Walia

                   
Jeden dzień w Londynie, ostatnie pożegnania ze znajomymi i Walia. Niestety nie było to takie proste. Do Walii postanowiłam ruszyć z Dawidem- znajomym poznanym w Londynie, niesamowicie optymistyczną postacią w moim życiu. Kocha podróże prawie tak samo jak ja, tylko zobaczył już trochę więcej świata. 😉
Od razu zgodził się na wyprawę ze mną- nic lepszego nie mogło mnie spotkać. Dawid jest zapalonym trekkingowcem i był już w Walii kilka razy. Zaplanowaliśmy podróż pociągiem, a później-zobaczymy co będzie dalej. Niestety musieliśmy zmienić plany, bo Dawidowi wypadła podróż służbowa akurat w tamte strony. Tylko co ze mną, skoro za bilety zapłaciliśmy, a tylko on może je odebrać? Nie pozostało nic innego jak kupno nowych biletów. Nie dziwi mnie, że bilety pociągowe w Wielkiej Brytanii są aż tak drogie, skoro druga klasa tutaj, jest dużo lepsza od pierwszej kasy w Polsce.
 Tak więc kupiłam nowy bilet, jak się okazało w ostatniej chwili-nie do tej miejscowości co trzeba. Był tylko do połowy trasy. Na szczęście udało mi się dokupić pozostałą część biletu płacąc prawie drugie tyle co za całościowy. W taki sposób szczęśliwie wsiadłam do pociągu i wyruszyłam na spotkanie z nowymi przygodami.
Gdy dotarłam do Conwy, była już prawie północ. Nie wiedziałam co dalej… Dawid znalazł pole campingowe w okolicznej miejscowości gdzie nawet nie rozbiliśmy namiotu, tylko spaliśmy z tyłu jego służbowego busa.

Krzykliwa pobudka

 Rano obudziła nas niezadowolona właścicielka pola, natychmiast żądając od nas zapłaty… Okazało się, na pole nie można przyjeżdżać po godz 22…Na szczęście, Dawid wykorzystał swój urok osobisty i jakoś udało się ją udobruchać. Po zapłaceniu 14 funtów, szybkiej kąpieli i grillowanym śniadaniu, ruszyliśmy dalej. Zajechaliśmy na herbatę do pensjonatu,gdzie było mini muzeum Sir Edmunda Hillarego. To on jako pierwszy zdobył Mount Everest. Pod sufitem wisiały buty trekkingowe sprzed ok. 50 lat. Nie wiem jak on dał radę, w takich ciężkich butach, zdobyć ten szczyt…
Herbata była pyszna. Pierwszy raz w życiu piłam herbatę z mlekiem, do tego, domowej roboty ciasto marchewkowe. Pycha.
Po wypiciu herbaty, pojechaliśmy na kolejne pole campingowe i wyruszyliśmy zdobywać Snowdonię. Strasznie się bałam,bo to moja pierwsza taka wyprawa, a Dawid ma pod tym względem bardzo duże doświadczenie. Gdy zobaczył moje jedyne buty (poza szpilkami ukrytymi gdzieś w bagażu), powiedział, że chyba sobie żartuję, że chcę iść w tych butach w góry. Na szczęście udało mi się go przekonać, że one tylko tak niewinni wyglądają, a w rzeczywistości są naprawdę niezawodne. Sama nie do końca w to wierzyłam.

Pierwszy szczyt zdobyty

Podczas marszu na szczyt, były momenty, kiedy miałam ochotę zepchnąć Dawida ze skały. Szedł bardzo szybko i nawet raz nie zapytał, czy nie potrzebuję odpoczynku. Na szczęście powstrzymałam się od tego niecnego czynu oraz od narzekania i  trochę zmęczona, ale szczęśliwa dotarłam na szczyt.. już dawno nie byłam z siebie taka dumna.
na pierwszym zdobytym szczycie
 
Droga powrotna był już dużo lżejsza. Popołudniowy spacer podczas którego mieliśmy okazję podziwiać piękne widoki. Na szczęście pogoda nam dopisała.
 
Na polu campingowym spędziliśmy bardzo miły wieczór w towarzystwie dwóch angielskich par, wsłuchując się w dźwięki gitary i sącząc wódkę…Tak naprawdę byli to ludzie po 40, i nie wszyscy pochodzili z Anglii, ale byli bardzo sympatyczni i ambitnie pili wódkę bez popitki!!  Nie jestem w stanie przełknąć kieliszka wódki nawet zapijając go szklanką soku, a oni sączyli ją jak szkocką whisky. Nieświadomi skutków, bardzo szybko byli pijani. Ha ha ha, takie są skutki picia wódki 😉

W poszukiwaniu campingu

Kolejnego dnia, obudził nas deszcz dudniący o samochód (znów nie rozbiliśmy namiotu). Pogoda nie nastrajała do wyprawy w góry. Postanowiliśmy jechać nad morze. Pojechaliśmy do miejscowości Herlech. Mała turystyczna miejscowość, z pięknym zamkiem i jeszcze piękniejszą plażą. W końcu znalazłam prawdziwą piaszczysta plażę. Do spaceru po niej nie zniechęcił nas nawet deszcz. Bezskutecznie usiłowaliśmy upolować homara na kolację, więc bogatsi tylko o nowe muszle, pojechaliśmy szukać noclegu na kolejną noc. Nie sądziliśmy, że to zadanie okaże się aż takie trudne. Z powodu święta w UK, wszystkie campingi już dawno były zarezerwowane. Przejechaliśmy 80 mil w poszukiwaniu jakiegokolwiek pola namiotowego i nic. Gdy byliśmy już zdecydowani spać na jakimkolwiek parkingu (przecież nie musimy rozkładać namiotu-mamy swojego „campervana”), zobaczyliśmy jakiś małe pole namiotowe, tnz. podwórko, które wlaściciel wynajmowała jako pole. Na szczęście właściciel zgodził się, przyjąć nas na nocleg. Nie mieliśmy już ochoty wyprawiać się w góry, więc wieczór spędziliśmy na campingu, popijając zakupione wcześniej piwo.
w campervanie
 

Kolejne szczyty

Ostatni dzień w Walii, wczesna pobudka i ruszyliśmy zdobywać szczyty. W tych okolicach, nie ma wysokich gór, jednak widoki są bardzo ładne. W górach walijskich nie ma lasów, więc nawet nie wspinając się zbyt wysoko, można podziwiać przyrodę odległą o kilkadziesiąt kilometrów. Z jednej strony morze, z drugiej góry. Jest tylko jeden warunek-musi być ładna pogoda. Nie jest on jednak łatwy do spełnienia, ponieważ pogoda w Walii jest bardziej zmienna od kobiety.. W ciągu dnia, co kilkanaście minut może na przemian lać i wychodzić słońce. Wcale nie przesadzam. Wyprawa do Walii bez kurtki przeciwdeszczowej wiąże się z bardzo częstym prysznicem na świeżym powietrzu.  Na szczęście kurtka, którą kupiłam w Glasgow, zdała egzamin. Niestety adidaski od mamusi tym razem zawiodły. Były bardzo wygodne, jednak nie wytrzymały chodzenia po podmokłym terenie. Bardzo szybko miałam „wannę” w butach. Może i lepiej, bo dzięki temu przestałam wykonywać piruety nad każdą napotkaną kałużą, ze strachu, że troszkę wody naleci mi do butów. Mogłam spokojnie chodzić po wodzie. Długa przyjemna kąpiel dla moich stóp. Urocze było pytanie Dawida, czy aby nie chce zawrócić z powodu przemokniętych butów. To on jednak ma jakieś uczucia!?
wylewając wodę z buta
 
Oczywiście nie chciałam zawrócić i radośnie maszerowałam po wszystkich napotkanych bagnach. Droga była śliczna. Stare kopalnie, ruiny budynków byłych robotników- rozkosz dla moich oczu. Szlak nie był oznakowany, więc szliśmy na czuja. Tak naprawdę to na „czuja Dawida”. Na szczęście jak zwykle spisał się na medal, bo udało nam się dotrzeć na najwyższy szczyt w okolicy. Gdy dochodziliśmy już do szczytu, pojawiły się ciemne chmury.
Niech zacznie padać za 15 minut, żebyśmy chociaż chwilę mogli nacieszyć się widokami-powiedziałam. Jak zwykle miałam szczęście. Mieliśmy dokładnie tyle czasu, ile potrzeba na wchłonięcie pięknego widoku, zrobienie kilku zdjęć …i zaczęło padać. Szybka ulewa i po 10 minutach znów wyszło słońce. Ach ta walijska pogoda…
widok ze szczytu
 
Zbliżał się już koniec naszej wyprawy. Tym razem nie mieliśmy co ugrilować, więc na kolacje pojechaliśmy do Perhyndeudraeth, gdzie znaleźliśmy prawdopodobnie jedyną czynną restaurację, w której byliśmy pierwszymi klientami . Tak naprawdę dla mnie był to słabiej klasy bar z wnętrzem nie remontowanym od stuleci, dumnie noszący nazwę restauracji i posługujący się cenami na jej poziomie. Wiem, że nie powinnam narzekać, bo tym razem Dawid stawiał, ale mimo wszystko od walijskiej restauracji znajdującej się w centrum turystycznego miasta ,można wymagać trochę więcej.

Podsumowując

Przez cały pobyt w Walii, nie poznałam ani jednego Walijczyka. Jeśli chcesz poznać dużo miejscowych, podróżuj samotnie i uśmiechaj się do wszystkich wkoło. Działa!
Góry: wymarzone miejsce dla początkującego trekkingowca kochającego piękne widoki. Widziałam jak wycinali ostatnie kawałki lasu. Gdy tam pojedziesz, masz szansę go już nie zobaczyć. Nie będzie zasłaniał Ci widoków.
Noclegi-ze służbowego busa,stworzyliśmy naszego wspaniałego campervana który świetnie się spisywał. Plusy:nie trzeba rozstawiać namiotu. Minusy:często nie chciano nas przyjąć na pole campingowe, bo twierdzono, że samochód jest za ciężki.
Mój angielski– podróżując z Dawidem, prawie wcale go nie używałam. 1.Dlatego, że nie miałam takiej potrzeby,bo on wszystko załatwiał. 2.Znów włączyła mi się bariera, która nieustannie krzyczała,że gdy Polak mówi tak świetnie po angielsku (jak Dawid), lepiej się nie ośmieszać i nie mówić nic;)
Ceny-przez miesiąc mieszkania w Londynie i podróż do Szkocji, zdążyłam przyzwyczaić się do cen w Wielkiej Brytanii, jednak nie  oznacza to, że w pełni je akceptuje. Są zdecydowanie za drogie jak na polską kieszeń. Nawet 19 funtów za noc na campingu, bez rozbijania namiotu!? Mimo wszystko, wyjazd jak najbardziej wart tej ceny.

Powrót do Londynu

Czas na kolejny powrót do Londynu.Smutno opuszczać piękną Walię, jednak wciąż tęsknię za L… To jakby moja nowa miłość.. Ludzie, klimat, budynki… I love it! Nie chcę go opuszczać i wracać do Polski. … 
Po powrocie z do Londynu, spędziłam tam jeszcze dwa dni na rozkoszowaniu się ostatnimi chwilami i nauce do nadchodzącego egzaminu na studiach…
Ze łzami w oczach wsiadłam do samolotu. Był to łzy smutku pomieszane z łzami szczęścia. Smutku-te dwa miesiące tak szybko minęły i czas rozstać się z Wielką Brytanią, która skradła moje serce. Radości- przeżyłam tu wspaniałe chwile, poznałam nowych przyjaciół, dużo się nauczyłam. To były cudowne wakacje. Jeszcze tu wrócę-może już niedługo…
Czas wracać do Polski… Do usłyszenia podczas mojej kolejnej wyprawy… Mam nadzieję, że jak najszybciej, bo już planuję kolejną podróż. 
Cały świat na mnie czeka….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *