Serbia – przepychając motocykl przez granicę

Cieszyłam się jak małe dziecko, kiedy Aprilia zapaliła, ale tak samo mocno się obawiałam, czy znów gdzieś nie postanowi zgasnąć. Wciąż był weekend, więc nie znalazłabym żadnego mechanika. Postanowiłam jechać dalej. Bez problemu pokonałam prawie całe Węgry przejeżdżając je autostradami w ponad 30 stopniowym upale. Przede mną ziemia obiecana: granica z Serbią. Serce zabiło mi mocniej widząc kolejkę samochodów, która oddzielała mnie od przejścia. Stanęłam na końcu, kolejka przesuwałam się powoli, co chwila musiałam palić i gasić i motocykl. Podświadomie bałam się, że jedno takie zgaszenie może skończyć się tym, że Pegaz już nie odpali. Moje obawy się spełniły. Ok. 50 metrów od granicy, przy kolejnej próbie odpalenia, wydał tylko cichy dźwięk niemocy, zakręcił i nic.

Przeklęłam w myślach. Co teraz? Spychać go na bok, czy może postarać się przedostać przez granicę.  Postanowiłam go przepchnąć  do Serbii i tam zastanowić się co dalej. W najczarniejszych myślach nie wyobrażałam sobie, że na każdej granicy będzie spotykało mnie to samo.

Celniczka spojrzała na mnie, nawet nie spoglądając na dokumenty od motocykla.bty

-nie działa – powiedziałam do niej wskazując na motocykl – mogę go tutaj postawić? – zapytałam wskazując kawałek pobocza. Nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Po namyśle wskazała palcem parking tuż za budką graniczną. Zepchnęłam motocykl na parking. Nie byłam już w Węgrzech, ale wciąż nie byłam w Serbii, więc gdzie byłam? Na domiar złego baterie w telefonach były już na wyczerpaniu. Poszłam do budki celników z prośbą o podłączenie. Wskazali mi miejsce, gdzie mogłam ładować telefon i szukać noclegu w okolicy. Nic innego mi nie zostało. Musiałam w jakiś sposób wrócić 19 km do najbliższej miejscowości i tam przenocować, a jutro znaleźć mechanika. Nagle się rozpadało. Patrzyłam przez okno, jak deszcz obmywa motocykl i znika tak samo szybko jak nadszedł. Po chwili przyszedł do mnie celnik.

– Co się stało z motocyklem? – zapytał

-nie pali – odpowiedziałam po polsku

-chodź, zobaczymy.

-poszliśmy do motocykla, wsadziłam kluczyki, przekręciłam i..  zapalił

-celnik spojrzał na mnie jak patrzy się na typową blondynkę.

-przecież działa – powiedział.

Uśmiechnęłam się tylko słabo i postanowiłam spróbować jechać dalej, do Nowego sadu zostało mi 100 kilometrów.

Motocykl bez problemu przejechał 98 kilometrów, by zgasnąć dokładnie 2 kilometry od miejsca docelowego.

dav Na miejscu czekał na mnie Rasa – Serb, który studiował w Polsce. Nie był motocyklistą, ale słysząc o moich problemach, postanowił stanąć na wysokości zadania, żeby znaleźć najlepszego mechanika w mieście. Zanim jednak zaczął, zabrał mnie a miasto. Nowy Sad to jedno z największych w Serbii miast, jednak nie panuje tu klimat metropolii. Wieczorem uliczki w okolicach centrum, oraz deptak and Duanejm ożywają. Bałkańsko- austryjacki klimat budynków, małe knajpki z rzemieślniczym piwem (pivnice), oraz pijalnie wina – bo tuż za miastem, rozciągają się serbskie winnice. Skoro motocykl został na parkingu, po długim dniu w drodze mogłam pozwolić sobie na kieliszek wina, albo dwa –butelkę można kupić tu za 8 złotych. 

Pomimo późnej pory, byłam niesamowicie głodna, z powodów przygód motocyklowych przez dwa dni prawie zapomniałam o jedzeniu. Nowy Sad słynie z  kanapki z dużą ilością mięsa – Index – (mięso w Serbii dodawane jest chyba nawet do ciasta ;)). Zamówiliśmy kanapkę i usiedliśmy nad Dunajem, na nowo otwartej plaży z kinem letnim.

– Nie chciałeś zostać w Polsce? – zapytam Rasę

– wtedy o tym nie myślałem, jednak teraz zaczynam tęsknić za polską mentalnością. Niby jesteśmy podobni, jednak w Polakach wciąż jest więcej optymizmu – powiedział .

dav P10501591 P10500821 P10501461 dav

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *