Spacer po Porto

Po dwóch deszczowych dniach, kiedy tak naprawdę nie widziałam prawie nic, miałam czekałam, aż w końcu zobaczę choć kawałek niebieskiego nieba. Moje modlitwy zostały wysłuchane.  Już od rana się przejaśniało.  Wiatr co chwila odganiał deszczowe chmury, które tak łatwo nie dawały za wygraną i przypominały o sobie krótkim, lecz ulewnym deszczem. Specjalnie nie wzięłam do Porto parasolki, ani nie kupiłam jej na miejscu. Żaden deszcz mi nie straszny.
Tym razem musiałam zwiedzać sama. Zaczęłam od… śniadania w kawiarni. Udało mi się zamówić normalną kawę z sernikiem. Ciasto dodało mi sił na długi spacer dookoła miasta.  
Spacerowałam wąskimi uliczkami otoczonymi kolorowymi kamienicami i mnóstwem sklepów z pamiątkami… Poszłam nad Pacos de Conelho, czyli miejski ratusz. Tam pojawiły się już pierwsze wiosenne kwiaty na drzewach, które pewnie tak samo jak ja nie mogły doczekać się wiosny. Bo to właśnie ona daje im życie… 
 
Pacos de Cohel
 
 
Był poniedziałek. Bez przeciskających się tłumie turystów, pojedyncze spacerujące osoby. Dało mi to okazję do poobserwowanie miejscowych. Podobno Porto to miasto biznesu, tu zarabia się pieniądze, a w Lizbonie wydaje. Jakoś tego nie zauważyłam. Nie widziałam wielkich biurowców  z Panami i Paniami w garniturach pracujących jak mrówki… Może byłam w nieodpowiedniej dzielnicy
W biurze informacji turystycznej, Pani ze świetnym angielskim wręczyła mi darmową mapę i cieszyła się, że może mi w czymś pomóc. – w końcu od tego tu jestem – powiedziała z uśmiechem doradzając mi co powinnam zobaczyć prze mój ostatni dzień. Byłam w gotyckiej katedrze i spacerowałam nad rzeką przyglądając się staruszkom stojącym na balkonach i obserwującym nielicznych turystów. W końcu to pewnie jedne z ich najważniejszych zajęć. Pewnie też bym robiła to samo, gdybym mieszkała przy głównym deptaku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *