Trekking Santa Cruz – dokonałam niemożliwego

To był ten wymarzony dzień, kiedy miałam odbyć pierwszy trekking w swoim życiu. Wymarzony, gdyby nie małe ale… Po 45 minutowym  wejściu na ponad 5 tysięcy metrów nie wyobrażałam sobie, jak miałabym zrobić czterodniowy trekking wchodząc na prawie 5 tys. Bez aklimatyzacji, żadnego przygotowania, kondycji. Gdyby nie to, że już zapłaciłam, prawdopodobnie wycofałabym się. Organizator też nie pomagał, miał pojawić się w hotelu i powiedzieć co mam ze sobą wziąć. Kiedy nie przyszedł do 21, zdobyłam numer od właścicielki i zadzwoniłam. Na moje pytania powiedział tylko – o nic się nie martw, wyruszamy o 6, będzie dobrze – żadnych rad, nic!

Na śniadaniu spotkałam chłopaka pracującego w hotelu. – to Twój pierwszy trekking? – zapytał – i wczoraj źle się czułaś? Nie sądzę abyś powinna tam iść – poradził.

Nie mogłam się już wycofać . Ze strachem w oczach wsiadłam do busa w którym była już 10 szczęśliwców gotowych na nową przygodę. Większość z nich po wielu trekkingach na całym świecie i ja! 3 godziny jazdy po górach z przerwą na wspólne śniadanie. Dojechaliśmy do lago Langanuco. To nie było zwykłe jezioro.  Jego lazurowa wodza w połączeniu z górami i roślinami, wyglądała przepięknie.

lago yanganuco
lago yanganuco

Kolejne 2 godziny i byliśmy w małej miejscowości, w której rozpoczynał się trekking. – mogę jeszcze zrezygnować? – zapytałam przewodnika całkiem poważnie

– nie przejmuj się –  wszyscy dają radę, Ty na pewno też to zrobisz – odpowiedział zachęcająco. Dopiero później przyznał się, że kłamał i tak naprawdę dużo osób nie kończy trekkingu a zdarzały się przypadki, że niektórzy zostali w tych górach już na zawsze.

IMG_073813
kuchnia i jadalnia podczas trekkingu Santa Crus

Nasze bagaże zostały załadowane na 5 osłów: plecaki, jedzenie, namioty… same niezbędne rzeczy. Na placach został mi tylko mały plecak z prowiantem. Wyruszyliśmy.  Naszą grupą kierowało dwóch przewodników: Andres– oficjalny, który na początku zawsze szedł z przodu i Roberto – jego znajomy, który tym razem został poproszony o pomoc.  Obydwaj miejscowi, zakochani w górach. Postanowiłam trzymać się przodu, bo jeśli poczuję się gorzej, będę miała zapas czasu. Wchodziliśmy i schodziliśmy w deszczu i śniegu, ale ja się nie poddawałam. W połowie drogi, kiedy Roberto postanowił iść szybciej aby pomóc w rozbiciu obozu, postanowiłam do niego dołączyć.- jesteś pewna, że dasz radę? – zapytał. Nie byłam, ale bardzo chciałam spróbować. Wiedziałam już, że odcinek który pozostał nie wznosił się za bardzo, a na równym radzę sobie nie najgorzej. Bałam się tylko wysokości. Podążałam za nim dopytując o życie, relacje, góry….. naszą trasę. Nie zostałam w tyle, dotarliśmy prawie godzinę przed pozostałymi. – powiedziałaś, że nie dasz rady? – zapytał Roberto– rozejrzyj się, jesteś pierwsza – zaśmiał się ze mnie.  Powinnam być z siebie dumna, a ja bałam się jutra, bo przed nami ponad 1000 metrów wzwyż, bardzo wzwyż. Kiedy pozostali dotarli, kolacja była już prawie gotowa. Jeszcze musieliśmy wybrać sobie namioty i śpiwory. Podpytywałam, który powinnam wziąć, ale podobno wszystkie grzały tak samo DOBRZE.

Po wspólnej kolacji, rozmowach, poznawaniu się wzajemnie –  czas na sen. Kolejnego dnia pobudka o 5.30.  Weszłam do namiotu, który dzieliłam z Kristine – 47 Holenderka, która co jakiś czas zostawia rodzinę i wyrusza w samotną podróż.

Było zimno. Założyłam na siebie leginsy, spodnie, skarpety, podkoszulek, bluzę, czapkę do tego kaptur na głowę i weszłam do śpiwora, który wcale mnie nie grzał. Po kilkunastu minutach Kristine zasnęła a ja zostałam sama trzęsąc się z zimna. Było twardo i lodowato. Pocierałam rękami nogi, aby się trochę ogrzać, jednak kiedy przestawałam, znów czułam się jak sopel lodu.

Pobudka o 5.30 była dla mnie wybawieniem. Nie spałam więcej niż godzinę. Wygrzebałam się ze śpiwora i zakładając na siebie tylko kurtkę (bo wszystkie inne ubrania miałam już na sobie) poszłam na śniadanie. Inni mieli zdecydowanie lepszą noc, mi za to humor dzisiaj nie dopisywał, głowa mi pękała.  Nie dość, że ledwo patrzyłam na oczyi, to dzisiaj do IMG_058313pokonania ponad 1000 m wzwyż. Chciałam się wycofać.  Nie powiedziałam jednak tego. Skoro oni dadzą radę, to ja też. Wypiłam herbatę z liści coci  pakując przy okazji kilka do kieszeni (na wszelki wypadek).

Spakowaliśmy nasz obóz i wyruszyliśmy. Dzisiaj znów byłam z przodu. Roberto został pomagać przy załadowywaniu osłów. Szłam sama wyprzedzając pozostałych – w końcu droga miała być oznaczona. Kiedy wyszło słońce i mgła na chwilę opadła, przede mną ukazał się jeden z najpiękniejszych widoków w moim życiu. Nad długą, zieloną łąką, wznosiły się wysokie sześciotysięczniki, które odbijały się od jeziora. Stanęłam oniemiała. Dla takich widoków warto pokonać cały świat, a to jeszcze nie koniec. Rozpoczął się najtrudniejszy odcinek. Wzwyż, po stromych skałach. Słońce nagle zniknęło  się w chmury z których padał śnieg.

Nieugięcie pięłam się po skałach, rozcierając palce by nie zamarzły. Wzięłam liście coci i zaczęłam przeżuwać. Przede mną były dwie osoby, które nagle gdzieś zniknęły we mgle i śniegu. Trasa nie była oznaczona. Nie wiedziałam, gdzie mam dalej iść. Spojrzałam w dół, by poszukać pozostałych  – nie było ich jeszcze widać. Czyżby szła tak szybko? A może się zgubiłam i błądzę gdzieś po peruwiańskich szczytach. Szybko usiłowałam znaleźć jakąś orientację.  Na szczęście na szczucie ukazała się czerwona kurtka Kanadyjczyka, który mnie wyprzedził. Szłam w jego stronę odpoczywając co chwila. Jeszcze kilkadziesiąt metrów, kilka… Jestem. Przez skalne drzwi przeszłam na najwyższy, samodzielnie zdobyty szczyt – Punta Union 4750 m n. p.m.  Udało się! Udało!

Niestety widoki nie zachwycały. Przez pogodę nie było widać prawie nic. Śnieg zamienił się w jeszcze bardziej dokuczliwy deszcz. Przytuliłam się do skały, która chodź trochę osłaniała mnie od wiatru i tak spędziłam prawie godzinę czekając na pozostałych. Dotarli wszyscy przyprowadzając ze sobą słońce, które dopiero teraz pozwoliło nam ujrzeć to, do czego tak naprawdę dążyliśmy. Ze szczytu rozciągał się widok na olbrzymią dolinę na dnie której znajdowało się jezioro z lazurową wodą, sześciotysięczniki spoglądały na nas mówiąc: gratuluję!

Dotarła. Punto Union 4700 m. n . p. m.
Dotarłam. Punto Union 4750 m n . p. m.

Od tego miejsca było już tylko łatwiej. Przed nami droga w dół. Roberto dogonił nas zamierzając nas wyprzedzić. –chcesz iść ze mną- zapytał wierząc już ze dam radę – tym razem narzucę Ci cięższe tempo, jak nie dasz rady to zostaniesz. Nie zgubisz się – zachęcił. Chciałam. Dużo lepiej niż z moją grupą czułam się z przewodnikami i to z nimi najbardziej zaprzyjaźniłam się podczas trekkingu. Bardziej od turystów/podróżników z Europy fascynowali mnie miejscowi i ich normalne życie. Zaczęliśmy zbiegać z góry. Bieg na wysokości prawie 5000 tys to nie to samo, co jogging na plaży, jednak dałam radę. Zatrzymywałam się tylko, żeby zrobić zdjęcia. Chciałam uchwycić te wszystkie niesamowite widoki.

-gdzie jest dziewczyna która tak bardzo się bała i mówiła, ze nie da rady? – zapytał nagle Roberto – chyba nigdy jej nie poznałem- spojrzał na mnie z uśmiechem. Nie odpowiedziałam, wiedziałam, ze nie muszę, że dla mnie, dokonałam czegoś wielkiego, czegoś o czym nawet nie śniłam!

W trakcie zejścia zaczęłam narzekać na nieprzespaną noc i śpiwór, który wcale nie grzał. Nie mogłam wyobrazić sobie jeszcze jednej takiej nocy. Dostałam propozycje nie do odrzucenia – jeśli wykąpiesz się w wodzie z rzeki, (która jest lodowata)- oddam Ci mój śpiwór – powiedział Roberto.  Nie wahałam się ani przez chwilę. Chęć spania w ciepłym śpiworze była większa niż strach przed wodą i utrata bielizny (bo nie miałam już nic na zmianę).

Woda była jak lód! Za to spędziłam całkiem miłą noc w ciepłym śpiworze, w przeciwieństwie do pozostałych, którzy właśnie wtedy zamarzali z zimna.

Nie czułam się jak uczestnik, raczej jak organizator i przyjaciel, więc zaraz po dojściu do obozu zaczęłam pomagać w rozstawianiu namiotów, później gotowaniu. Dzięki temu miałam ciepłe miejsce przy ogniu (do którego nikt inny nie miał dostępu) i alkohol podawany przez bagażowych, którego tym razem nie odmawiałam. Chciałam się ogrzać za wszelką cenę. Było mi dobrze, jak w domu. Tak dobrze, że nawet dostałam propozycje pracy z przewodnikami i przez chwilę kusiło mnie żeby zostać…. Jednak czas wracać.  Moja podróż dobiegała końca…..

IMG_066613
z Adnre – wieczne wygłupy 🙂

 

IMG_061413
wszystkie bagaże transportowały osły

 

IMG_059413

IMG_056813
NAsz przewodnik Anders, naprawiając mylnie postawiony znak do Punta Union

 

IMG_051613
peruiwańskie dzieci

 

IMG_050113
trekkingowa elkipa do Santa Crus

 

IMG_06731
Roberto …. zazwyczaj ogladałam jago plecy 🙂

 

One thought on “Trekking Santa Cruz – dokonałam niemożliwego

  1. Super przygoda. Musze wrócić kiedyś do Peru,żeby przejść tą trasę:) Możesz podać nazwę agencji, z która szłaś i jaka jest aktualnie cena tego treku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *