Santa Cruz – kiedy tradycja odchodzi w zapomnienie

Santa Cruz to obecnie największe, boliwijskie miasto, większe od Sucre – oficjalnej stolicy i La Paz, gdzie urzęduje rząd od kilkudziesięciu lat. Przyczyn tego dziwnego zjawiska można doszukiwać się w wielu rzeczach, na pewno jedną z nich są możliwości ekonomiczne Santa Cruz. La Paz mocno ograniczone powierzchniowo przez otaczające je góry nie miało już miejsca na nowe siedziby firm. Sytuację wykorzystało malutkie wtedy ale za to z dużymi zasobami ziemi Santa Cruz zamieszkiwane głównie przez białych imigrantów, co w Boliwii oznacza tych bardziej przedsiębiorczych ludzi.

Rozpoczęła się wielka wojna między miastami i ludźmi, bo Ci z Santa Cruz nawet nie chcą spojrzeć w stronę cholitos (tak pogardliwie mówią o potomkach Indian).

W centrum Santa Cruz nie czuć typowo boliwijskiego klimatu, wszystkie ulice wyglądają jakby było zaplanowane, nie sposób się tam zgubić, kierunek wskazują dwie główne aleje.

Do Santa Cruz zagląda niewielu turystów, odstraszają ich iście europejskie ceny i wygląd miasta. No bo nie po to przelecieli przez ocean aby oglądać wieżowce. Plusem potasowej sytuacji są bezpłatne wejścia do muzeów, bo skoro turystów jest tak mało, trzeba ich jakoś zachęcić. Ja też nie wybrałabym się tam, gdyby nie zaproszenie R.

Pojechaliśmy do jego luksusowego mieszkania położonego w eleganckiej dzielnicy Santa Cruz, z basenem i klimatyzacją co było tam dość normalne. Nie tak wyobrażałam sobie typowe, boliwijskie mieszkanie. R mieszka z mamą której uroda również nie wskazuje na pochodzenie, bo tutaj bycie białym jest bardziej mile widziane, niż ciemnoskórym. Trochę dziwne, że kolonizatorzy byli w stanie zaszczepić w rodzimych mieszkańcach tych terenów niechęć do własnej karnacji.

-świetnie się składa, ze jesteś akurat teraz, załatwiłem Ci towarzystwo – powiedział R.  – akurat przyleciał mój kuzyn, który ma kilka dni wolnego.

Do pokoju wszedł uśmiechnięty, prawie dwumetrowy chłopak z bardziej arabską karnacją i wciąż jeszcze bardzo chłopięcą twarzą. Ciężko było stwierdzić, czy jest przystojny, czy nie. Na pewno na stałe przyklejony uśmiech dodawał mu uroku.

Nabil ma pochodzenie libańskie jednak czuje się Boliwijczykiem, na prawie, bo ciągle na ulicy musi przekonywać miejscowych, że faktycznie nim jest. Od młodzieńczych lat zdążył mieszkać w Stanach, Azji i Europie. Teraz po kilkunastu latach wrócił do Boliwii aby zaopiekować się swoją chorą matką. Dla niego to takie naturalne, że musi rzucić wszystko do czego doszedł bo matka nie chciała jechać do Stanów, nie do końca jednak odnajdował się w boliwijskiej kulturze, bo po tak długiej nieobecności nie miał z nią zbyt wiele wspólnego. Jedyne co mu zostało to umiejętność targowania się ze wszystkimi i wszędzie oraz zagadywania ludzi. Jak mówił, nie ważne , czy to co im mówisz, to prawda, czy nie, ważne, żebyś ich sobie zjednała.

A zjednać sobie ludzi w Boliwii wcale nie jest tak łatwo, bo jak tylko widzą kogoś o innych rysach twarzy bądź niebieskich oczach, od razu zapala im się lampka „dolary”. Są też bardzo zamknięci w sobie i nie tak skłonni do rozmów, jak np.:  sąsiedzi z Peru.

Od początku mojej podróży minęło już trochę czasu i wiele przebytych kilometrów. Oznaczało to zmianę butów, które nie nadawały się już do użytku. Aby znaleźć nowe buty, wybraliśmy się z Nabilem na miejscowy targ. Miejsce do którego samej nie chcieli mnie puścić, bo podIMG_9745_12obno niebezpieczne. Targ był olbrzymi. Na kilku placach znajdowały się stoiska ze wszystkim co można było sobie wyobrazić, od ubrań, domowych urządzeń, tradycyjnych wyrobów, warzyw po potrawy gotowane na miejscu w wielkich garnkach i jedzone z apetytem przez kupujących. Większość przyjezdnych nigdy ich nie dotyka, bo w pakiecie dostaje problemy żołądkowe. – jeśli cos Ci się spodoba, pokaż mi to ukradkiem a ja będę pytał o cenę – powiedział wiedząc o tym, że na mój widok cena zostanie podniesiona minimum o połowę. Tylko jak znaleźć buty skoro w Boliwii byłam wielkoludem a moja i tak cale nie mała stopa była wielkostopiem. Rozmiar 39 był praktycznie niemożliwy do znalezienia i po kilku godzin poszukiwań poddałam się stwierdzając, że jednak kupię buty na męskim dziale.

Po nieudanych zakupach pojechaliśmy na wspólny obiad z R i jego dziewczyną. O niej nawet nie warto wspominać bo to chyba trzecia dziewczyna w tym roku, więc kiedy piszę ten post, prawdopodobnie nie są już razem. Oczywiście życzę im jak najlepiej, jednak R. chyba nie do końca umie odnaleźć się w życiu z Boliwijkami, które bądź co bądź są bardzo zależne od mężczyzn.

 

Wybraliśmy się do tradycyjnej restauracji urządzonej w iście boliwijskim stylu z manekinami tańczących Boliwijek, choinką z kapeluszy oraz przechadzającymi się pomiędzy stolikami modelami, którzy chętnie pozowali o zdjęć w zamian za opłatę. Jedzenie i ceny również były bardzo „tradycyjne”.  Na wszelkie sposoby podane mięso z ryżem, którego nigdy wcześniej nie wiedziałam w Boliwii.  Na 4 osoby dostaliśmy ucztę co najmniej dla 8.  Wtedy moja latynoamerykańska dieta wróciła do starej normy, czyli przejadania się.

Po sycącym obiedzie należało go spalić. Mój prywatny przewodnik zabrał mnie na spacer po centrum Santa Cruz. Małe, bardzo zadbane, kolonialne centrum nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Jedyne co zwróciło moją uwagę, to tańczące na ulicach małe dzieci, które wyglądały na nie więcej niż 5 lat, przebrane w tradycyjne stroje.  – to mafia – powiedział Nabil – przywożą je tutaj codziennie do pracy, ale ani one ani ich rodziny nigdy nie dostaną całości zarobionych pieniędzy. 3 miesiące po moim pobycie w Boliwii oficjalnie wprowadzono prawo pozwalające dzieciom na prace od 8 lat. W ten sposób Boliwia znacznie zadbała o swój przyrost naturalny, bo im więcej dzieci, tym więcej rąk do pracy. W ten sam sposób do mojej długiej listy: Dlaczego nie chciałabym zamieszkać w Boliwii, dorzuciłam jeszcze jeden punkt.

 

IMG_9773_12

DSC_20872
tradycyjna boliwijska potrawa – ryż z serem , bananami i jajkiem

 

DSC_20862

IMG_98461
Trochę dziwne, że kolonizatorzy byli w stanie zaszczepić w rodzimych mieszkańcach tych terenów niechęć do własnej karnacji.

 

IMG_97942
3 miesiące po moim pobycie w Boliwii oficjalnie wprowadzono prawo pozwalające dzieciom na prace od 8 lat.

 

IMG_97872

IMG_97482
Targ był olbrzymi. Na kilku placach znajdowały się stoiska ze wszystkim co można było sobie wyobrazić, od ubrań, domowych urządzeń, tradycyjnych wyrobów, warzyw po potrawy gotowane na miejscu w wielkich garnkach i jedzone z apetytem przez kupujących.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *