z Paragwaju do Boliwii

Spędziłam w Paragwaju 10 dni, a raczej w autobusach, bo kiedy dojeżdżałam do jednego miejsca po nocy w autobusie tak lało że nie dało się wyjść z dworca więc kolejnym 8-godzinnum autobusem wracałam do Asunción gdzie miałam swoją bazę wypadową. Po drugim takim razie miałam dość. Kupiłam bilet do Boliwii. 24 godziny w autobusie – to był oficjalny czas przejazdu, nieoficjalny – 28, po drogach bez asfaltu, z tymi samymi widokami, w rozklekotanym busie co jakiś czas zatrzymywani przez policję poszukującą narkotyków. Jakby ktokolwiek wwoził narkotyki do Boliwii (chyba im się kierunki pomyliły).

O 5 rano, kiedy w końcu udało mi się zasnąć, autobus się zatrzymał – musieliśmy wziąć pieczątkę wyjazdową z Pragawaju. Tylko, że do granicy zostało co najmniej kilka godzin jazdy. Aby wejść do biura, najpierw trzeba było przedostać się przez chmary much, które obległy ścieżkę i oświetloną szybę. Celnik zaspanym głosem wyczytywał nazwiska i wstawiał pieczątki.

– No to koniec Paragwaju. Nie będę tęsknić, możemy się już nigdy więcej nie spotkać – żegnałam się z tym mało interesującym dla mnie państwem.

O godzinie 1 w południe znów postój, jesteśmy na granicy. Wszyscy zabrali bagaże by celnik mógł je sprawdzić w sposób oznaczający „nie chce mi się tego robić, zresztą wywoźcie sobie co chcecie”. Po stronie boliwijskiej ktoś z poczuciem humoru, pytając o powód wizyty i pochodzenie. Najpierw pierwszy – pieczątka, później drugi. -Niemka?- patrzy na mnie, na mój paszport i na bilet. w paszporcie  wyraźnie napisane jest polka,   na bilecie- niemka. -Nie było opcji polki w systemie -tłumaczę. Zresztą tutaj każdy niebieskooki uważany jest za Niemca. Kiedy już przeszliśmy przez granicę musimy się wrócić. Celnicy zażyczyli sobie dokładnego sprawdzenia bagaży. Proszę wyrzucić wszystko mówi strażnik. -Ale to są same ubrania- Oburza się podróżująca Niemka. Ja pokornie wyrzucam Wszystko co mam, modląc się żeby nie kazali pokazać bagażu podręcznego w którym na wierzchu jest gaz.

-Wszystko w porządku. Możecie jechać dalej.- mówią. Na miejsce dotarliśmy o 23.

Po niefortunnych doświadczeniach z CoichSurfingiem w Paragwaju, postanowiłam chwilowo odpocząć od obcych ludzi i przez jakiś czas nocować w hostelach, których tak bardzo nie lubiłam bo wiedziałam, że w taki sposób nie poznam miejscowej kultury. Na szczęście od hosteli uratował mnie R, znajomy znajomego który zaprosił mnie do swojego domu w Santa Cruz. R przyjechał po mnie na dworzec i przywitał ogromnym uśmiechem.  Był niewysoki, jak prawie każdy Boliwijczyk, jednak ze zdecydowanie bardziej europejska twarzą i eleganckim wyglądem. Być może o za sprawą kilku lat spędzonych w Europie, dokąd wysłali go rodzice, aby się uspokoił. Zanim zdążyłam zapytać go o możliwość zakupu karty sim, on miał ją już przygotowaną dla mnie, tak na wszelki wypadek.

Uparł się również, że pomoże moim nowo poznanym znajomym znaleźć nocleg, w międzyczasie wymienił im dolary na boliwijskie pesos, żeby nie musieli przepłacać.  – jeśli wszyscy ludzie są tak pomocni w Boliwii, to ja tu zostaję – pomyślałam, jednak z doświadczenia wiedziałam już, że tak nie jest.

 

par

par1

par2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *