Zgubieni w górach -kiedy raj zamienia się w piekło

-Zabiorę Cie w przepiękne miejsce. W góry, jakich na pewno jeszcze nie widziałaś – powiedział N, który bardzo ucieszył się z mojego przyjazdu do Paragwaju.
-Chętnie się tam wybiorę ale pamiętaj, że jestem świeżo po dendze i bardzo słabo się czuję- uprzedziłam przerywając moją wypowiedź napadami kaszlu, które miałam od jakiegoś czasu.
Z samego rana spakowaliśmy plecaki i wsiedliśmy do autobusu.
Najpierw pojechaliśmy do Caacupe, sanktuarium Matki Bożej, do której 8 grudnia pielgrzymują mieszkańcy Paragwaju.-proszę Cię o zdrowie i bezpieczeństwo w podróży, niczego innego nie potrzebuje- modliłam się..
Kolejnym autobusem pojechaliśmy do  Tobati.
-Na pewno mamy wystarczająco wody na cały dzień w górach?- pytałam patrząc na termos i dwie małe butelki z wodą
-Nie martw sie- będziemy blisko wsi. Zajdziemy tam po wodę- uspokajał -A co jeśli będzie padać?- Nie ustępowałam. – Idziemy do Wodospadów – tam znajdziemy schronienie-otrzymałam odpowiedź.
-Aby dojść do Wodospadów, mamy dwie drogi. Jedna to ścieżka, jest krótka i nudna. Ta druga to droga przez dżunglę, zajmuje 5 Godzin ale jest przepiękna- przekonywał N do wybrania dłużej drogi. Sprawdziliśmy nawigację. -Droga przez dżunglę to 1,5 godziny a Ty mówisz że to 5?- Zdziwiłam się widząc mapę. -Pamiętaj że jestem chora. Jeśli uważasz, że dam radę ją pokonać to możemy ją wybrać. Ufam Ci i wiem, że wiesz co jest dla mnie bezpieczne- Powiedziałam składając moje życie na ręce wczoraj poznanego chłopaka.
Wyruszyliśmy. Dojechaliśmy autobusem do Tobati, gdzie znajdują się góry Cordiriela. Z drogą graniczyły wysokie masywy skalne po których mieliśmy się wspiąć.-To niemożliwe, nie damy rady powiedziałam patrząc na poziom trudności
Poszliśmy więc w inne miejsce, gdzie podejście było trochę łagodniejsze.
Zaczęliśmy się wspinać. Na szczęście nie było słońca, więc upał aż tak nam nie przeszkadzał. Na pierwszym szczycie zobaczyliśmy zieloną łąkę i pasące się krowy. Z góry rozciągał się przepiękny widok na okolice. Z jednej strony droga, z drogiej na przemian wysokie góry poprzedzielane pasami porośniętymi dżunglą. -Jak tu przepięknie- powiedzieliśmy wspólnie rozkoszując się widokami.

PicsArt_11-30-02.55.51

Wyruszyliśmy dalej spotykając miejscowych chłopców, którzy zaprowadził nas do małej rzeki, która wpadała do kilku oddzielnych od siebie jeziorek. Tam znów się zatrzymaliśmy aby wziąć chłodzącą kąpiel.
Dalsza wędrówka wiodła nas przez szczyty gór, które były dla nas wyznacznikiem właściwego kierunku. Czasami skały były tak śliskie, że musieliśmy przedzierać się przez dżunglę, z trudem łamiąc zarośnięte gałęzie i omijając pająki  oraz węże. W tym regionie na wolności żyją przeróżne gatunki zwierząt.
-Jesteś pewien że znasz kierunek?- pytałam kiedy do zmierzchu zostało tylko 2 godziny a miejsce do którego mieliśmy się dostać wciąż było schowane gdzieś za odległymi szczytami.
– Oczywiście, już tu byłem-uspokajał uśmiechnięty -zawsze możemy pójść do wioski i tam przenocować- wskazał na kilka domków położonych na dole.
Woda zaczęła się kończyć a punkt wciąż się nie przybliżał.
-Może powinniśmy jednak iść do wioski- poprosiłam kiedy dalsza droga była nie do przejścia.
Zawróciliśmy.
Aby do niej dojść, należało zejść z góry co wcale nie było takie łatwe. Znaleźliśmy miejsce, gdzie spadająca rzeka wyżłobiła schody. Chcieliśmy nimi zejść jednak one dochodziły do czubków wysokich palm, dalej zostawiając śliską, stromą skałę.- gdybym był sam, skoczyłbym na palmę ale Ciebie nie narażę na takie niebezpieczeństwo- powiedział N.
Musieliśmy wrócić po schodach na szczyt by dalej podążać w kierunku napotkanej wcześniej ścieżki.
Udało nam się do niej wrócić jednak ścieżka przecinała przepiękne jeziorko przy którym postanowiliśmy rozbić nasz obóz.
Przygotowaliśmy spanie i zjedliśmy kolację podziwiając cudowne widoki. Prawie idealnie –stwierdziliśmy wpatrując się w otaczającą nas przestrzeń i wsłuchując w koncert żab i świerszczy.
Kiedy leżeliśmy już w naszych śpiworach gotowi do spania, spadły na nas pierwsze krople deszczu. Spojrzeliśmy na niebo, było zachmurzone. Nie byliśmy przygotowani na taką pogodę.
-Chcesz iść do wioski? -Zapytał N. Chciałam, wiedziałam, że jeśli teraz zmoknę i nie będę w stanie się wysuszyć, moja choroba tylko się pogorszy. Widzieliśmy, że nie jesteśmy daleko od wioski, bo z oddali dobiegła do nas muzyka. Spakowaliśmy nasz obóz i wyruszyliśmy w ciemność świecąc zabranymi Przeze mnie latarkami. Podążaliśmy za nią, przedzierając się przez zarośla, co chwila wpadając na pajęczyny. Ścieżka się rozdzieliła. Ja uważałam, że powinniśmy iść w innym kierunku, N, że w innym. Moja orientacja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła, ale widząc stanowczą minę N poszliśmy za jego opcją. Najpierw ścieżka się powiększyła, co oznaczało że chodzą nią ludzie, później znacznie się zwężyła, by w końcu całkiem zniknąć z zaroślach.- co dalej!- wracamy. W drodze powrotnej natrafiliśmy na kolejną wąska ścieżka która wiodła w górę po śląskich skałach. Nelson znacznie przyspieszył kroku, co na tym podłożu było niebezpieczne. Wyszliśmy z zarośli mając nadzieję, że znaleźliśmy drogę powrotną. Stanęliśmy, żeby poświecić latarkami. N podszedł kilka kroków do przodu i krzyknął z przerażenia.-Jesteśmy nad przepaścią – był cały spocony i roztrzęsiony- nigdy się stąd nie wydostaniemy powtarzał w panice. na dole coś jest, wpatruje się w nas- dodał
-Co Ci jest -zapytałam widząc jego dziwne zachowanie . -Mam klaustrofobię!!!- odpowiedział
Miałam ochotę krzyczeć, ale wiedziałam że to tylko pogorszy sytuację. Zaczęłam go uspokajać. – spokojnie, znajdziemy wyjście. Zawsze możemy też tutaj zostać na noc i poszukać go rano. Będzie dobrze. Tutaj nic nam się nie stanie – powtarzałam oddając mu ostatnie krople wody. Kazałam poczekać i z latarka sama poszłam obejrzeć okolice. Widząc nasze położenie sama byłam przerażona. Znajdowałam się na szczycie wysokich gór z których widać było światła wioski i słychać muzykę. Dookoła nas, poza światłami wioski, panowała ciemność i dwa małe czerwone oczka, wpatrzone w nas w bezruchu. Boję się ciemności, dlatego poprosiłam N, aby szedł przodem. tylko że teraz nie pozostało mi nic innego jak wziąć sprawy w swoje ręce. Uspokoiłam N, poprosiłam go o pokazanie mi mapy i wyruszyłam przodem przedzierając się przez pajęczyny. Mój plan był prosty. Dojść do miejsca na mapie wyglądającego jak ścieżka. Być może będzie można tam zejść z gór. Niebezpieczeństwem było to, że ścieżka mogła okazać się rzeką nie do pokonania. Innej możliwości nie było. Szłam spokojnie starając się opanować emocje, co chwilę sprawdzając stan N, który za mną podążał. W pewnym momencie usłyszałam szum. To rzeka przepływająca na dole. Nie wiedziałam, czy cieszyć się, czy nie. Powoli zeszliśmy do źródła. Było to miejsce w którym się dzisiaj kąpaliśmy. Bez problemu rozpoznaliśmy je nawet po nocy. Jesteśmy uratowaniu! teraz wystarczyło znaleźć drogę, którą tu przybyliśmy. Najpierw samotna skala, później łąka z krowami i jesteśmy. Przekroczyliśmy rzekę i ruszyliśmy w obranym kierunku, ostrożnie pokonując delikatne skały. Przy każdej napotkanej samotnej skale, myśleliśmy, że to właśnie ta, aż w końcu dotarliśmy do tej właściwej. N uśmiechnął się ze szczęścia, siadając na chwilę aby odetchnąć. – Teraz znajdziemy drogę – mamy czas. Jak w najgorszym horrorze, za jego plecami zobaczyłam błysk.- tylko nie to- pomyślałam, wiedząc że już nie jestem spokojna. jeśli nie uda nam się zejść przed nadchodzącą burzą to po nas. Tutaj padający deszcz zamienia skały w śliskie rzeki, po których nie da się zrobić ani kroku. Nie mówiąc już o niebezpieczeństwie uderzenia piorunem.-musimy iść! Natychmiast! – Powiedziałam nie wyjaśniając powodu mojej paniki. Nie chciałam wzbudzać jej też w N. Wyruszyliśmy dalej w poszukiwaniu łąki, jednak nie mogliśmy jej znaleźć. natrafiliśmy za to na wąska ścieżkę.-Jeśli tutaj pasły się krowy, to w jakiś sposób muszą mieć dojście do wsi. To pewnie ścieżka prowadząca do wsi.- wyjaśniłam motywując moją decyzję o podążaniu nią. Jednak N znów nie był przekonany, tym razem zaczął panicznie szukać północy na mapie. Przecież my I tak nie wiemy w jakim kierunku mamy iść. Mapa była tylko zrzutem z Google maps. -musimy iść!- poganiałam go patrząc na zbliżającą się burze. Pierwszy raz w życiu miałam w sobie tyle kotłujących się emocji, strach o wysłane życie, troska o życie N i złość jaka do niego miałam, że nieodpowiedzialnie zabrał mnie w góry których nie zna, wiedząc że jestem chora i nawet nie zapewniając wody. Do tego w krytycznej sytuacji mówi mi że ma klaustrofobie. Jeszcze gdybym go o to wszystko nie pytała, ale ja upewniałam się kilka razy. W myślach prosiłam Boga o ratunek w tym samym momencie obiecując sobie, że dam upust swoim emocjom dopiero jak uda nam się wydostać.

PicsArt_11-30-02.59.531

W końcu wyruszyliśmy w poszukiwaniu starej trasy, czyli łąki. Przecież tutaj pomiędzy górami, łąka powinna być łatwa do znalezienia.  Wracając w kierunku z którego przeszliśmy dotarliśmy do łąki. Szczęśliwi, że znaleźliśmy drogę, tuż za łąka zaczęliśmy schodzić po skałach. Niestety! Skały dochodziły do dżungli, której nie dało się przejść. Byliśmy już tak blisko. Mieliśmy drogę prawie na wyciągnięcie ręki.. Błyski były coraz bliżej co oznaczało, że mamy coraz mniej czasu. Byłam spanikowana i wściekła
Teraz już sama nie wiedziałam co mamy robić. Nie chciałam wracać w góry ale widziałam że dżungla była nie do pokonania.
-Musimy się wrócić i znaleźć drogę, którą przeszliśmy, to nasza jedyna nadzieja – powiedział N, a ja wiedziałam, że miał rację.
Patrzyłam zrozpaczona w przestrzeń. Znów zaczęliśmy wspinać się po skałach ,a później idąc nad przepaścią szukać ścieżki w dół Znaleźliśmy, dokładnie tę samą, którą tu przyszliśmy. Starając się opanować emocje w pośpiechu pokonaliśmy ostatnie przeszkody i znaleźliśmy się na drodze. Była 1 w nocy. Boże, dzięki że żyje. W wiosce znaleźliśmy czynna stację benzynowa. – Zimne piwo dla mnie, albo dwa- powiedziałam do sprzedawczyni. Nie usiłowała ukrywać zdumienia widząc nas z plecakami o tej porze -zgubiliśmy się w górach- Powiedział N uprzedzając jej pytanie.

-Coo? Tutaj? Przecież tu jest bardzo niebezpieczne- powiedziała.
Nie odpowiedzieliśmy. Wzięliśmy zimne piwo na zewnątrz i właśnie wtedy zaczął padać deszcz. Teraz nawet sprawiał mi przyjemność, bo mogliśmy się trochę orzeźwić
Najbliższy autobus do miasta odjeżdża o 3 rano
Musieliśmy czekać.
-nienawidzisz mnie?- zapytał N poważnie.
-Dzisiaj nie, nie mam na to siły, ale jutro zacznę- Odpowiedziałam ciesząc się z życia jak nigdy przedtem

PicsArt_11-30-02.57.201

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *