe dwa tygodnie.

– jeśli tak, to chyba się do Was dosiądę –

Martin, był z Argentyny, od kilkunastu miesięcy podróżuje starym renault 12. Jego planem jest objechanie Ameryki Południowej dookoła. Nie jest jeszcze w połowie, więc przed nim co najmniej kolejnych kilkanaście miesięcy. Dwaj mężczyźni, to jego ojciec i przyjaciel, którzy przylecieligo odwiedzić, a dziewczyna przysiadła się tak samo jak ja.

Dopiero przyjechali do miasta i poszukuąa miejsca do spania . Poleciłam im swój hostel i pożegnałam się życząc udanej wyprawy. Zanim doszłam do hotelu, krążąc małymi uliczkami, oni już tam byli. Właśnie rozpakowywali samochód.

IMG_93901
moja nowa argentyńska rodzina

-jedziemy na huśtawkę końca świata – powiedział ojciec Martina– może chciałabyś z nami pojechać? –zaproponował

Chciałabym? O czym innym tak nie marzyłam, jak o kolejnym wyjeździe na moją ukochaną huśtawkę, szczególnie dlatego, że poprzednie zdjęcia mi przepadły. Zamiast kąpieli i odpoczynku, rzuciłam tylko swoje rzeczy w  hostelu i wcisnęłam się do renault, które swoje już przejechało. Pomimo tego, że panował w nim bardzo twórczy bałagan, wszystko jakby miało swoje miejsce. Za siedzenie służył mi Martina plecak. Najważniejszym składnikiem wyposażenia był termos na gorącą wodę i argentyńska mate, którą piją dosłownie bez przerwy. Picie mate w Argentynie to wydarzenie społeczneJ

Tym razem dojazd na huśtawkę zajął nam jeszcze dłużej, ponieważ Renault 12, to taka wysłużona babcia, która nigdy nie jedzie powyżej 50 mk/h a po górskich drogach powyżej 10! Nie szkodzi, my się nigdzie nie śpieszyliśmy. Kiedy dojechaliśmy do huśtawki było tam prawi pusto. Tylko wnuczka właścicieli, która przyjechała na wakacje, aby odpocząć od dużego miasta i pomóc dziadkom w pracy. Huśtawka była nasza! Mogliśmy do woli huśtać się na niej i robić zdjęcia. Usiedliśmy na ławce i wypiliśmy matę zajadając ciastkami, które Martin znalazł gdzieś w samochodzie. On miał tam wszystko!

Tego dnia poszliśmy również do gorących źródeł, w którym były takie tłumy, że nie można było nawet się do nich dostać. Wieczorem wybraliśmy się na salsę a rano…. Rano wyruszyliśmy w dalszą podróż. Stałam się częścią rodziny Renault 12!

 

IMG_93541
jesteś gotowy na niespodziankę? Bóg istnieje!

 

IMG_93581
Naiz del Diablo

IMG_93641

IMG_93851

IMG_93891
Martin i Casa del Arbol

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *