Samotne podróże, samotna choroba…

Miało być idealnie, pogoda w Ro zaczęła zmieniać się na lepsze. Przesz ostatni tydzień padało i nareszcie wyszło słońce. Korzystając z okazji popołudnie spędziłam na Copacabanie przysypiając ze zmęczenia. A przecież nawet nie miałam czym się zmęczyć. Wróciłam do mieszkania, aby porozmawiać z rodzicami i wtedy wszystko się zaczęło. –mamo, muszę kończyć, chyba mam gorączkę – powiedziałam czując ciepło przebiegające mi przez ciało i potworny ból głowy. Położyłam się, mając nadzieję, że to za chwilę przejdzie, bo może dzisiejsza plaża mi nie posłużyłam. Zamiast wybrać się na kolejne lekcje tańca, leżałam w łóżku bezskutecznie usiłując zasnąć i wpatrując się na wyskakujące krosty na ciele i walcząc z bólem mięśni.  Zasnąć się nie udało. Kiedy ból się powiększał postanowiłam iść do lekarza. – to dengue- usłyszałam od niego, jakby było to co najmniej zwykłe przeziębienie. Nie miałam pojęcia co to jest. -Na to nie ma lekarstwa, proszę leżeć w łóżku, pić dużo wody i wrócić, jakby zaczęło się pogarszać. No i nawet jakby było lepiej, proszę wrócić za 72 godziny- dostałam zalecenie i rachunek na prawie 900 zł.

-Ile ?- patrzyłam z niedowierzaniem na kwotę, którą musiałam. Powinien pokryć to mój ubezpieczyciel, jednak w recepcji powiedzieli mi, że się z nim skontaktowali że mam zapłacić sama. Tylko, że wizyta miała kosztować 350 zł, a pozostała kwota, to opłata za zastrzyk, kroplówkę i badanie krwi, którego wyników nawet nie dostałam.

Nie miałam wyjścia. Zapłaciłam mój ponad tygodniowy budżet w podróży zastanawiając się co będzie dalej…..

Dengue to choroba przenoszona przez komary, bardzo popularna w Brazylii. Objawia się gorączka, bólem mięśni i wysypką na ciele. Ma kilka postaci. Jedna z nich to krwawienie z ust. Zazwyczaj się na nią nie umiera, ale jeśli pojawi się krwawienie zostaje 6 godzin na dojechanie do szpitala i zastosowanie jakichś specjalnych środków. W przeciwnym wypadku się umiera.

Miałam szczęście. Moja choroba, nie miała najbardziej zaawansowanych objawów. Czasami czułam się całkiem dobrze, na tyle, że gorączka ustępowała i myślałam, ze już wszystko przechodzi. Później jednak potworne bóle głowy i wszystkich mięśni nie dawały mi spokoju.

Mój host, nie bardzo przejął się moją dengue i jak tylko widział, że czuję się lepiej, namawiał mnie na wyjście do klubu.  On mnie namawiał a inni ostrzegali przed niebezpieczeństwem. – może Ci się wydawać, że jest dobrze, jednak jeśli nie będziesz się oszczędzać i pić dużo wody, możesz umrzeć!!!- pisał do mnie znajomy uświadamiając mnie, co to za choroba.

Było źle, nie tylko z powodu choroby, ale też ogarniającego mnie strachu. W moich oczach pojawiła się panika. Nie miałam oparcia w osobie, która znajdowała się najbliżej mnie. Zamiast lepiej, zaczynałam czuć się gorzej. Ze wszystkich sił starałam się być silna, jednak nie umiałam. Co innego, kiedy choruje się w swoim państwie, w swoim mieszkaniu, mając kogoś bliskiego obok. Ja byłam na obcym kontynencie, w obcym mieszkaniu bez żadnego wsparcia podsycana wiarą w to, że mogę umrzeć.

Nie chcę umierać!!! Zaczęłam płakać a spadające łzy wcale nie dawały mi ukojenia. Mój host, widząc mój stan, poprosił o kontakt do kogoś z mojej rodziny, tak na wszelki wypadek. – przecież nie umrzesz, ale jakby coś, to muszę do kogoś zadzwonić- powiedział, wcale mi tym nie pomagając.

Leżałam na łóżku prosząc Boga o pomoc. Nie tylko o zdrowie, ale kogoś, kto pomoże mi przez to przejść…

Po kilku dniach choroby, kiedy byłam słaba nie tylko fizyczne, ale i psychicznie, postanowiłam wyjechać z Rio. Bo miasto, które wcześniej było dla mnie ideałem, teraz stało się klatką oglądaną z 14 piętra mieszkania w którym wcale nie chciałam być.

Nie mogłam kontynuować podróży, bo musiałam być blisko szpitala. Za to mogłam ulokować się gdzieś pod miastem. Dostałam zaproszenie od Erica- CS z którym pisałam już od jakiegoś czasu. –Jeśli potrzebujesz odpoczynku na wsi, ciszy i spokoju, to zapraszam do siebie- napisał słysząc o mojej sytuacji.

Nie zastanawiałam się długo. Spakowałam plecak szybko żegnając się z hostem i pakując się do autobusu. Szybko zaczęłam zastanawiać się, czy to dobry pomysł, bo jazda autobusem wciąż nie była dla mnie łatwa. Jakiekolwiek kołysanie przyprawiało mnie o wymioty.

Po 2 godzinach jazdy dojechałam do Nieteroi – małego miasteczka położonego niedaleko Rio, połączonego  z nim najdłuższym brazylijskim mostem.

Eric wyszedł po mnie na przystanek ze swoimi dwoma psami. Zaprowadził do domu otoczonego zielenią i odgłosem śpiewających ptaków, który ypełniony był sztuką i pamiątkami z podróży. Zapoznał mnie ze wszystkimi pomieszczeniami, podał szklankę wody, rozłożył hamak, przygotował kolację.  -Czuj się jak u siebie – powiedział- i odpoczywaj, bo jestem pewien, że tego potrzebujesz.

Ja leżałam na hamaku a Eric siedział tuż obok, opowiadając mi o swoim życiu. O tym, jak prawie całe swoje życie spędził w Rio a do Niteroi przyjechał ze względu na byłą żonę. Dziś nie są już razem, jednak jest jej bardzo wdzięczny, bo to właśnie dzięki niej poznał te cudowne miejsce z którego dzisiaj już nie zamierza się wynosić.

-chciałbym zawsze gonić lato – powiedział wpatrując się w wybuchy balonów, które właśnie oświetlały niebo.

Uśmiechnęłam się, próbując przypomnieć sobie kiedy ostatnio widziałam śnieg. Dawno, dawno temu. Bo ja właśnie gonię lato…

Kiedy dengue już minęła, myślę sobie, że miała w sobie jakiś wyższy cel. Bo gdyby nie choroba, nie przyjechałabym do Erica. A tam spędziłam naprawdę cudowne chwile które pomogły mi dojść do siebie.  Spędzałam czas na leżeniu w hamaku i wsłuchiwaniu się w odgłosy natury. Kiedy czułam się już lepiej, Eric dawał mi lekcje forro i zabrał, aby pokazać przecudowny punkt widokowy z którego mogłam zobaczyć całe Rio. Ostatniego dnia w podziękowaniu za pomoc, ugotowałam tradycyjną polską kolację: rybę po grecku.

Spędziliśmy cudowny wieczór wspólnie z jego sąsiadami. – nie jedź- namawiali mnie pod koniec, zostać jeszcze dzień, albo miesiąc, no może rok. Mamy Ci tyle do pokazania. Będziemy chodzili na plażę. Bardzo chciałam zostać. Czułam się tam jak w domu i wiedziałam, że byłabym szczęśliwa, jednak musiałam jechać dalej. Moja podróż na mnie czekała.

-wiesz, że otworzyłam Ci drzwi nie tylko do mojego domu, ale również do naszej przyjaźni? – powiedział Eric na pożegnanie – czuję się, jakbym znał Cię przez wieki i wiem, że pewnie niedługo się spotkamy.

IMG-20151112-WA0006 DSC_0791

One thought on “Samotne podróże, samotna choroba…

  1. Też pewnego razu rozchorowałam się w Rio. Wracałam właśnie z Sao Paulo, kiedy dopadał mnie gorączka. Ot, takie przeziębienie wynikające z osłabienia organizmu. Ulokowałam się w hostelu, bo nie miałam nikogo bliskiego, żeby się u niego zatrzymać i doskonale wyobrażam sobie, co czułaś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *